niedziela, 22 sierpnia 2010
u babci

 

Babcia: Czemu sobie tylko jeden kawałek ciasta wziełaś? Weź sobie jeszcze.

Ja: Nie, babciu, nie mogę tak dużo ciasta na raz, bo tuczące.

Babcia: (oburzona): Co ty gadasz, tuczące! wcale nie jest tuczące! Co ja tam mogłam dodać, trochę mąki, cukru, jajka, olej, mleko? (a wszystko takim tonem, jakby wymieniała: sałatę, mleko sojowe i wodę)

I tak jest za każdym razem ;-]

A dzisiaj Babcia na mnie spojrzała i powiedziała: ho, ho, ale się z ciebie ładna dziewczynka zrobiła.

Zrozumiałam w jednej chwili, że muszę się odchudzać ;-]

Boże, jak to możliwe, zaczynam spełniać kryteria piękna mojej baci! :)

 

 

sobota, 21 sierpnia 2010
o tym jak poszłam do dentysty

Wybrałam się wczoraj do dentysty. Nie bałam się. Byłam szczęśliwa i spokojna. W XXI wieku - w dobie znieczulenia - tylko ciul się boi dentysty.

- Muszę już, Kasiu, kończyć - powiedziała denstyka, jak tylko się załadowałam do pustej poczekalni. - Ktoś przyszedł.

Odczekałam sekundę i weszłam.

- Dzień dobry - powiedziałam. Po brzmieniu swojego głosu poznałam natychmiast, że jeśli jeszcze nie umieram ze strachu, to w najlepszym razie jestem już omdlewająca. Odchrząknęłam. - Ja na kontrolę.

- Pani usiądzie.

Pani usiadła, nawijając przy tym nerwowo o to ja mało miałam - od czasów ostatniej wizyty - problemów z zębami. (Szczera prawda to była: wśród moich rozlicznych wad nie było nigdy żadnego problemu z uzębieniem; powiem więcej: jedyne co miałam w życiu bez zarzutu, to żółty plecaczek w podstawówce i wspaniałe, białe zęby.)

- Żadnych palących problemów - poinformowałam ją na wszelki wypadek, zasiadając na fotelu.

Milczała. Po twarzy poznałam, że nie wierzy.

Rozdziawiłam się.

- No, tutaj ząb do wyrwania, bo krzywo rośnie, już się robi dziurka i zarazi siódemkę, siódemka do leczenia, ósemka do leczenia - powiedziała tonem tak ponurym i żałobnym, jakbyśmy mówiły o złamaniu kręgosłupa. - Jedynki na razie w porządku, ale coś się może na nich kiedyś zrobić.

Umilkła i spojrzała na mnie ze smutkiem ale i niepokojem: nie była, widać, pewna, jak przyjmę wiadomość, która zmieni całe moje dotychczasowe życie. Oczekiwała, widać, rozpaczy. Nie zawiodła się.

W pierwszej chwili mnie przytkało. Umilkłam przerażona perspektywą wyrywania zębów, odwróciłam się do baby plecami i oczami pełnymi łez jęłam się wpatrywać w umywalkę przy ścianie. Nie reagowałam na żadne prośby, groźby ani pytania. Chciałam po prostu być sama.

- Ten ząb do wyrwania - zainteresowałam się jeszcze na wszelki wypadek, nie odwracając jednak (niech zna, niech wie, że mnie ta diagnoza oburzyła i dotknęła. że to nie może być prawda.) - to w całości?

Bezsens tego pytania ubawił ją lekko.

- No a jak by pani chciała, po kawalku? - wstała, podeszła do biurka, wpisała do komputera jakieś dane (młoda osoba, starcze uzębnienie, dalsze leczenie kosztowne i pozbawione sensu czy coś w tym rodzaju.)- No, to co robimy? - zapytała.

- Borujemy - powiedziałam.

Straszliwa Kobieta przystąpiła do dzieła.

- Znieczulenie? - zapytała jeszcze.

Bezsens tego pytania ubawił mnie lekko.

- Oczywiście - odparłam.

Dała mi ten zastrzyk i czekałyśmy aż zacznie działać. Próbowałam w międzyczasie ułaskawić Straszliwą Kobietę anegdotami z życia mojej rodziny, zwierzyłam się, że na każdej wizycie u dentysty czuję się bardzo zdenerwowana i wyjaśniłam to przytaczając historię o mojej kuzynce, która przed wieloma laty poszła do dentysty i facet tak ją wyborował dotkliwie, że zahaczył o nerw, który - jak mi opowiadano plastycznie - owinął się wokół wiertła, a kuzynka prawie zemdlała z bólu. (Przypominam, ze w owych czasach zamierzchłych na znieczulenie mógł sobie pozwolić tylko faraon, ewentualnie jakiś wysoko postawiony kapłan. takie to były czasy podłe i zamierzchłe. o kolejkach i kartkach na mięso nie wspomnę).

- Od tej pory - kończyłam swoją okrutną historię - ilekroć jestem u dentysty, ilekroć mnie borują, tylekroć czekam na ten cios ostateczny i na to, by się ten nerw zaczepił o wiertło.

- Ktoś pani bzdur naopowiadał - oceniła Straszliwa Kobieta bez cienia uśmiechu i zainteresowania. - Działa już to znieczulenie?

(Miała albowiem nadzieję, że jak mi okolice okołoustne zesztywnieją, nareszcie się wyciszę.)

- Nhhhywa nee - powiedziałam na wszelki wypadek. Zignorowała to i przystąpiła do dzieła, szykując wiertło.

Zabawiłam ją jeszcze kilkoma dowcipnymi uwagami i przeprosiłam za tak karygodny stan moich zębów. Wszystko to uczyniłam z wdziękiem i charyzmą skazańca siedzącego już na krześle elektrycznym, który usiłuje zagadać kata pochylonego nad włącznikami prądu.

