niedziela, 15 sierpnia 2010
o makabrze i o tym, że jezus nie jest już tak popularny

Wybrałyśmy się pewnego dnia na zwiedzanie katedry św. Szczepana/Stefana - bo, jak się zdaje - w Polsce obowiązywały obie nazwy, niezależnie od siebie.

Jak katedra Szczepana/Stefana, to i zejście do katakumb, które Manuela bardzo polecała, zachwalając, że "można zobaczyć wnętrzności Habsburgów, a z jednej urny to nawet taki płyn wycieka".

No to poszłyśmy zobaczyć jak przeciekają te kanwie na wnętrzności.

Całą wycieczkę oprowadzał ponury jegomość, wyglądający, jakby czuł się w katakumbach jak we własnym domu (nosił się zresztą cały na czarno, na nogach zaś miał rozczłapane papućki. brakowało pelerynki z krwistym podbiciem, może wszak w domu zostawił, bo ciepło)

Pierwsza sala była salą spoczynku biskupów katedry.

- Dys kofins ar ful of bodis - rzekł przewodnik ze smakiem. - Jes. End de last łan cofin łos brot hir fju jers agoł, soł de bodi ys stil nju.

Druga sala była wypełniona urnami.

- Ful of iner organs - powiedział przewodnik z błyskiem. - Okej, lets goł.

W trzeciej sali było okienko, przez które można było zobaczyć, że czwarta sala wypełniona jest po brzegi kośćmi.

- Dys rum is ful of bons - rzekł przewodnik. Oblizał się przy tym jakby. - Jes, ful of bons - rzucił wycieczce przeciągłe spojrzenie, które miało na celu wysondować stopień paniki, w którą popadliśmy. - Ful of bons, meny tałsend - namyślał się trochę - mejbi mor. Its bikos of pest, ju noł. Okej, let's goł.

I tak przez kolejne 10 pomieszczeń, szczelnie niemal wypełnionych ludzkimi szczątkami. Jak to w katakumbach, wiecie.

- Niestety, nie ma urny, która przecieka. Przenieśli, bo remontują - powiedziała mi Manuela z żalem. - Chciałam ci koniecznie pokazać, bo to dowodzi, że to są, no wiesz. Prawdziwe urny. Że COŚ w nich jest.

Namyślała się trochę.

- Ale możemy iść do muzeum śmierci - powiedziała. - To też jest dość fajne.

Wylazłyśmy z katakumb i jeszcze raz weszłyśmy do katedry, tym razem już w celach typowo widokowych. Zatrzymałyśmy się przed figurą Jezusa na krzyżu i dumałyśmy.

Ja dumałam na przykład o tym, jak to możliwe, żeby takie szkaradztwo się utrzymało w takim kościele tyle lat. Manuela o tym, że nie mogła mi pokazać jak z urny ze szczątkami Habsburgów wycieka płyn.

Jakaś Japonka zaszła nas niespodziewanie i też długo, przeciągle wgapiała się w krzyż. Widziałam kątem oka, ze trybiki jej umysłu pracują intensywnie, że pamięć wytęża, że z czymś się głęboko zmaga, że twarz typa na krzyżu wydaje jej się czegoś znajoma.

W końcu nie wytrzymała:

- Is dys Dżizas? - zapytała mnie, pokazując palcem na krzyż.

Padłam. Ale powstałam.

pierwsze blicki z wiednia

Jak niektórzy z Was wiedzą - albo nie, nieważne - udałam ci się ja w kurtuazyjną wizytę do Wiednia, do przyjaciółki.

Zatrzymałam się w przerobionym na hostel Domu Nauczyciela i powiem Wam nieśmiało, że miejsce godne polecenia. Mając głowę pełną wspomnień z krakowskich hosteli, wyobrazałam sobie to miejsce jako zapadłą dziurę rodem z noweli Konopnickiej: klepisko, obmierzli starcy w recepcji, przy jednym pokoju ledwo żywa chabeta należąca do któregoś z gości. Sami wiecie, rozumiecie. Miejsce się wszak okazało naprawdę godne polecenia, jakby się ktoś wybierał do Wiednia. Samo centrum, przy uniwersytecie, klop wprawdzie na korytarzu, ale prysznic w pokoju.

Jedyne, co mnię dokuczało, to nadgorliwa chorwacka sprzątaczka, która zaczynała obchód przed 8 rano. Spoczywałam ci ja jeszcze na łożu, ale w miarę jak się zbliżała i brzdękała kluczami, byłam coraz bardziej struchlała i coraz szczelniej i wyżej owinięta kołdrą, żeby mnie czasami nadgorliwa kobieta nie przydybała w betach. Kuźwa, kartkę było wywiesić, bitte nicht zu storen, ale czy ja wiedziałam, czy ja mogłam wiedzieć o nadgorliwej sprzątaczce?

