sobota, 10 lipca 2010
opaczność (1) drobne teatry

Pan Patataj jak co rano wstał o godzinie 7 z minutami. Umył się, ogolił, ubrał. Wypił kawę. Śniadania nie jadł nigdy, bo nie miał czasu.

Wyszedł z domu, zamknął drzwi. I raźno szedł, raźno i wymachując teczką, raźno i szybko - i pogwizdując.

Otworzył drzwi garażu i zamiast wyłaniającego się z mroku samochodu (Nissan, pan Patataj wyczytał, że najbardziej przestronne, "można nim zmieścić tyle dzieci, ile tylko się chce"), zobaczył kilku uwijających się mężczyzn.

Nissana nigdzie nie było, w jego miejscu ustawiono kilka równych rzędów foteli, zawieszono aksamitną kurtynę, a scenę zrobiono na podejście, na którym dotychczas stało biureczko, w którym pan Patataj trzymał narzędzia.

- Dobry Boże - powiedział. - Co tutaj się dzieje?

Jeden z mężczyzn odłożył krzesło, które właśnie miał zamiar ustawić na podwyższeniu i rzekł z prostotą, podchodząc do pana Patataja:

- Ale z czym, proszę pana? - potem umilkł, uścisnął rękę pana P. i dodał - ja jestem wykonawcą, reżyserem i dyrektorem w jednym.

- No tutaj wszystko - powiedział pan Patataj, odstawiając teczkę. - Mój samochód, mój...

- A, tak - odparł tamten i umilkł. - No, odstawiliśmy- dodał poufale - niedaleko. kilka minut piechotą.

Pan Patataj milczał, poruszony.

- Ale to wszystko tu - powiedział - ja, ja nie wiem nawet...do pracy jak ja, ja teraz, ja...

- To jest wlaśnie nowootwarty teatr - powiedział reżyser. - O nazwie Garage - urwał, dodał po chwili - pan wie, tak z angielska.

- Teatr? - zapytał pan Patataj. - W moim garażu?

- Tak - odparł tamten. - Dlaczego by nie? To świetne miejsce. Wszędzie mamy stąd blisko,a i pan się powinien cieszyć, bo nareszcie ma pan teatr tak blisko. Ufam, że to będzie owocna współpraca.

- Nie, nie - powiedział pan Patataj. - Nie w tym miejscu. To absurd jakiś, to własność prywatna jest. Ja tu samochód parkuję!

Reżyser milczał, dotknięty. Aktorzy umilkli i zaczęli przysłuchiwać się rozmowie. Pan Patataj poczuł presję tych ciężkich spojrzeń i poczuł, jak po czole spływa mu wielka kropla potu.

- Jest pan przeciw kulturze? - upewnił się reżyser. - Kulturze w najlepszym tego słowa znaczeniu? Przeciwko klulturze wysokiej, tak? Przed tym tak się pan wzbrania?

Pan Patataj milczał.

- Ci młodzi ludzie - reżyser wskazał na aktorów i kostiumografa, który właśnie mierzył obwód głowy jednego z mężczyzn - oddają życie działając non profit. Niech pan zobaczy te smutne, puste twarze, pozbawione nadziei - ich młode zyciorysy już teraz są naznaczone odrzuceniem i goryczą.

Na te słowa kilku aktorów zaczęło szlochać, a pan Patataj poczuł, że się czerwieni.

- Nie znaczymy już nic - powiedział reżyser. - Przez telewizję. Nikt nie chodzi do teatru, więc teatr przychodzi do ludzi. Wychodzi do nich z otwartym sercem, otwartymi ramionami. I co tam spotyka? Opór i niechęć - położył rękę na ramieniu pana Patataja i spojrzał mu głęboko w oczy - pana to nie interesuje, oczywiście. Wzbrania się pan przed kulturą wysokich lotów, los Makbeta jest panu obcy, w towarzystwie Hamleta czuje się pan niezręcznie. Oto co zrobiła z pana telewizja, jeszcze pan nie zobaczył przedstawienia, a już każdą komórką mówi pan opór. Mówi pan "nie" sztuce. Mówi pan "nie" rozwojowi duchowemu. Każdy pana por mówi: jestem zwykłym biurasem z małym rozumkiem, proszę, karm mnie papką.

- Nie, nie - powiedział pan Patataj, pocąc się obficie. - Jedynie było to dla mnie pewne zaskoczenie, że teatr w garażu, przyzna pan, to trochę niespodziewane.

- Wcale nie - odparł reżyser.

- Jednak, może, gdybym tak wcześniej wiedział, uprzedzony był, mógł się jakoś, psychicznie czy jak - mówił pan Patataj. - Choć ja lubię sztukę i kulturę ogólnie też, nawet do kina czasem wyjść lubię też, coś poczytać, sport jakiś, ja wiem? Może szachy trochę - urwał - choć ja, to oczywiście, nie to, co zona. Żona kulturę wysoką pochłania obiema ręcami, nogami. Taka jest, tym żyje. I ona, tak, ona teatr zawsze miała gdzieś tam z tylu serca schowany.

- To jak będzie? - zapytał reżyser. - Proszę powiedzieć "tak" inicjatywom małych teatrów.

Wszyscy patrzyli na pana Patataja i wstrzymywali oddech.