Boże, jestem żenująca - pomyślałam. - Zaczynam żartować z dentystką, żeby ukryć zdenerwowanie. Co gorsza, nie udaje mi się to. Co teraz robic, jak żyć?

Straszliwa Kobieta - ażeby dopełnić mojego obrazu mojego upadku - wepchnęła mi w usta ślinosysa. Może komuś udało się kiedyś wyglądać godnie i spokojnie pomimo ślinosysu. To piękny, szlachetny, lecz, cholera jasna, nie mój przypadek.

Zaczęła się droga przez mękę. Ona borowała, ja natychmiast przymykałam usta. Ona mnie strofowała, (szerzej buziuńkę), ja się reflektowałam, udawałam skruchę i chęć zmiany zachowania. Ona mnie borowała, ja natychmiast przymykałam usta.

W końcu nie wytrzymała, sięgnęła po lusterko i podstawiła mi je pod nos.

- Proszę spojrzeć - nakazała mi.

Zobaczyłam własną, czerwoną, spuchniętą żuchwę i przeraziłam się, że rozmiary spustoszenia w mojej jamie ustnej są tak wielkie, ze widoczne nawet przy zamkniętych ustach.

- Boże - powiedziałam poruszając wdzięcznie ślinosysem. - Ale spuchnęłam.

- Właśnie w ten sposób ma pani cały czas otwarte usta - uświadomiła mnie. - Jak pani sobie wyobraża moją pracę w takich warunkach?

Milczałam, pognębiona i upokorzona.

Cały proces trwał jeszcze może pięć minut, po czym pozwolono mi odejść wolno. Ogromna, falująca, posiadająca własne życie wewnętrzne dziura w zębie (jak przedstawiła mi to pobladła dentystka) okazała się ledwo widoczną dziurką.

Zrodziła się we mnie nieufność wobec innych krytycznych opinii pani doktor, nie mniej jednak zaraz po opuszczeniu gabinetu byłam w tak podłym nastroju (bałam się - mówiąc wprost - że przez stan zębów nie przeżyję do jutra), że położyłam się na wznak na poboczu, wyciągnęłam harmonijkę i długo grałam Wszystkie małe zwierzątka wiążą kokardki na ogonie.

- Jak było u dentysty? - zapytał Tata, jak tylko wróciłam do domu. - Pewnie ci powiedziała, że szczękę masz całą do wymiany?

No i się okazało, że taki ma kobieta sznyt.

***

Wiecie, na czym łapię się bez przerwy? Na poczuciu winy, że mi coś dolega. Na poczuciu winy, że odrastają mi włosy. Na uczuciu wstydu, że jestem nie taka-jak-mam-być. I to poczucie winy nie tylko przeze mnie jest wymyslane, ale też nierzadko imputowane przez naburmuszonego lekarza/fryzjera/kosmetyczkę.

Przychodzę do salonu wyregulować sobie brwi i już od progu mam poczucie winy, że taka jestem obrzydliwa i nieposkromiona, że mi brwi odrastają. Ledwie się kładę na kozetce, już przepraszam kobietę, że tak mi brwi zarosły. I wiem, do cholery, że to jej praca, a jednak się tłumaczę.

Przychodzę do fryzjera zafarbować odrosty i natychmiast wstydzę się odrostów. Od progu się kajam przepraszająco. I mówię do siebie: po co ty się tłumaczysz, kretynko, to jest jej praca. Tak sobie mówię, a dalej sie tłumaczę.

Przychodzę do dentysty i każdy ubytek wzbudza we mnie poczucie winy. Im bardziej nieporuszony i surowy lekarz, tym gęściej się tłumaczę. Im gęściej się tłumaczę, tym gorzej wypadam.

Tak to jest.

***

Obraz paskudnego dnia wczorajszego dopełnił jeszcze mail od mojej koordynatorki. Zdecydowała się bowiem poinformować mnie, że ona ma teraz obligatoryjny urlop i jej nie będzie. I tyle. I mogę zapytać u drugiej osoby odpowiedzialnej za sprawy Erasmusa ale niczego nie gwarantuje.

Szlag mnie trafia, jak sobie pomyslę, że najpierw ze mną uzgodniła, ze mam się z nią w sierpniu umawiać na dyżur przez maile, a potem mi napisała, ze ma w sierpniu obligatoryjny urlop i że na moje pierwsze pytanie, zamiast od razu odpisać, że ma to wszystko gdzieś, kazała mi powiedzieć gdzie mieszkam i przysłać dowód na to, że zdałam sesję, po czym otrzymawszy ode mnie dokumenty umilkła bez odpowiedzi na 3 dni i łaskawie - ponaglona - odpisała mi, że nie.

No to do zobaczenia.

piątek, 20 sierpnia 2010
notka-narzekotka

Narzekam.

Jako człowiek i jako kobieta. Narzekam na:

1. TVN Style.

Kiedyś - przed laty - ulubiona stacja do oglądania w czasie chorobowych pobytów w domu. Nowość na rynku, formaty jeszcze nieznane, człowiek się ciekawił. Teraz się tego nie da oglądać. W trakcie roku nie oglądałam, teraz mam wakacje i spoglądam. I widzę: albo program o psach albo o dzieciach. Ja albo mój pies, albo Ja albo moje dziecko. W obu programach występują dysfunkcyjni ludzie, którym ekspert musi wszystko dokładnie wytłumaczyć. A ekspert złotych myśli ma wiele, za każdą zaś spłoszeni właściciele dziecka/psa są tak samo wdzięczni: nie można psa drażnić patykiem, bo od tego pąsowieje. nie można dziecka przywiązywać sznurkiem do kaloryfera, bo tego raczej nie lubi. psa i dziecko należy karmić, dobrze by było codziennie. Jeżeli chodzi o dawanie psu/dziecku żyletki do ssania: no cóż, można to zrobić, ale nie powinno się. Pilnować, żeby dziecka podczas zakupów nie zostawić w supermarkecie; jeśli już się tak zdarzy, należy się po dziecko jak najprędzej wrócić.