Zrywałam się więc codziennie wcześniej niż zamierzałam i o 8.30 wychodziłam, czyściutka i lśniąca, na korytarz.

 

Dużo chodziłyśmy z Manuelą, sama osobno jestem straszliwie słabym piechurem, leniem zupełnym, ale jak się już razem spotykamy, możemy chodzić bez przerwy po 10 godzin dziennie. No to łaziłyśmy, a ja wracałam do hostelu po 22, martwa zupełnie ze zmęczenia.

Pierwszy raz w życiu miałam możliwość zwiedzania miasta z kimś, kto to miasto dobrze zna i kto w nim mieszka - no i jedno powiem: gorąco polecam.

 

 

18:40, nikaraguata
Link Komentarze (2) »
PKPówki

Jak to bywa we wszystkich baśniach, opisujących podróże na wakacje, tak i moja opowieść zaczyna się na dworcu PKP.

Cofnijmy się w czasie o dwa miesiące:

skwar, 36 stopni w cieniu. stoję w kolejce do kasy międzynarodowej, pytam:

- Proszę pani, czy są jakieś zniżki, gdy to się kupuje bilet na EC z wyprzedzeniem?

Na co uprzejma brunetka w żabocie odparła krótko, acz jasno:

- Nie.

(A tak się na mnie popatrzyła przy tym, jakbym żądała biletu do Władywostoku i chciała na czas dwumiesięcznej podróży, zostawić u niej w kasie swoje 2-miesięczne dziecko na przechowanie).

Nic to. Zniosłam.


Wróćmy do teraźniejszości.

Skwar, 36 stopni, stoję w kolejce do kasy międzynarodowej, mówię:

- Bilet do Wiednia poproszę.

Blondynka w firmowym żabocie PKP bez słowa wpisuje co trzeba do komputera, coś przegląda, po czym mówi:

- Normalnie kosztuje tyle i tyle, ale jest jeszcze pula zniżkowa, niestety, obecnie już wyczerpana.

- Och - mówię, a jest w tym krótkim słowie mnóstwo rozgoryczenia i smutku. Cofam się w myślach o dwa miesiące i wyobrażam, jak podchodzę do kobiety w kasie, pięścią rozbijam szybę, która mnie od niej odgradza, następnie chwytam za łeb i robię klasycznego czochrańca połączonego z uderzeniami o blat.

- No proszę panią, takie rzeczy to się wcześniej załatwia - poucza mnie jeszcze PkPówka.

 

 

Tagi: PKP podróże
17:10, nikaraguata
Link Komentarze (2) »
entliczek, pentliczek, co p... piechniczek

Zanim zacznę nadawać regularnie, jedno małe przemyslenie, które mnie napadło zaraz po powrocie do domu.

Otóż, znajduję ci ja zeszłopiątkową Gazetę Wyborczą, w niej, na ostaniej stronie - jak każdy prawdziwy mężczyzna czytam GW od końca, lekce sobie ważąc doniesienia z Krakowskiego Przedmieścia - a tu łup: wywiad z Antonim Piechniczkiem na temat kondycji polskiej piłki.

Na pierwsze pytanie, dotyczące ostatniej porażki Wisły Kraków i słabej gry reprezentacji, AP odpowiada:

Grą klubów i kadry Wydział Szkolenia PZPN zajmie się już 23 sierpnia. Będzie to trzecie spotkanie z trenerami ekstraklasy i selekcjonerem. Wyjaśnimy sobie pewne sprawy, wysłuchamy trenerów, dowiemy się, co zadecydowało o takich wynikach. Wszystkich nas one martwią i bolą z powodu Euro 2012. Gdy zasypiam, o tym myślę, jak się budzę, to też się nad tym zastanawiam.

Faktycznie, odetchnęłam. Najważniejsze, że się spotkają, porozmawiają. Że w polskiej piłce panuje demokracja, dyskusja, konsensus. Co z tego, że wyniki słabe, nie to jest ważne. Ważne jest porozumienie ponad podziałami i tego dowodem właśnie jest PZPN. Każdemu dadzą się wytłumaczyc, dość do słowa. Ze zrozumieniem przyjmą zapewne tłumaczenia trenera X "gralimy słabo bo dopiero w 80 minucie pokapowali my że oni grajo w 11 a my ino w 10, bo Radek Motyka nie dotarł na zgrupowanie, bo mu sie dziecko rodziło i musiał matce boskiej świeczke zapalyć". Opowieści o burdach i korupcji przyjmą z ojcowskim zrozumieniem, może tylko pogrożą paluszkiem. Czy taka sielanka byłaby mozliwa za Beenharera, największego wroga polskiej piłki?

