czwartek, 08 lipca 2010
powroty, przewroty

Ale dzisiaj tak źle spałam, źle spałam. Pobudka o 1:11, ciemno, ja przerażona, że zaspałam (ale na co zaspałam, po co, tego już nie wytłumaczono). Na pewno jest już piąta - pomyślałam, znowu czegoś irracjonalnie przerażona, piąta, lipiec, to tak późno niby? - taka jestem spóźniona, spóźniona.

I obróciłam się na drugi bok i zasnęłam. Ale czujnie spałam, płytko, na niby. Nie mogłam sobie na głębszy sen jakby pozwolić, bo przecież zaraz miała być szósta, a szósta to już przecież szczyt wszystkiego, spóźnienie spóźnień, koniec swiata i sąd ostateczny.

Człowiek jest zawsze wobec czegoś spóźniony, nie da się temu zapobiec. Chyba, żeby się nie kłaść spać w ogóle, no ale wtedy za bardzo pieką oczy.

Tagi: niespanie
10:39, nikaraguata
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 06 lipca 2010
a śniło mi się

Śniło mi się następująco:

znalazłam się w Coventry Garden na przesłuchaniu u brytyjskiej rodziny królewskiej. Chodziło o występ w sztuce Szekspira, która miała być wystawiona w dniu urodzin królowej.

- zawsze w tej sztuce występują dwie kobiety - powiedziała królowa - ale tym razem chcemy zmienić zasady i wpuścić trochę świeżego powietrza na zgrzebne, brytyjskie salony. Niech grają mężczyźni!

Ale mężczyzn nie było, na przesłuchanie przyszły same kobiety, więcej nawet powiem: na przesłuchanie przyszłam tylko ja i moja znajoma, z którą dawno temu poznałyśmy się w Londynie.

- Dobrze - powiedziała królowa, ale rozczarowana - niech więc będą te dwie dziewczyny.

Podeszła do mnie tak blisko, że widziałam jej oczy, miała spojrzenie chłodne i szare, jak błysk noża. Czułam rozczarowanie jej rozczarowaniem i jednocześnie duma mnie rozpierała. Oto ja, zwykła polska dziewczyna, wystąpię niedługo przed królową brytyjską.

Nie zdążyłam jeszcze wydumić tej dumy, kiedy do sali wpadł mój kolega z liceum, Jakubek, zdyszany zupełnie i spóźniony haniebnie.

- Oto - powiedziała królowa - jest mężczyzna! Ecce homo!

I stało się jasne, że jedna z nas nie będzie mogła wziąć udziału w przedstawieniu.

- Pani zostaje - powiedziała królowa do mnie - a pani odchodzi.

I moja znajoma odeszła, stanęła za mną, nieporuszona, niedotknięta zupełnie.

- Nie jest ci przykro, szkoda trochę? - zapytałam ją, gdy wyszłysmy już z pałacu. Pałałam szczęściem, ale przykro mi było, że się z tą znajomą nie mogę nim dzielić, no jakoś tak zawsze głupio, jak człowiekowi się coś uda, a jego towarzyszowi nie.

- Nie - odparła tamta - i tak nie umiałam śpiewać.

To się zdenerwowałam, nie wiedziałam, że śpiewać też trzeba umieć, jakoś mi się w głowie zakodowało, że wystarczy się po scenie poprzechadzać, to be or not to be, o żadnym śpiewaniu nie ma mowy. Powiedziałam jej o tym, a ona na to:

- Jak to, oczywiście, że śpiewać trzeba umieć, to w końcu sztuka śpiewana.

- Ale królowa nic przecież nie mówiła - powiedziałam zgnębiona. - Na przesłuchaniu nawet nie spytała...

- Komu by przyszło pytać o takie oczywistości? - zapytała tamta. - Nie pytała, bo myślała i niegłupio zresztą, że tylko idiota przychodzi na przesłuchanie do sztuki śpiewanej, nie umiejąc śpiewać.

- A ty sama przyszłaś - odparłam.

- No tak - przyznała - liczyłam, że to się do końca nie wyda. Czasami tak bywa. Kto wie, może jakby przyszło co do czego, to zaśpiewałabym czysto.

Wielka była moja rozpacz, nie mogłam sobie darować, że teraz przyjdzie mi wystapić przed królową brytyjską w sztuce śpiewanej. Taka kompromitacja, taki wstyd, hańba taka.

Na szczęście zaraz zobaczyłam śpieszącego w moją stronę drugiego kolegę z LO, Marcina, który wyjechał na studia do Warszawy i od tego czasu urodził się w Warszawie i Warszawiakiem stał się na wskroś. Szedł szybko, poznałam więc, że musi być spóźniony, być może też na audiencję. Miał na sobie swój zwykły, granatowy sweter, wzruszylo mnie to trochę, przypomniało mi się, jak to się z tego Marcina śmiałyśmy, że ma sweter z koźlątka, a po spiciu się sokiem jabłkowym wymiotuje biszkoptami.