Wysłuchawszy tych myśli właściciele natychmiast miarkują co robili źle. Wyrażają chęć poprawy, zmieniają samodzielnie dziecku pieluchę, po raz pierwszy od wielu lat wychodzą z psem na spacer. Ekspert opuszcza ich dom, zostawiając ich uśmiechniętych i wdzięcznych na progu domu.

Dodajmy do tego Miasto Kobiet o spuście rozmowy kalibru: Joanno, twój mąż i trojka dzieci zginęły w wypadku, tego samego dnia dowiedziałaś się, że masz raka (dramatyczna cisza, Joanna milczy, poruszona) Czy to był najgorszy dzień w twoim życiu?

No i wieczorami Saga rodu Forsythów. (w ramach folkloru sentymentalnego - mam nadzieję cichą)

A, jeszcze: był taki program, bodajże Damy Radę - jeden odcinek widziałam i padłam: dzisiaj nauczymy się obsługiwać skrzynkę mailową. sama zobaczysz, jakie to proste!

Tak.

2. Wysokie Obcasy.

Albo popadli w obcą dla mnie tematykę, albo obniżyli poziom (wyczerpanie tematów, czy coś?). Ze łzą rozrzewienia wspominam niegdysiejsze wspaniałe Portrety Kobiet, do wielu z nich (Krystyna Mazurówna (jeden z najlepszych tekstów, jaki kiedykolwiek czytałam w prasie), Peggy Gugenheim, Eddie Sedgwick, Janis Joplin, Simone Beauvoir, Carmen Balcells, Frida Kahlo) wiele razy wracałam, niektóre fragmenty niemal znam na pamięć.

I co? I dawno już nie czytałam w WO artykułów na takim poziomie. Bohaterki są dla mnie coraz mniej zajmujące, ich życie opisane z coraz mniejszym pazurem i wyczuciem; coraz rzadziej znajduję coś dla siebie. Kiedyś czytałam WO od deski do deski, teraz bywają numery, których nawet nie ruszę, bo nie jestem w stanie dokończyć czytać żadnego artykułu.

3. Twój Styl

Tak, też zmiana na gorsze. Po pierwsze: zmienili formułę mojej ulubionej rubryki Jej Styl. Dawniej to bywały pełnometrażowe artykuły o bohaterce numeru, w które dziennikarka wplatała wypowiedzi gwiazdy i jej bliskich i przedstawiała w ten sposób jej styl życia. Teraz format artykułu zastąpiony został wywiadem, co powodowało, że rubryka leży płasko i dymi - okazuje się, że pozbawione podrasowania dziennikarskim piórem, większość gwiazd jest po prostu boleśnie miałka, nudna i banalna. Coraz mniej w TSie pełnometrażowych artykułów, bo zdecydowali się iść w wywiady z gwiazdami, a od tego jest na rynku pełno magazynów.

No i jeszcze mnie wkurzają ich ustawiczne prezenty, którymi mnie zadręczają. Co jakiś czas postanowią dodać do magazynu jakiś prezencik gówniany i nie ma odwrotu od niego, nic to, że nie chcesz badziewnej, plastikowej torebki na mrówki, nic to, że nie chcesz dodatku filmowego, bo już widziałaś film z musu dwa razy i z każdym razem coraz bardziej Ci się nie podobał - nic to, dają to bierz. Ha, jakby dawali to jeszcze pół biedy, ale płacić każą. Zawsze. Kiedyś była pula gazet bez gadżetu i pula z gadżetem. Jak kogoś kręciły plastikowe zęby, którymi można zastąpić własne, to kupował z gadżetem. Reszta kupowała bez. I komu - pytam retorycznie - to przeszkadzało? Teraz nie dość, że się wykosztowałam na TS-a, to jeszcze - no tak - musiałam zapłacić za film, którego nie chciałam. Taką mi przyjemnosć robią.

To ja postoję.

No, to sobie narzekłam i jestem teraz zadowolona.

Sami widzicie, życie współczesnej kobiety nie jest lekkie. Skąd czerpać wzorce, jak tu teraz zyć, na czym kobiecość swą budować? ;-]

czwartek, 19 sierpnia 2010
co się, kuźwa, dzieje z bloxem?

Czy mnie sie tylko wydaje, czy blox szaleje ostatnio?

Drugi raz mi notkę zjadł, pozbawiając tym samym owocu wielosekundowej, wykańczającej pracy. I to wszysto bez powodu, bez winy mojej najmniejszej! Wczoraj z kolei nie mogłam w ogóle się zalogować, co blox wytłumaczył mi przeciążeniem na linii i złym samopoczuciem po wypiciu szamponu. O dodaniu zdjęcia/filmu do notki nawet nie wspominam. Próbowałam dziesięć lat temu i do dziś w jednym oknie mi się wciąż wczytuje. (Usuwać już nie będę, to by było niemal jak usunięcie piątku z kalendarza: uświęcona tradycja i uznany powszechnie rytuał.)

Jeszcze raz mi coś, bloxie, zeżresz, nie będę już słuchać tłumaczeń. Będę głucha na łzy, na szloch, na to, że masz dzieci, kaszel dotkliwy i dwa kredyty. Po prostu wezmę sprej i narysuję na stronie głównej blox.pl wielkiego siusiaka.

Anonimowo to zrobię, żeby nie było, że jestem wulgarna ;-]

środa, 18 sierpnia 2010
jesień już, Panie, a ja nie mam domu

No i nadal nie znalazłam mieszkania na miarę naszych czasów i swoich możliwości.

Kto by pomyslał, że tak trudno jest w BCN o pokoik, który miałby jednocześnie:

- okno

- ogrzewanie

- ADSL.

Co wybrać, co zrobić, jak żyć, wujku, jak żyć? Optować za oknem, a w zimie przymarzać do pościeli (?), czy wybrać raczej ogrzewanie, a za jedyne okno na świat mieć Internet? (o opcji bez Internetu nawet nie myślę, nie chcę sobie tego wyobrażać.)