- Oczywiście - rzekł pan Patataj pośpiesznie - Mówię tak jak najbardziej. Inicjatywom, małym teatrom.

Reżyser obrócił się w kierunku aktorów, puścił im długie spojrzenie i zwrócił się znowu w stronę pana Patataja.

- To pięknie, panie Rudolfie - powiedział, odwrócił się, odszedł parę kroków i zasiadł na białym krzesełku.

- Mam na imię Andrzej - odpał pan Patataj, ale bardzo cicho.

- Scena Osiemnasta, pochowanie Ofelii - poinformował reżyser. - No i nie płacz już, Paweł, kurwa mać, nie płacz no.

- Jednak - powiedział pan Patataj, ganiąc się za nachalność - wciąż jednak coś się we mnie zbrania. Czy by tych prób się nie dało robić gdzie indziej?

- Gdzie indziej? - zapytał reżyser. - Absurdalny pomysł. Proszę się tylko rozejrzeć, to miejsce jest idealne, aby w nim sztukę kreować, rozrywkę.

Pan Patataj rozejrzał się bezwiednie. W istocie, nie wiadomo, jak mógł tego nie zauważyć, ale wnętrze jego garażu idealnie nadawało się na teatr. Przez chwilę podziwiał szeroką, drewnianą scenę, ciężką, przykurzoną kurtynę, szeregi złoconych foteli i barokowe, pyszne schody wiodące do loży.

- Ale, ja się z tego nie wytłumaczę - powiedział pan Patataj, zbliżając się do reżysera. Usiadł obok niego i opuścił głowę. - Bo co żonie powiem? Że gdzie auto postawiłem? I co powiedzą sasiedzi, jak dzień w dzień tyle ludzi będzie z mojego garażu wychodzić.

- Sąsiedzi, jak sądzę, nie znaja pojęcia pastiżu? - zapytał reżyser. - Satyry, ballady, romansu?

- No, tego to ja nie wiem - powiedział pan Patataj. - Jedynie co, że może się to - urwał, zawstydzony - w oczy rzucać za bardzo.

- To dobrze - orzekł reżyser. - To jak z reklamą - umilkł po czym podniósł głos - Erma, on mówi, że się boi, że teatr się w oczy będzie rzucał.

Ryknęli śmiechem.

- Erma - powiedział reżyser pochylając sie ku panu P. - to nasza gwiazda, znana wszędzie. Pan ją kojarzy?

- Ani trochę - odparł pan P. ze wstydem.

- To powszechnie uznana gwiazda reklam mydła i omasty. Dobre kreacje, wiarygodne, tyle że utonęły, jak to bywa w telewizji, w zalewie kiczu - powiedział reżyser. - Ale ściągnąłem ją tutaj, bo wie pan. Twarz łatwo rozpoznawalna. Ludzie znają nazwisko, czytają na afiszu i coś im świta. Że wie pan. Że widzieli w telewizji, a skoro tak to warto. Sztuka sztuką, wazna rzecz, ale teatr trzeba jakoś chyba utrzymać, pan to rozumie? Czym się pan zajmuje, że tak powiem, zawodowo?

- Sprzedaję telefony - powiedział pan P. - Ludziom i. Firmom. Rózne promocje, ciekawe sprawy. Dzwonię, ale i demonstruję.

- A, więc pan widzi. Show. Must go on, tak mówią? - odparł reżyser.

- Choć dziś, oczywiście - odezwał sie pan P. - już do pracy nie pojadę. Spóźniony jestem i. auta nie mam, nie wiem gdzie.

- Nie no, auto to panu Zbyszek pokaże - powiedział reżyser. - Daleko nie jest, tam przy tym takim lasie, lesie takim - urwał, dodal po chwili - Jezu, no nie mogę z tą Ofelią. Może by jej czymś tą twarz popsikać, żeby bardziej wiarygodna była.

- Z gruntu mokra jest - powiedział jeden z aktów, ten w szerokim kołnierzu. - Jeszcze jakby mordę zmoczyć to w ogóle. Błyszczeć się będzie, na słońcu lśnić.

- No niech tam - odparł reżyser, zniżył głos i zwrócił się poufale do pana P. - No już tak jest, widzi pan, taka praca. Kłopoty - spojrzał na zegarek i znieruchomiał, po czym zawołał - mój Boże, już prawie 10, zaraz będą pierwsi widzowie.

- Widzowie? - zapytał pan P. i się przelękł. - Ja myślałam, że tutaj...

- A jednak - powiedział reżyser, zastanawiał się nad czymś przez chwilę, potem znowu położył dłoń na ramieniu pana Patataja. - Niechże pan wdzieje czapeczkę i stanie rozdawać bilety. Sam pan przecież mówiłeś, że nie idziesz pan do pracy.

Pan Patataj chciał coś dodac, zaprzeczyć, przeciwstawić się, wyjaśnić, ale głos uwiązł mu w gardle. Zerwał się i chciał wybiec z garażu, ale przez okno zobaczył nadchodzących ze wszystkich stron ludzi, kobiety w futrach i w kokach, mężczyzn we frakach, a także kilku pochylonych kelnerów, którzy przepychali się przez tłum, niosąc na tacach kieliszki z szampanem i kruche ciastka.

Pan Patataj znieruchomiał. Przystał na swój los.