Oddajmy jednak znowu głos AP:

- Gdy ja prowadziłem kadrę, kluby też nie odnosiły sukcesów. W czerwcu, z Serbią zremisowaliśmy, a mogliśmy wygrać. Ta sama Serbia pokonała na mundialu Niemców, którzy zajęli trzecie miejsce. Wszyscy pamiętają porażkę z Hiszpanią 0:6, ale to pochodna filozofii trenera, który uważał, że z najlepszymi może zagrać otwartą piłkę. Okazało się, że było na to za wcześnie.

"zremisowaliśmy a mogliśmy wygrać". Uwielbiam polską mysl szkoleniową. Nic się nie stało, wprawdzie polegliśmy, ale przecież mogliśmy nie polec, więc nie ma się czym martwić. Wprawdzie przegraliśmy, no ale przecież mogliśmy nie przegrać. Poza tym, rachunek jest wszak prosty: przegrana 0-2 z drużyną X, która potem przegrała z drużyną Z 3-0 oznacza, że my z drużyną Z wygraliśmy 1-0, a że drużyna Z została potem mistrzem świata, oznacza, że jesteśmy wicemistrzami świata. No, a przynajmniej moglibyśmy być.

Słowa "zaś TA SAMA Serbia" brzmią dla mnie, amatorki, jak szczyt frajerstwa. Nie ma czegoś takiego jak TA SAMA drużyna. Jest jeden konkretny mecz, jeden konkretny wynik, konkretna forma jaką tego dnia miała drużyna, jaką tego dnia miał zawodnik A, B, C, D.

To, że Polska wygrała z Grecją, ktora potem została mistrzem europy, nie oznacza, że wygrałaby z nią w turnieju. To nie była TA SAMA Grecja, to nigdy nie jest TA SAMA drużyna.

Chcieliśmy, by selekcjoner porozmawiał z piłkarzami. Powiedział im, że muszą mieć wydolność na 120 minut, że na dziesięć dośrodkowań osiem musi być celnych. By zmienili podejście do pracy. Na zgrupowaniach nie da się tego wypracować.

Ło matko bosko. Mamy XXI wiek. Naprawdę trzeba piłkarzy oświecić, że muszą być w stanie biegać po boisku przez 120 minut? Naprawdę jest to coś niezbędnego, co wymaga rozmowy w cztery oczy, że na 10 dośrodkowan, warto by, zeby 8 było celnych? Może jeszcze każdego osobno wzywać do biura, podawać mu herbatę i informować o tym, że "jeżeli wbijemy jednego gola więcej niż oni, prawdopodobnie wygramy" i że "nasi to tacy w takich białych koszulkach".

Boże, niech ktoś jak najprędzej porozmawia z polskimi piłkarzami!

Przed mundialem w 1974 r. reprezentacja Kazmierza Górskiego przegrała z Polonią Bytom 0:3, a kibice ich wygwizdali. Wrócili jako gwiazdy światowej piłki. Nikt też nie spodziewał się, że na MŚ w 1982 r. zajmiemy trzecie miejsce. Udało się, bo mieliśmy drużynę, a nie indywidualności.

Hohoho. A jak pod Grunwaldem waliliśmy w Niemieszków! A nikt się nie spodziewał! Uwielbiam wspominanie sukcesów polskiej piłki, z każdą chwilą brzmią coraz bardziej... zamierzchle.

Dalej AP o transferze Roberta Lewandowskiego:

- Dlaczego działacze go nie przekonywali, tylko dolewali oliwy do ognia i mówili, że Robert jest już wypalony i gra w polskiej lidze go nie interesuje? Dlaczego twierdzili, że im szybciej wyjedzie, tym lepiej dla niego? Przecież mogli użyć racjonalnych argumentów i podać przykłady piłkarzy, którzy również wyjeżdżali w pośpiechu i kariery nie zrobili. Powinni powiedzieć, że najlepszym wyjściem jest transfer za dwa lata, po udanych mistrzostwach Europy. Przecież on może być gwiazdą turnieju, może nawet zostać królem strzelców.

No właśnie, znowu sedno: rozmowa, rozmowa, rozmowa! Dlaczego nikt nie porozmawiał z Robertem, dlaczego nikt nie ostrzegł go, że za granicą jest szatan, dlaczego nikt go nie uświadomił, że w Niemczech mówią po niemiecku, a w Anglii po angielsku? Dlaczego nikt nie podał przykładów piłkarzy, którym się nie udało? (a jakże wiele tych nazwisk przecież) AP sięga też do ulubionej retoryki: nieskończonych możliwości: "najlepszym wyjściem transfer za 2 lata, po udanych mistrzostwach Europy (jasne, już to widzę). "przecież on mógł być gwiazdą  turnieju, nawet krolem strzelców". Pewno że tak! I nawet jakby nie został gwiazdą, to przecież zawsze można powiedzieć: nie zostal, ale mógł zostać!

- Wy sobie ubzduraliście, że liga jest słaba i wszyscy powinni wyjeżdżać. Bzdura absolutna. W polskich warunkach można nauczyć się grać, można grać dobrze i robić postępy, a potem wyjechać, już jako ukształtowany piłkarz.