Do tego dochodzą jeszcze inne ważne czynniki: lokalizacja (żebym na juniwersytet nie musiała wyjeżdżać o czwartej nad ranem), sąsiedztwo ("hi, we are two nice Indian boys, looking for a blond, clean girl who will be blond and clean"), cena. Nie jest lekko.

Na domiar złego, nie dość, żem potencjalnie bezdomna, to jeszcze wczoraj otrzymałam taką niezbyt przyjemną wiadomość od mojej koordynatorki. Otóż nadal jest na urlopie (a miała wrócić do 10) i najbliższy termin jej dyżuru to 4 września, wcześniej raczej nie. No, a ja 27ego mam zabukowany samolot. Tralala.

Na moje paniczne pytania dotyczące tego, czy nie da się sprawy inaczej załatwić, zapytała mnie gdzie mieszkam. Powiedziałam jej gdzie mieszkam, powiedziała mi, że mam jej wysłać dowód, że sesję mam zdaną. Wysłałam jej dowód, że sesje mam zdaną, odpisała: OK po czym ucięła tę wyczerpującą korespondencję.

No to nie mam ani mieszkania, ani umowy podpisanej, ani ubezpieczenia. Nic. Tylko mam lot zarezerwowany. To się może przelecę wte i wewte, jak się nic nie da załatwić. Powiem pilotowi, że nawet mi się nie opłaca wysiadać, że sobie latam, bo akurat mam bilet i nic lepszego do roboty w tym czasie.

A nuż mi kubek dadzą firmowy za to oddanie. Chociaż wątpię, skoro za dodatkowe miejsce na nogi każą płacić.

 

Dobra, zeby nastrój uczynić jeszcze bardziej ponurym i mrocznym, prezentuję dzisiaj dwa wiersze na niedzielę (wiem, że dzis środa, nie dzień jest jednak wazby w wierszach na niedzielę.)

Autorem jest laureat nagrody NIKE, Eugeniusz Tkaczyszyn-Dycki, wiersze pochodzą z tomu Przewodnik dla bezdomnych niezależnie od miejsca zamieszkania z roku 2000. Całość ze strony Biura Literackiego.

XLIII.

jesień już Panie a ja nie mam domu
wprawdzie gromadzę przedmioty codziennego
użytku i przybywa mi rzeczy bezużytecznych
wprawdzie jestem bardziej zachłanny

aniżeli ów wiatr który się do wszystkiego
zapala podkręca i z każdym listkiem
układa osobno bo tylko z listkiem robi się
ciemne interesy nie narażając się

na straty widziałem to w przemyskiem

 

XLIV.

jesień już Panie a ja nie mam domu
wprawdzie jestem bardziej zachłanny
aniżeli ów wiatr z którym załatwiam
różne ciemne interesy bo kiedyś

trzeba się uniezależnić usamodzielnić
idę do moich zmarłych (nie narażając się
na straty) jakbym miał im coś odebrać
jeszcze nie wiem co ale się uśmiecham

na myśl o posiadaniu garstki siebie
tego strasznego bogactwa które natychmiast
powinienem obrócić w nic wszystko przepić
puścić pawia widziałem to w przemyskiem

z ust największych pijaków

 

wtorek, 17 sierpnia 2010
profffanacje

Oto co znalazłam w katalogu ksiązkowym EMPIKU:

NOWOŚĆ:

Duma i uprzedzenie i zombi - Jane Austen i Seth Grahame-Smith

OPIS:

Jest prawdą powszechnie znaną, że zombi, który posiadł jeden mózg, pragnie ich więcej. Siostry Bennet przeżywają perypetie miłosne, a w hrabstwie Hertfordshire zmarli powracają do życia. Zadziorna Elisabeth Bennet walczy z wygłodniałymi zombi. Jej uwagę odrywa jednak przyjazd przystojnego ale aroganckiego pana Darcy'ego.

 

Co-to-ma-być??


 

o tym jak nie podpisałam umowy

No więc tak.

Wybrałam się dzisiaj do biura Koordynacji Współpracy Międzyplanetarnej - czy jakoś tak - ożeby podpisać umowę, która umożliwi mi spędzenie najbliższego roku akademickiego w Hiszpanii.

Był piękny dzień i ptaszki śpiewały.

Od razu - rzecz jasna - pojawiły się komplikacje różnej natury. Po pierwsze: nieskończona damska próżność kazała mi założyć dzisiaj wąską, białą spódnicę i wysokie szpilki. Pomyślałam, że, no, to taki akuratny strój na lekką, krótką przebieżkę po mieście. I nic to, że spódnica była tak wąska, że musiałam w niej drobić jak gejsza, a buty tak wysokie, że normalny czas przebycia z punktu A do punktu B, z 15 minut, wydłużył się dwukrotnie.

Prawdziwe problemy pojawiły się, kiedy zaszłam pod rektorat i zastałam tam gruntowny remont nawierzchni. Pisząc "gruntowny" mam na myśli remont faktycznie gruntowny, nie jakieś tam lekkie wylewanie asfaltu, o nie. Mam tu na myśli gruntowne rozbebeszenie całej nawierzchni aż po jądro ziemskie i uzupełnienie jej zdradliwymi kamykami.

W pogardzie mając znój, brud i kurz, sunęłam w tych szpilach poprzez remonty, nie raz, nie dwa, nawet nie trzy razy, a więcej prawie się wywalając. Dochodziłam przy tym do wyżyn logistyki, wprawnym okiem oceniając na który kamień mogę wejść, na którym się miejscu mogę wesprzeć, a które niechybnie doprowadzi mię do upadku.