Zaraz też zaprowadziłam go do królowej, która mi powiedziała, że niestety, ale właśnie wyrzucają mnie z zespołu The Globe i że było jej miło, ale jak już mówiła, chcą ten wizerunek konserwatywny przełamać i angażują samych mężczyzn.

Ulgę czułam, radość, powiem nawet: ekstazę.

I się obudziłam z tej radości i zasnęłam znowu i przyśniła mi się Hania, która powiedziała, pochylając się ku mnie poufale, ponad rozłożonym zeszytem:

- A wiesz, kiedy byłam mała, lubiłam wymyślać różne religie i wymyśliłam ich już dziewięć.

Po czym zapytała co o tym sądzę. Nie miałam opinii, musiałam szybko szukać w głowie czegoś do powiedzenia, no i w trakcie tego szukania gdzieś na świecie zadzwonił telefon i zupełnie mnie rozbudził.

Tagi: sennik
21:52, nikaraguata
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 05 lipca 2010
a kto by nam zupę podawał?

Niedziela, południe.

Mężczyzna i dziecko. Idą sobie powoli, w milczeniu, zadowoleni. Celebrują męski spacer niedzielny. Ojciec długi, syn krótki, trzymają się za ręce.

- Tatusiu - odzywa się w końcu chłopczyk cienkim głosem - a dlaczego mamusia z nami nie poszła na spacerek?

- No jak to - odparł ojciec, ubawiony trochę, ale i poruszony tak wielką bezmyślnością syna - A kto by nam wtedy obiadek zrobił?

Chłopiec przyjął odpowiedź w milczeniu, zadowolony, chwycił ojca mocniej za rękę i szybkim krokiem przemierzali park, celebrując męski spacer niedzielny.

 

Tagi: zupa
13:04, nikaraguata
Link Komentarze (1) »
czwartek, 01 lipca 2010
gdy nie wiadomo o co chodzi, chodzi o filipinkę

Wracałam sobie ostatnio do domu (zdarza mi się to dość często) i wstąpiłam do tzw. przydrożnego kiosku, zachciało mi się albowiem kupić Futbol Magazyn. Pomyślałam: sesja w pełni, z niczym nie wyrabiam, ze wszystkim jestem w ciemnym punkcie, chętnie więc poczytam.

I mówię więc do jegomościa, który dostojnie, szerokim gestem rozkładał nowy numer Party czy tam Show, że bym ten Futbol Magazyn prosiła.

Odwrócił się do mnie powoli, zlustrował, po twarzy rozpoznałam, że duma. On  z ufnością wpatrywał się we mnie, ja z ufnością w niego. Tak trwaliśmy około piętnastu minut, w końcu rzekł:

- Chodzi z pewnością o Filipinkę? - i puścił uśmiech, wyrozumiały i czuły, ojcowski prawie, dając mi do zrozumienia, ze mój żart zrozumiał.

Zacukałam się i milczałam. Po twarzy mojej można było poznać, że dumam.

- Nie - powiedziałam powoli. - Chodzi o Futbol Magazyn. Futbol.

- O Filipinkę? - podpowiedział.

Nosz.

- Futbol. Magazyn - powiedziałam basem. - Futbol.

Zapanowało znow kłopotliwe milczenie. On wpatrywał się we mnie, ja patrzyłam na niego. Świat na chwilę stanął. Ptaki znieruchomiały w locie, deszcz ustał w połowie drogi jakby zmrożony, znieruchomiała strużka kawy, którą do filiżanki wlewała kelnerka w sąsiedniej kawiarni. Na calej ziemi zapanowała godzina dziewiąta pięć. I cisza, dotkliwa i ciężka, cisza tak wyraźna, że dało się słyszeć jak obraca się ziemia i jak podnosi się rtęć w termometrze.

On wpatrywał się we mnie, ja patrzyłam na niego. Walczyliśmy i walka to była nierówna, wiedziałam, że moge nie wytrwać i odwrócić wzrok, a wtedy przegram, więcej: wraz ze mną symbolicznie (ale przecież nie mniej dotkliwie) przegrają wszystkie kobiety, wszystkie matki, które uczyły córki asertywności, wszystkie nauczycielki, które starały się wpoić przekonanie o rownouprawnieniu.

- O Filipinkę? - spytał.

Nabrałam powietrza, ale właściwie tym razem mnie to zainteresowało, bo nie wiedziałam, że jeszcze Filipinka wychodzi, właściwie to przekonana byłam, ze już od paru dobrych lat jej nie wydają (żywo się tym interesowałam, bo kupowałam Filipinkę za czasów nastoletnich, Boże, pamiętam to święto w postaci wakacyjnego dodatku o antykoncepcji, człowiek wyczytał z niego takie słowa jak: łechtaczka, penis, prezerwatywa, zaufanie, poczym odkładał gazetę, podchodził do okna i długo błyszczącymi oczami wpatrywał się w noc.)