(Ten fragment musiałam przeczytać aż 2 razy, bo nie wierzyłam oczom). Oczywiście, liga nie jest słaba. Boże, wystarczy przecież tylko wspomnień sukcesy polskich drużyn w pucharach, 3-0 z Realem Madryt, 3-0 z Bayernem Monachium, łza się w oku kręci na samo wspomnienie Wisły Kraków unoszącej puchar Ligi Mistrzów; iluż to angielskich piłkarzy prosiło o transfer z Liverpoolu do Lecha Poznań, jakże bacznie obserwuje co, to się dzieje na naszym boisku Jose Mourinho, który liczy zapewne po cichu, że od naszych się nauczy woli walki i mentalności zwycięzców!

Niestety, wciąż wśród nas zbyt wielu wariatów, którzy te sukcesy kwestionują, którzy twierdzą, że bez Pucharu Interkontynentalnego, który Wisła w tym roku przgrała o włos z Interem Mediolan, nie możemy dumnie podnosić głowy. A ja wam mówię: i Puchar Interkontynentalny przyjdzie!

Zupełnie nie wiem skąd wzięły się narzekania zagranicznych trenerów o tym, że nie chcą kupować polskich piłkarzy, bo "mają złe nawyki, których trudno oduczyć". Może nie mogą znieść tego, że polski piłkarzy może być aż tak ukształtowany!

AP zresztą podpiera przekonanie o mocarności polskiej ligii takim oto argumentem:

Gdzie został sprzedany Zbigniew Boniek? Do drużyny azerskiej czy do Juventusu? Józef Młynarczyk wylądował w Porto i zdobył Puchar Europy. Takich przykładów mógłbym podać na pęczki. W niczym nie przeszkodziła im polska liga i trenerzy.

Stała śpiewka. 100 lat temu było dobrze, więc nadal jest dobrze. Niesamowite jak szkodzą nam obecnie owe dawne sukcesy: nic nie mozna ruszyć, bo "kiedyś robiliśmy taki sam rozpiździel jak tera, a się udawało".

Że zacytuję Pyrrusa: jeszcze jedno takie zwycięstwo, a będziemy skończeni.

"Takich przykładów mógłbym podawać na pęczki" - powaznie? No, to czekam.

- Dlaczego Wisła rok temu przegrała z frajerami [Levadią Tallin - red.]? Bo była nieprzygotowana. Nie chcę wchodzić w warsztat trenerów, ale jednym z warunków dobrego samopoczucia piłkarza i odwagi w grze jest doskonałe przygotowanie motoryczne. Jeśli w meczu z Azerami czuje, że może wytrzymać 120 minut, ma pewność siebie. Jeśli jesteśmy słabiej przygotowani, musimy przegrać. Trener, wiedząc, kiedy zaczynają się puchary, nie powinien dawać trzy-czterotygodniowego urlopu, tylko utrzymywać piłkarzy w rytmie meczowym. Poza drużynami azerskimi przegrywamy z tymi, którzy są w trakcie sezonu.

Trochę razi mnie jednak mimo wszystko - po tych porazkach z azerskimi drużynami - nazywanie jakiejkolwiek drużyny, nawet estońskiej - frajerami. Ostatnie nasze wyniki pokazują, że największymi frajerami, to jesteśmy my, a traktowanie nas ciągle jak "murowanych faworytów, którzy powinni obijać frajerów ze wschodu" jest samo w sobie frajerstwem.

Niech pan nie próbuje odpowiedzialności za wszystko zrzucać na Wydział Szkolenia i PZPN. My dostosowujemy się do nowej sytuacji. Rekordowa liczba trenerów odbiera dyplomy i licencje. To są ludzie młodzi, którzy mają obowiązek się rozwijać. Jeszcze nigdy w historii PZPN nie organizowano tak wspaniałych konferencji szkoleniowych, z udziałem fachowców zagranicznych. Możliwości są nieograniczone.

Tekst o tym, że "jeszcze nigdy w historii PZPN nie organizowano tak wspaniałych konferencji szkoleniowych" mnie zabił. Faktycznie, możliwości tutaj są nieograniczone. Można bowiem organizować konferencje na świezym powietrzu jak i w SPA. Mozna zamawiać catering, a można samemu szykować kanapki. Mozna dyskutować o pompie wodnej, albo grać w Chińczyka. Można wreszcie powiedzieć polskim trenerom, że piłka nożna to gra, w której najważniejszym przedmiotem jest piłka (nozna). Można zrobić wszystko, ale co najważniejsze: mozna dyskutować.

Żebyśta mi nigdy nie ważyli się zrzucić winy an PZPN! Bo to wasza wszystko wina, ludzie miałcy, małostkowi!