I jeszcze tuż przed drzwiami, jak starałam się odzyskać fason i stanąć wreszcie na dwóch, złośliwy jakiś pracownik z taczką wysypał mi prawie pod nogi nową porcję żwiru i kamoli i po chytrej jego i zlośliwej twarzy, widziałam, ze moja obecność w tym miejscu na szpilkach, nadaje jego żmudnej pracy sensu i nowej jakości.

No ale się doczołgałam. Już nie byłam taka świeża, elegancka i wiosenna, ale się doczłapałam.

Pod pokojem 37 zastałam przerażoną dziewczynę.

- Pani też na podpisywanie umowy? - zagadnęłam swobodnie.

- Tak - szepnęła, po czym, blada i drżąca, nie podnosząc wzroku, wyminęła mnie zgarbiona i weszła do pokoju.

Usiadłam sobie spokojnie i czekałam. A pełna obaw byłam przy tym, bo brakowało mi jednej pieczątki i mimo tego, że już o tym uprzedzałam i wzmiankowałam, to nigdy nie mam pełnego zaufania do urzędników. Doświadczenie mnie nauczyło, że z powodu braku byle druczku potrafią zachowywać się jakby doświadczali rzeczy tak strasznej, że nawet osoby, które przeżyły wojnę i holocaust, na jej widok krzyczałyby: co za niewyobrażalne okrucieństwo!

I faktycznie, problem był, o czym się przekonałam, jak tylko weszłam.

- Nie ma pani wniosku XX - powiedziała mi niejaka Lucynka i podniosła na mnie ciężki wzrok.

- No, ja wiem - przyznałam. - Bo mnie powiedziano, że tutaj można go wydrukować.

- Nie - powiedziała Lucynka. - Nie można. My nie mamy dostępu. To nie masz obowiązek.

- Anka się tym zajmuje - poinformowała mnie druka urzędniczka takim tonem, jakbym tą jakąś Ankę dobrze znała i wiedziała, że się tym zajmuje. - My nie.

- No, ja na wydziale nie mogę tego wydrukować, mnie tutaj skierowali - powiedziałam. Zrobiło mi się gorąco.

- No ja nie wiem - powiedziała Lucynka i obraziła się. Dłuższą chwilę gmerała w komputerze, w końcu skapitulowała, podała mi kartkę i długopis - Pani tutaj wpisze swoje imie, nazwisko, gdzie pani jedzie. I data - poinformowała mnie.

- I e-mail niech wpisze, Lucyna - odezwała się druga. - Bo Grażynka nie będzie potem wiedzieć.

Luz, wpisałam, co kazali, Lucynka chwyciła za kartkę, wyszła.

Nie było jej chyba całą noc, nad ranem dopiero wróciła. Druga urzędniczka nie odzywała się do mnie, tylko układała akta, zerkając na mnie z niechęcią (wyczułam, że ma mi za złe, że należę do tej trupy studentów, którzy przez swoje uporczywe, uciążliwe wyjazdy zagraniczne, wypełniają te akta swoimi wnioskami, petycjami i interpelacjami.) Spuściłam głowę, wzięłam długopis, jakąś kartkę i zabawiałam się rysowaniem. Czas mijał. Świtało.

Wróciła Lucynka.

- No, dobrze, ma pani tutaj ten wniosek - powiedziała. - Tylko, że nie można teraz podpisać umowy, bo pani musi iść i pozbierać podpisy koordynatorów i dziekana. I dopiero potem, do nas. Jeszcze raz.

Pochyliła się.

- Co pani tutaj narysowała?

Milczałyśmy obie przez chwilę. Ja zdruzgotana, ona poruszona.

- Kota podłączonego do kontaktu - przyznałam z wahaniem. Nie było mi na rękę, przyznawać się do takich rysunków, kot pod prądem mi wyszedł (jak zawsze: mam nawyk malowania wszędzie i zawsze kotów: zaczęłam od szkiców kota siedzącego tyłem, po osiągnięciu mistrzostwa, przeszłam do kota siedzącego tyłem i poprzez ogon podłączonego do kontaktu - niestety, w tej dziedzinie nie osiągnęłam jeszcze arcywysokiego pułapu, byłam wszak dobra dostatecznie, żeby dało się kota i kontakt bez trudu rozpoznać) - no ale skoro tym razem kot pod prądem mi wyszedł, głupio było zaprzeczać i mówić: papuga na telefonie. Albo: kopytko.

(Moja Mama złapała kiedyś na lekcji jednego z uczniów na tym, że malował w zeszycie gołą babę.

- Co to jest? - zapytała głupio, na co bezczelny pomiot odparł:

- Pies.

I faktycznie, po zarekwirowaniu dzieła, Mama odkryła, ze był to mutant: pół kobiety, pół psa.)

- Narysowała pani na swoim wniosku Lerning Argiment kota podłączonego do kontaktu? - spytała jeszcze raz tamta. Urzędniczka od akt znieruchomiała i obróciła się bardzo wolno.

- To nie Lerning Argiment, to notes zwykły jest.

- No - powiedziała Lucynka. - No. Bo już się bałam, że pani rysuje po wnioskach.

Pozwoliły mi wyjść i przystałam na to bardzo szybko; ciągle bałam się, że pani Lucynka jeszcze za mną wybiegnie i zawoła, że do wniosków i dokumentów mam donieść następnym razem oświadczenie od psychiatry.

Które, nawiasem, nie wiem, skąd wezmę, skoro doktor Ciasto-Mlasło na urlopie w Bogatyni ;-]

 


No. ale koniec końców nic nie załatwiłam, muszę drugi raz jechać. Oto jest smutna puenta.

jeszcze raz o czytaniu

Piszecie w komentarzach, że są środowiska, w których się czyta i są środowiska, w których się nie czyta. I macie rację.

Ale opiszę Wam pełną zgrozy historyjkę, w której wzięłam udział.

Przyszła do mnie kiedyś koleżanka z grupy - obie studiujemy prawo - i powiedziała tak:

- Nie masz czasem jakiejś książki pożyczyć ciekawej?