- Tak - powiedziałam - Filipinkę.

Pochylił się, czegoś szukał.

- Ale nie ma Filipinki - rzekł, podnosząc się. Przez chwilę nad czymś myślał, dodał triumfalnie - nie wydają jej przecież od lat!

 

Tagi: filipinka
14:46, nikaraguata
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 27 czerwca 2010
jak pozbyć się kretów z ogrodu i nie kupić pierdafonu

Od tygodnia niepokoję swoim zachowaniem Biuro Obsługi Klienta, wyczuli bowiem psim swędem, że od 8 lat nie zmieniłam nie tylko numeru telefonu, ale także taryfy, więcej: nigdy nie skorzystałam z ich cholernych promocji, którymi zarzucają mnie każdego dnia i nigdy nie wysłałam nawet jednego, smętnego smsa z żądaniem, aby przysłali mi jeden z tych odjazdowych pierdofonów, które tak zachwalali w licznych wiadomościach. Pomyśleli zapewne więc, że coś ze mną nie tak i że skoro od 8 lat pozwalam im się bezrefleksyjnie wykorzystywać, muszę mieć coś z głową, a jako upośledzona, rzecz to znana w branży, staję się łatwym celem manipulacji.

Najpierw więc zaczęli niepokoić mnie oni. Zadzwonili raz, wyświetlił mi się ich numer, nie odebrałam. Zadzwonili drugi raz, bez skutku, potem trzeci i czwarty. I tak co jakiś czas, raz na kilka dni.

- Dlaczego nie odbierasz? - zapytał moj brat, kiedy wpadł do mnie po drodze na uczelnie.

- To XX - odparłam - chcę ich zaniepokoić. Chcę, żeby myśleli, że coś mi się stało i wychodzili z siebie, żeby tylko usłyszeć mój czysty, jasny, dźwięczny głos, który powie im, że mam się dobrze i że żyję.

Więc nie odbierałam dalej. Oczywiście, dzięki wysokiej klasy aparaturom i swemu psiemu węchowi wyczaili, że z numeru mojego cały czas wysylane są smsy i prowadzone rozmowy na różne ciekawe tematy (ciekawe, czy podsłuchują mnie też), wiec ilekroć odkładam telefon po wysłaniu wiadomości, albo zakończeniu rozmowy z kimś, natychmiast rozlega się ten słodki, świeży dźwięk wibracji - oto dzwonią, zwarci i gotowi do namawiania mnie do wyslania darmowego smsa o treści PIERDAFON, dzięki któremu dostarczę, oczywiście, wiele radości i pogodnych dni moim bliskim i znajomym.

Nie odbieram, nie chce pierdafonu, nie chcę nawet o tym rozmawiać. Ani o jego zaletach, ani wadach, ani o aktualizacjach. Bo jak człowiek raz, dla świętego spokoju, zgodzi się na pierdafon, natychmiast musi się zmierzyć z jego kolejnymi aktualizacjami, na które też godzi się dla świętego spokoju. W

Wiem, że muszą do mnie się chociaż dodzwonić, żeby ich szef, zapewne grupy, wąsaty facet w prochowcu i z teczką (widziałam wczoraj takiego na peronie i widok jego zadowolonej, obmierzłej twarzy napełnił mnie jednak pewną taką nienawiścia, jako że on wtoczył się z godnością i powoli na peron, korzystając (słusznie) z opóźnienia pociągu, ja natomiast stałam już na nim (na peronie) od dobrych 20 minut - a tak, gdyż lubię przyjść sobie te pięć minut wcześniej na dworzec, żeby odstawić sobie na chwilę walizkę i podciągnąć spodnie) - cała w dodatku ociekając potem i przeklinając się w duchu (a jeszcze mocniej i dotkliwiej przeklinając cholerne PKP, ale o tym napiszę chyba kiedy indziej) - no dobra, w każdym razie (no tak, o czym to ja...) ich szef zapewne zaliczył im dniówkę, czy premię, czy cokolwiek. Więc pewnie tak do mnie dzwonić będą, aż któreś z nas nie zdechnie. A ja nie, twarda jestem. Nie odbieram. Niech się niepokoją, niech myślą, że o nich źle myślę, że ich nienawidzę. Niech się przejmują, niech krwawią ich małe serca, niech siedzą porzuceni jak szmaciane zabawki w cieniu piętrzących się, niesprzedanych pierdafonów (ich uosobień, jakiekolwiek są).

Nie, nie chcę pierdafonu, ani jego pochodnych.

1 ... 6 , 7 , 8 , 9