Do tego dodałbym wydawany przez PZPN kwartalnik "Trener", w którym szkoleniowcy mogą znaleźć przedruki z literatury światowej. Nic tylko się rozwijać.

A w nim: konkursy, krzyżówki, zagadki, rebusy i inne ciekawe gry słowne. Do wygrania czysta bielizna albo kupon na ziemniaki.

- Szkolenie zostało zreformowane, powstały szkółki przy każdym wojewódzkim związku. Potrzeba trochę cierpliwości. Gdybym ja był prezesem Wisły, chciałbym stworzyć szkółkę na miarę Ajaksu Amsterdam. Na Mazowszu też da się znaleźć 300 piłkarzy, z których wyrosną następcy Lucjana Brychczego, Ernesta Pola czy Bońka.

A jak ja bym była prezesem Wisly, to chciałabym stworzyć szkółkę na miarę Chelsea Londyn! I co, jestem lepsza od AP! Tak, tak bym chciała! I wiecie co? Jakbym stworzyła taką szkółkę (nie stworzyłam ani nie stworzę już pewnie, ale przecież mogłabym stworzyć), to moi piłkarze mogliby wygrywać! Tak! Mogliby nawet zostać gwiazdami, królami strzelców, laureatami Zlotego Buta! Takby mogło być! A nawet jakby przecież tak nie było, to przecież mogło by być!

AP ma rację: mozliwości sa nieograniczone. Zawsze.

Kilka lat temu zatrudnił Jana Urbana, postawił na model hiszpański, którego nie trzeba nikomu reklamować. Ale nie oznacza to też, że każdy, kto tam grał, może pracować z seniorami. Może Urban powinien przez dwa lata robić to, co w Pampelunie, czyli uczyć juniorów, a dopiero potem dostać pierwszy zespół? W dodatku otaczał się zagranicznymi asystentami, co uważam za błąd, bo nasi mogliby mu coś podpowiedzieć. Takie małe pomyłki doprowadzają do kiepskich wyników w pucharach.

"otaczał się zagraniczymi doradcami, co uważam za błąd, bo nasi mogliby mu coś podpowiedzieć". Słuszne spostrzeżenie. Mogliby na przykład usiąść z nim i porozmawiać, uświadomić, że 8 na 10 podan powinno być celnych. Nie wiem zaś, co komu z podpowiedzi zagranicznych doradców, wszak wiadomo, że za granicą jest szatan. Zagraniczni doradcy służą podstępnemu niszczeniu polskiej piłki, porozumiewają się między sobą w dziwny, nieodgadniony sposób, a w dodatku przekonują, że nalezy biegać 90 minut, kiedy każdy cep wie, że wystarczy lekki trucht i podanie do przodu, na glowę wysuniętego napastnika. a nuż się trafi.

AP o tym, że Wisła odpadla z 3. drużyna azerska:


- Aż tak źle nie jest. W innym terminie wynik Wisły mógłby być inny. Zdecydowało złe przygotowanie fizyczne. Nie można twierdzić, że nagle piłka azerska jest lepsza od naszej, bo w eliminacjach Euro 2008 nasza reprezentacja zdecydowanie wygrała z tamtejszą.

No własnie! Wisła przegrała, ale w innym terminie mogłaby wygrać! Nie jest wcale źle! A na Euro 2008 to my Azerów obili przeca!

- Nie zgadzam się, że nasza piłka jest słabsza od azerskiej. Ramy organizacyjne, liczba piłkarzy, wartość ludzi, pracujących w futbolu, ich wiedza i tradycje, przemawiają za nami.

To prawda! Mamy więcej piłkarzy, jesteśmy lepsi! No i te nasze tradycje! Że wspomnę tylko lata 70 i nasze wspaniałe sukcesy.

Osobny rozdział to praca nad opinią publiczną. Jeszcze nikt nie zbudował wielkiego sportu, gdy wszyscy wokół byli na "nie". Czy miałby pan zaufanie do szkoły, gdyby usłyszał pan, że nauczyciele to skorumpowane głąby kapuściane? W polskiej piłce uważa się, że wszystkiemu winien jest Grzegorz Lato and company. A on został wybrany w demokratycznych wyborach. Co z tego, że na stronie koniecpzpn.pl zarejestrowało się 300 tys. ludzi? PZPN, licząc piłkarzy, trenerów, działaczy, ma ponad 1 mln członków.

W demokratycznych wyborach - łoł, to zabrzmiało prawie jak legitymizacja, którą panu Lato dał naród, a nie członkowie PZPN. Poza tym, racja AP jest racją najracniejszą: ich jest więcej, mają rację.

 

Dawno nie czytałam tak głupiego, kuriozalnego wywiadu.

wrociłam

Tak, wiem. Miałam pisać, a nie napisałam.