(A studiowałam wtedy jeszcze równolegle na Wydziale Polonistyki i uchodziłam w kręgach prawniczych za znawcę na miarę Wyki Kazimierza.)

Pomyślałam o Stu latach samotności, bo to się niemal wszystkim podoba, głośno jednak drążyłam dalej:

- Ale jakiej dokładnie?

- No, na lato, bo ja teraz wyjeżdżam do Portugalii i chciałam książkę, która się dzieje w Portugalii.

Pomyślałam o Saramago, o Tavaresie, o Lobo Auntesu, ale drążę dalej.

- Ale historyczną, czy fikcję?

- No, może jakaś podróżnicza, o podróżach, kulturze etc.

Pomyślałam o Kapuścińskim, już miałam proponować, kiedy ona - po namyśle pewnym - mnie pyta:

- A słuchaj, przewodnika turystycznego po Portugalii nie masz?

..

No. I ktoś taki będzie Was kiedyś sądził, jak oszukacie ZUS!

poniedziałek, 16 sierpnia 2010
przegląd prasy oraz vat(bat) na ksiazki

Przeglądałam dzisiaj prasę i znowu natknęłam się  na wywiad kuriozum.

Oto mamy najświeższą Angorę, a w niej, na stronach 60-61, przedrukowany z Gazety Pomorskiej wywiad z dr Lucyną Stetkiewicz, socjologiem literatury z UMK -> wywiad przeprowadził Adam Willma.

Całość zaczna się od stwierdzenia dziennikarza, iż "zajmuje się pani literaturą, czyli jest pani archeologiem" - na co pani Lucyna odpowiada z optymizmem, że wcale nie, bo ludzie naprawdę czytają jeszcze książki.

I udowadnia to poniżej.

Na stwierdzenie dziennikarza, że w ubiegłym roku 62 procent Polaków nie miało w rękach żadnej książki, odpowiada:

Ale 38 procent miało! Z tym kryzysem literatury to wielka przesada!

Przypomina mi się zaraz legendarny wywiad z Antkiem Rozpruwaczem Piechniczkiem, który to usiłowal przekonać wszystkich, że "słaby poziom polskiej piłki to absolutna bzdura".


A czemu się przypomina? Zajrzyjmy do dzisiejszego wydania Wprost:

"Najnowsze badania Biblioteki Narodowej mówią, ze w ciągu ostatniego roku tylko 38 procent Polaków miało kontakt z co najmniej jedną książką. W tym tylko 11 procent czyta regularnie, czyli ponad 6 tytułów rocznie. Taki wynik sam w sobie nie napawa optymizmem, a należy wziąć pod uwagę, że w badanej grupie znaleźli się ucznowie i studenci, którzy często czytają jedynie z przymusu (podręczniki to dzisiaj 1/3 wszystkich sprzedawanych książek)."

Czyli ten kontakt 38% często ograniczał się do książki kucharskiej, albo podręcznika czy lektury. Czyli, że 11 procent z 38 procent można nazwać czytelnikami.

Dalej Wprost: przeciętny nakład książki w Polsce to 3 tysiące egzemplarzy.

I dalej: Wprost cytuje Krystynę Koftę: na zachodzie czyta się średnio osiem książek rocznie, a u nas pół albo jeszcze mniej.

I dalej: W Szwecji po książkę sięga regularnie 70 procent społeczeństwa, w Finlandii 66 procent, a w Wielkiej Brytanii 63 procent.

OK. Tyle artykuł pani Igi Nyc z Wprost (który, nawiasem mówiąc, gorąco polecam) Wróćmy do rozważań dr Stetkiewicz, rozchmurzą się znowu Wasze posępne buziulki!

Dlaczego więc - pyta dziennikarz dramatycznie - 62 procent nie czyta?

Dr Stetkiewicz odpowiada: dobre pytanie, najlepiej zadać je polonistom. - i dalej rozwija myśl - "do czytania socjalizuje go (czlowieka) dom, w którym czyta się bajki, a później tę funkcję powinni przejąć nauczyciele. Ale oni trzymają się sztywno zapyziałego, skostniałego i zakurzonego kanonu literackiego. To zraża młodych ludzi do czytania

Zgadzam się z panią doktor, gdy mówi, że lektury zniechęcają do czytania. Wierzę, że tak może być. Po pierwsze: faktycznie, kanon jest zapyziały. Po drugie: nikt nie lubi być do niczego zmuszany.

Moja kuzynka nienawidziła lekcji polskiego i czytanie lektur było dla niej udręką. Miała zawsze ścisły umysł i wiele pozycji na liście lektur wydało jej się nudnych albo dziwacznych. Jako jedna osoba zorganizowana i dokładna, zmuszała się do czytania lektur i zmuszała się do czytania książek do końca.

Dla mnie błąd i pętla na szyi.

Zdradzę Wam cos: uwielbiam książki. Przyjemnością jest dla mnie wypad do biblioteki, z której przynoszę sobie 8 książek - bo tyle mogę jednorazowo wypożyczyć - i które sobie kłade na łóżku, tuż po prawicy, i sięgam, oglądam, czytam, odkładam, wącham, kartkuję. Jak mi się ksiązka nie podoba, to nie ma siły, która by mnie zmusiła do przeczytania jej do końca. Nie będę się torturowała i tyle. Nie podoba się to się nie podoba, szlus. I tak sobie myślę, że uciążliwość czytania od deski do deski (a niektórzy mają taki imperatyw) jest jednym z czynników, które sprawiają, że czytanie staje się psią czynnością, przywołuje mdłości, męczy i zraża do czytania.

Ale to jedna sprawa. Druga sprawa jest taka - nie fair jest zrzucanie winy na nauczycieli z bardzo prostego powodu. ONI NIE MAJA INNEGO WYJŚCIA JAK OMAWIAĆ KANON. Bo z tego kanonu uczniowie są potem SPRAWDZANI NA EGZAMINIE. Nauczyciel musi więc wybierać, czy chce przygotować do egzaminu, matury, czy do życia. Bo to nie zawsze się łączy.