Po pierwsze: dodawanie notki przez sms jest strasznie męczace. Poważnie. Spróbujcie napisać coś sensownego, coś oddającego ducha wydarzeń i zamknąć się w 100 znakach. Nie da się. Samo ułożenie i dodanie notki pociągowej zabrało mi więcej czasu niż napisanie długiej na stronę A-4 notki komputerowej.

Poza tym, mój sprytny, analityczny umysł przeliczył myto, które pobierano ode mnie za granicą za sms-a, zatrwożył się wyliczeniami i tym samym umilkł.

 

Z kafejką internetową zaś miałam do czynienia jeden, jedyny raz - czekając na przesiadkę w Salzburgu. Zrobiło się straszne oberwanie chmury, Burger King był okupowany, McDonald był okupowany, w dworcowej kafejce zgromadziło się pół świata.

Odczekałam długą chwilę w kolejce, po 20 minutach sytuacja poprawiła się na tyle, że udało mi się wejść do środka budynku i zobaczyć pierwsze (i jedyne) pięć (słownie: 5) stanowisk komputerowych.

Jedno z nich okupowane przez Pakistańczyka.

- Du ju noł hał tu juz samfink erotik? - zapytał poufale faceta stojącego przede mną.

O cholera, to się nie doczekam - pomyslałam. - Idę.

I faktycznie, poszłam.

 

Ale już wróciłam. Będą notki, może nie rozległe, ale będzie ich wielość i mnogość.

Tagi: powroty
15:06, nikaraguata
Link Komentarze (2) »
środa, 04 sierpnia 2010
w pociagu
lasem, lasem jedziemy. Buja,kolebie. Ptactwo spiewa, strosza sie rosomaki. Wloch naprzeciwko delektuje sie erosem ramazotti. To bedzie dluga droga
reisefieberowo

no tak, wybywam na jakiś czas. biorę paltocik, zakładam berecik, wiązane trzewiczki, do ręki walizeczkę biorę i wybywam.

 

- sprawdzałam pogodę - mówię mamie wczoraj. - ma być duszno i deszczowo.

- no tak - przyznała - 22 stopnie.

- a skąd wiesz? - pytam - pogodę dla wiednia w tv pokazywali?

- nie, dla bielska - mówi zamyślona. - ale to już przecież tak blisko granicy.

 

 

no i teraz w tych dniach następnych mniej mnie tu będzie i krócej, bo chyba tylko via sms. no chyba, ze znajdę tam jakiś hot spot. no.

 

 

a jak nie wrócę, to wiecie co zrobić: szukajcie mnie po piwnicach ;P <okrutny żart znamionujący zdenerwowanie przedpodróżne, zwane z obcego: Reisefieber> :)

 

 

Tagi: podróż
07:21, nikaraguata
Link Komentarze (5) »
wtorek, 03 sierpnia 2010
klątwa krytycznych kosmetyczek

Poszłam wczoraj do kosmetyczki, ażeby uczynić się trochę przepiękną.

- Wycina pani skórki? - zapytała mnie manicurzystka, szykując przyrządy.

Odparłam, że nie i zamknęłam oczy, czekając na gromy. Miałam bowiem przed laty pewien oswojony salon kosmetyczny, w którym bardzo ładnie regulowano brwi. Problem jednak był taki, że żeby już te brwi uregulować, trzeba było poddać się oglądowi pracujących tam pań, zwanych potocznie: czarownicami. Ilekroć bowiem przychodziłam na regulację, jedna czarownica zdejmowała mi płaszczyk, druga zdejmowała mi berecik, trzecia wiodła do pokoju na leżankę, kładła mnie i puszczała mi wściekłe światło lampy w twarz.

- Och - mówiła i milkła. - A więc  N I C  pani ze sobą nie robi?

Milczałam zdruzgotana, a ona przystępowała do ataku; jednocześnie opierając się na moim brzuchu skubała mi brwi i wołała na cały salon:

- Przyjdź, przyjdź, marzenko, przyjdź natychmiast - ogłupiona lampą słyszałam tylko mroczne kroki drugiej czarownicy, czułam jak podchodzi do leżanki i pochyla się nade mną. - Zobacz, spójrz na to. A niby to także człowiek. Ta pani nigdy wczesniej nie miała henny.

- Tak - mówiła Krytyczna Marzenka, wstrzymywała oddech wyraźnie zafascynowana i pocierała mi policzek kciukiem, jakby chcąc sprawdzić, czy lakier ze mnie nie zejdzie i nie odsłoni metalowej blachy. - Aż trudno uwierzyć. A robiła sobie pani kiedyś drenaż limfatyczny?

Ze wstydem przyznawałam, że nie, na co czarownice, przekrzykując sie, wymieniały dlugie listy zabiegów, które koniecznie mi są potrzebne; bez których w żadnym wypadku zdrowy człowiek nie wyszedłby na ulicę, a nawet bez których nie da się przeżyć nawet kilku dni. W miarę tej wyliczanki malalam, wiotczałam i kuliłam się w sobie, przyrzekając w duchu, że już nigdy tu nie przyjdę.

- I niech pani coś zrobi z lewą brwią - wołała pani Marzenka podnicona - opada pani, to okropnie wygląda!

Do wołanej Marzenki dołączała trzecia czarownica, a czasami łeb do pokoju wstawiła znudzona klientka.

- Ale ma pani dziwne ręce - wolały - takie dziecinne! nie wolałaby pani mieć dłuższych palców? to by było bardziej kobiece.

w ciągu 10 minut regulacji skrytykowały mój kolor wlosów, oczu, barwę głosu, podejście do życia i kwestii religii, dostało się także moim poglądom na zwierzęta, na zupy, na dania warzywne, wyśmiały fakt, ze mój ulubiony kolor to niebieski i długo szydziły z moich butów.

Po każdej regulacji brwi musiałam jeździć do Lublińca na długi rekonesans psychiczny. Kolejny miesiąc spędzałam więc w zamknięciu, ubrana w biały szlafrok, spacerując pośród krzewów różanych i rozmawiając z małymi pszczółkami. czterech lekarzy przekonywało mnie, że powinnam uwierzyć w siebie i rozpoznać, a potem wykorzystać swoje atuty, a także otworzyć serce. na coś (ale na co: tego nie tłumaczyli).gdy udało mi się już zażegnać traumę i wypisałam na kartce wszystko co mnie boli, byłam gotowa do powrotu między żywych.

Dlaczego chodziłam do czarownic? ano dlatego, że genialnie skubały brwi. oto co mam na swoje usprawiedliwienie. poza tym byłam młoda. o, jaka młoda!

 

No i dlatego też, wyznawszy, że nic specjalnego - poza równym obcinaniem paznokci - nie robię z dlońmi, czekałam na lawinę potencjalnych zabiegów, które uratują moje życie jako kobiety, a także na krytykę mojego stylu życia. No i się nie doczekałam, bo pani ująwszy moją prawicę powiedziała:

- No i dobrze, ma pani piękne skórki, nie trzeba nic wycinać - po czym dodała - ma pani bardzo ładne paznokcie.

Przytkało mnie na moment. Długi i toksyczny związek z czarownicami i ich zakładem, spowodował, że wydało mi się, ze niemożliwym wręcz jest bycie skomplementowanym przez kosmetyczki; że kosmetyczki są po to, by krytykować i wskazywać blędy, a przez to mobilizować do dalszej i systematycznej pracy (ta).

- czy ja wiem,  ten serdeczny u lewej krzywo rośnie - naskarżyłam zaraz, żeby ukryć zmieszanie, wyciągnęłam też szybko haftowaną chusteczkę i ukradkiem otarłam wilgotniejące kąciki oczu.

 

Od tego momentu klątwa Krytycznych Kosmetyczek ustała: więcej i chętniej gestykuluję, wizyty w Lublińcu przestały być koniecznością, a swojemu lekarzowi, doktorowi Ciasto-Mlasło wysyłam kartki pocztowe ze szczeniakami w koszyku i dopisuję: moje życie nabrało barw, budzę się z uśmiechem i zasypiam spokojna.

 

***

Bedzie padać, nie będzie? Bo jutro wyjeżdżam i tak się zastanawiam. Brać paltocik czy nie brać?

Brać. I ładowarkę wziąć. Tylko najpierw trza ją znaleźć, czemu się chyba zaraz poświęcę bez reszty.

17:22, nikaraguata
Link Komentarze (9) »
poniedziałek, 02 sierpnia 2010
czekając na mrówców (update)

Mieli wrócić w poniedziałek o szestastej, wrócili już wczoraj.

Oficjalna wersja: nie było co robić, jedzenie niedobre.

(W poniedziałek - powiedział Tata z powagą - był gotowany kurczak, we wtorek smażony, w środę kurczak w potrawce, a w czwartek pasztet drobiowy. Przez cały tydzień człowiek jadł tę samą kurę, tylko dekonstrukcja w miarę czasu postępowała!)

Mama z kolei nie powiedziała nic, odstawiła walizeczkę, zdjęła płaszcz i rzuciła się przetrząsać szafki. Oczywiście, mrówek nie było.

Widziałam, że do końca wieczora patrzy się na mnie podejrzliwie, zupełnie jakby przypuszczając, że natychmiast jak tylko dostałam wiadomość, że przyjeżdżaja wcześniej, wzięłam flet i grając słodką melodię, wyprowadziłam ciurkiem wszystkie mrówki za miasto, ażeby tam je przechować na gorsze czasy.

 

niedziela, 01 sierpnia 2010
czekając na mrówców (slowo na niedziele)

Odkąd rodzice się urlopują, rozmawiamy przez skype.