Moja Mama jest polonistką i nienawidzi serdecznie lektur. Ma dość corocznego odświeżania sobie Krzyżaków, losy Cezarego Baryki męczą ją niepomiernie i najchętniej wprowadziłaby - i jeśli czasu starcza, wprowadza - Tolkiena, Siesicka etc. Tyle, że jeżeli daruje sobie omówienie Krzyżaków, a znajomość Krzyżaków będzie potem wymagana na maturze, uczeń powie: BO MNIE PANI NIE KAZAŁA CZYTAĆ I NIE WIEDZIAŁEM CO NAPISAĆ. Bo rodzic powie: BO PANI NIE POTRAFIŁA PRZYGOTOWAĆ SYNA/CÓRKI DO EGZAMINU. Bo dyrektor powie: NO, ŚREDNIE WYNIKI MAMY SŁABSZE NIŻ ROK TEMU.

Więc nauczyciel omawia Krzyżaków, Przedwiośnie, Siłaczkę. I widzi, że losy Stanisławy już nikogo nie obchodzą, że uczniom szklane domy wiszą i powiewają. Co z tego? Ministerstwo postanowiło: to ma zachwywać.

Dobra, dalej dr Stetkiewicz:

Robiłam obszerne badania wśród uczniów szkół średnich, powiedzieli mi, że zamiast Dziadów woleliby czytać Harryego Pottera (...) ale nie tylko, także: Dzieci z Dworca Zoo, Heroinę czy powieści Siesickiej.

No. Ale rzadko się zdarza to, co człowiek chce. Nie wiem, czy tylko mnie się wydaje, że propozycja, by wśród lektur w ŚREDNIEJ SZKOLE powinien być Harry Potter, jest dość mało ambitna? O ile jestem za modernizacją - paskudne słowo - listy lektur, o tyle jestem przeciwna układania jej zupełnie podług młodzieżowych gustów. Jasne, niech czytają Zmierzch, HP, ale, na miłość boską, to są książki, po której młodzi ludzie sięgnęliby tak czy siak. Lektury, szkoła miały być z założenia listą, która przesuwa horyzonty, a nie sie do nich dostosowuje. Na liście lektur jest wiele świetnych pozycji: Dżuma, Mistrz i Małgorzata, Zdążyć przed paniem Bogiem, Ferdydurke, Rok 1984 -> jaka szkoda tylko, że w zalewie tytaników typu Pan Tadeusz, Lalka, Ludzie bezdomni, nauczyciele nie zdążą po prostu ich omówić, bo mając ograniczony czas, wybiorą pewniaka maturalnego (Lalka) niż np. Rok 1984.

Dalej: dr Stetkiewicz:

(na pytanie, czy internet szkodzi literaturze) Oczywiście, że nie. Wśród ludzi czytających książki internet zdecydowanie przegrywa z książkami, za to pomaga w ich odnalezieniu. W internecie można książkę kupić, zrecenzować. (...)

Truizm, z pewnym potencjalnym ale.

Internet ma i będzie miał coraz większy wpływ na ludzi. Na to, jak postrzegają świat, w jaki sposób będą czytali, w jaki sposób będzie pracowała ich wyobraźnia. Na razie jeszcze tego nie widać, ale przyjdzie pokolenie, które wychowa się tylko i wyłącznie na internecie, pokolenie, które od kolebki będzie zerkało w telewizor - i wtedy zmiany będa widoczne wyraźnie.

Po pierwsze: ludzie będą wymagali od tekstu by był coraz to krótszy. Będą wymagali, by był pisany coraz bardziej przejrzystym językiem, który umozliwi im od razu dotarcie do sedna. Dokładnie jak w wiadomościach na Onecie. Tłustym drukiem sedno, reszta tylko dla zuchwalych.

Dalej, doktor Stetkiewicz:

Staram się czytać książki sensacyjne i powiem panu, że tego typu literatura daje dużą wiedzę o społeczeństwie. A co dziś mówi o naszym społeczeństwie Goethe?

No faktycznie, kuźwa, nic nie mówi w ogóle. Ani o społeczeństwie, ani o człowieku. Albo taki Balzac, co on może mieć do powiedzenia? Przecież obecnie jeździ się samochodem, a nie bryczką! Albo Conrad Joseph! Co z tego, że pisze o sednie człowieczeństwa, skoro czasy kolonizacji dawno minęły? Kto dzisiaj pływa statkiem?

Wywiad kończy pani Stetkiewicz w następujący sposób:

(o tym, co będzie się czytać w przyszłości) Sensem literatury byóło od początku opowiadanie ciekawych historyjek, a nie epatowanie niezrozumiałym językiem. Literatura, która sama sobie tworzy bariery językowe - sama skazuje się na zapomnienie.

Teoretycznie się z tym zgadzam. Praktycznie myślę o niezapomianym Gombrowiczu, który lubił sobie język przenicować i sprawdzić, ile z niego zostanie - albo o Bruno Schulzu.

O Witkacym nie myślę, gdyż za nim nie przepadam.

 


o tym jak jadłam kolację z viceprezydentem Wiednia

- Dzisiaj poznasz mojego chłopaka - powiedziała mi pewnego dnia Manuela. - Ma dzisiaj urwać się wcześniej z pracy i zjemy lunch.

To się nieco podstresowałam.

Im dłużej się znałyśmy z Manuelą, tym więcej, rzecz jasna, wiedziałam o jej chłopaku, im dłużej spacerowałyśmy, tym bardziej szczegółowe były jej opowieści o nim, tym więcej funkcji sprawował i tym więcej zaszczytów go w życiu spotykało. Pokazała mi budynek austriackiego ministerstwa spraw zagranicznych, w którym pracował, pod budynkiem stał pomnik Leopolda Figla (tak to się odmienia? aghrrr) który okazał się być jej chłopaka "bardzo bliskim krewnym", w końcu powiedziała mi, że ostatni weekend spędzili na szukaniu zdjęć wakacyjnych, na których dobrze wyszedł, bo jego partia - Austriacka Partia Ludowa - wystawia go  wyborach w Wiedniu, jako że ostatnio - 4-5 lat temu - dostał najwięcej głosów w najważniejszymokręgu Śródmieście i przez to traktowano go - jak twierdziła - jako wiceprezydenta Wiednia.