Za moimi namowami zainstalowali go sobie w poniedziałek i już w poniedziałek, Mama, głosem wysokim z podniecenia i nabożnego szacunku, który żywiła do tak bezbrzeżnych wynalazków techniki, jak te, które pozwalają rozmawiać z człowiekiem oddalonym o 500 km, zapytała:

- Wyrzuciłaś już śmieci?

na moją odpowiedź, że jeszcze nie, bo worek dopiero co zmieniany i malo co w środku, odpowiedziała:

- W takim razie musisz wyrzucić jak najprędzej, bo wiesz - tu zapadła cisza i mrok - PRZYJDĄ MRÓWKI.

Od tego dnia, od tej właśnie rozmowy, mój świat uległ pewnym zmianom: ogólnie rzecz biorąc każdego dnia Mama dzwoniła i zadawała pytanie podstawowe:

CZY SĄ JUŻ MRÓWKI? CZY MRÓWKI JUŻ SĄ?

Mrówek jednak - o czym cierpliwie zaświadczałam - nie było; nie uspokajało to jednak Mamy w ogóle, wyrażała natychmiast nadzieję, że "no, jeżeli jeszcze nie ma, to na pewno przyjdą; jeśli nie dzisiaj, to jutro, jeśli nie jutro, to pojutrze z pewnością; trzeba bardzo uważać", w każdym razie, do czasu jej powrotu, dom zostanie z pewnością opanowany przez mrówki w stopniu tak zupełnym, że zostanę - na ich mrówczych - plecach przetransportowana do mrowiska i tam zjedzona.

Odtąd nasze dni wypełniły się tylko czekaniem na mrówki. Wynosiłam śmieci każdego dnia, cierpliwie przetrząsałam dno wiadra, nieruchomiałam na widok każdej ciemniejszej plamki na blacie kuchennym; mrówek jednak nie było, co meldowałam Mamie głosem drżącym ze strachu, na co ona, miarkowała moje przerażenie, zapewniając:

będą, pojawią się, przyjdą na pewno, zawsze przychodzą!

Jednocześnie zakazała też kategorycznie wszelkich działań mrówko-zaczepnych: żadnego kruszenia, gotowania potraw wyrazistych, słodzenia herbaty, solenia ogórków. żadnych gwaltownych ruchów, żadnych zabaw hucznych, niczego, co mogłoby mrówki zwabić i skłonić do pozostania na dłużej.

zakazy przyjęłam z radością i solemnie wypełniałam.

mrówcy wszak się nie pojawili do dzisiaj.

 

A na niedzielę wklejam jeden z moich ulubionych wierszy Kawafisa. Jakoś tak - pośrod tych pytań Mamy - mi przyszedł do głowy. Enjoy.


CZEKAJĄC NA BARBARZYNCÓW - KONSTANDINOS KAWAFIS

Na cóż czekamy, zebrani na rynku?

Dziś mają tu przyjść barbarzyńcy.

Dlaczego taka bezczynność w senacie?
Senatorowie siedzą - czemuż praw nie uchwalą?

Dlatego że dziś mają przyjść barbarzyńcy.
Na cóż by się zdały prawa senatorów?
Barbarzyńcy, gdy przyjdą, ustanowią prawa.

Dlaczego nasz cesarz zbudził się tak wcześnie
i zasiadł - w największej z bram naszego miasta -
na tronie, w majestacie, z koroną na głowie?

Dlatego że dziś mają przyjść barbarzyńcy.
Cesarz czeka u bramy, aby tam powitać
ich naczelnika. Nawet przygotował
obszerne pismo, które chce mu wręczyć -
a wypisał w nim wiele godności i tytułów.

Czemu dwaj konsulowie nasi i pretorzy
przyszli dzisiaj w szkarłatnych, haftowanych togach?
Po co te bransolety, z tyloma ametystami,
i te pierścienie z blaskiem przepysznych szmaragdów?
Czemu trzymają w rękach drogocenne laski,
tak pięknie srebrem inkrustowane i złotem?

Dlatego że dziś mają przyjść barbarzyńcy,
a takie rzeczy barbarzyńców olśniewają.

Czemu retorzy świetni nie przychodzą, jak zwykle,
by wygłaszać oracje, które ułożyli?

Dlatego że dziś mają przyjść barbarzyńcy,
a ich nudzą deklamacje i przemowy.

Dlaczego wszystkich nagle ogarnął niepokój?
Skąd zamieszanie? (Twarze jakże spoważniały.)
Dlaczego tak szybko pustoszeją ulice
i place? Wszyscy do domu wracają zamyśleni.

Dlatego że noc zapadła, a barbarzyńcy nie przyszli.
Jacyś nasi, co właśnie od granicy przybyli,
mówią, że już nie ma żadnych barbarzyńców.

Bez barbarzyńców - cóż poczniemy teraz?
Ci ludzie byli jakimś rozwiązaniem.