Oczywiście, byłam tym rewelacjom nieufna. Ja też jako dziecko wszystkim rozpowiadam wokół, że moja rodzina posiadała zamek w Karyntii i nasze włości były tak rozległe, że żeby dotrzeć do bramy i otworzyć furtkę temu, kto przyjechał nas odwiedzić, musiałam wsiadać na płowego konika i jechać około stu jadrów. (do dzisiaj nie wiem, ile to jest.)

 

O umówionej godzinie stawiłyśmy się na placu, przy którym to miała znajdować się restauracja, w której serwują największe w mieście sznycle po wiedeńsku. Rzecz jasna, facet już był i czekał. 15 lat od nas starszy i z deka siwy na skroniach, ale nic to.

- Nie wzięłam dla ciebie rachunków - powiedziała mu Manuela zaraz. - Bo w kawiarni nie było prądu i nie mogli go wydrukować.

- Ach du heilige ScheiBe - powiedział tamten z miną, która skłoniła mnie do myślenia, że są być może ze sobą tylko dla tych rachunków. Rzecz się bowiem miała następująco: on dostawał z ministerstwa zwroty za wszystkie lunche i obiady ("musi się dużo spotykać z ludźmi - powiedziała mi Manuela - i rozmawiać z nimi, sama rozumiesz" Faktycznie, rozumiałam.) ona zaś zbierała mu wszystkie rachunki, a robiła to z taką gorliwościa, że przyszło mi do głowy, ze może na tym jeszcze zarabiają sporo - moje rachunki bowiem też skwapliwie zbierała.

Weszliśmy do restauracji i zaraz podbiegł do nas właściciel. Zaczął się w pas kłaniać, prowadzić do najlepszego stolika, z którego wywalił uprzednio nic nie znaczących kmiotów spożywających zupę cebulową, zagadnął też - gdy już usiedliśmy, a ja spłoszona, zdołałam schować wytarte, płócienne buciki pod stół, tak, żeby nikt ich nie zauważył - o to, że "w okolicy zbierają się pijani i robią straszne burdy, czy można by coś z tym zrobić, panie ministrze?"

Wtedy pobladłam. I od razu wiedziałam: zaraz coś rozleję, na kogoś kichnę, powiem coś głupiego mierną angielszczyzną, albo wyjdzie na jaw, że w domu nie używamy noża do mięsa, tylko - jak prostaki - nabijamy je na widelec.

Na początku panowała więc, wiecie, niewygodna cisza, potem - ponieważ tuż przed spotkaniem byłyśmy z Manuelą na jej uniwersytecie i pokazała mi pomnik inspirowany zdradą z Pierścieni Nibelunga; (motyw owej zdrady, ciosu w plecy, do dzisiaj jest wykorzystywany przez ugrupowania quasi-neonazistowskie do zilustrowania rzekomej zdrady, jaka spotkała Niemcy po I wojnie światowej) Manuela poprosiła chłopaka, żeby wytłumaczył mi dokładnie o co chodziło z tym ciosem w plecy.

- No wiesz - rzekł szalenie mądrym tonem - Niemcy uważali, że mogli wygrać I WŚ i że ich zdradzono i właśnie ta zdrada nazywana jest ciosem w plecy.

- No ale tak dokładnie, ściśle, to kto kogo zdradził, kto komu wepchnął ten nóz w plecy? - zapytałam. Wychowana na mitologii "ciosu w plecy" jaki zadaje bolszewicka armia 17 wrzesnia 39' wydawało mi się, że napastnik - tzn zdrajca - musi być zawsze jakoś skonkretyzowany. No wiecie, Juliusz Cezar i Brutus itd. Że do zdrady trzeba dwojga.

- Nic nie rozumiesz - powiedział mi facet. - To tylko taka METAFORA. Nikt nikomu nie wepchnął noża w plecy. Tak się mówi tylko.

Zapadła dręcząca cisza, w trakcie której próbowałam pogodzić się z faktem, że wyglądam na idiotkę.

 

Tu mała dygresja: miałam kiedyś w grupie kolegę, nazwijmy go Radomiot. Facet miał wielki problem, mianowicie: przez swoją wybitnie obrzydliwą aparycję wyglądał jak kompletny idiota, przez swoją potężną wadę wymowy, brzmiał jak kompletny idiota, Bóg jednak świadkiem, że kompletnym idiotą nie był. Robił doktorat, pisał wiersze i czytał rosyjskich klasyków itd - cóż jednak z tego, skoro kazdego dnia, na każde jego pytanie odpowiadano mu głośno, wyraźnie i wielkimi literami, wszystko na wszelki wypadek dwa razy tłumacząc. Wiersze jego spotykały się z salwami śmiechu, nawet te wiersze ponure i traktujące o tematach ważnych; czytał na przykład poruszający wers "cy wies dlacego śmierc jest smacna?" - a ludzie, zamiast ocierać pąsowymi chusteczkami łzy, pokładali się ze smiechu, cytował Dostojewskiego i sprawiał, że nawet słowa mistrza brzmiały jak totalne pierdoły - mówiąc krótko: miał, chłopina, przerąbane.

Nie wiem dlaczego, przyszedł mi Radomiot do głowy, zrozumiałam jednak, jak musiał się czuć.

 

- Ja wiem - broniłam się bohatersko, ale resztkami sił - że to metafora, tylko się zastanawiam, kto komu wbił, rozumiesz. kto kogo zdradził, kogo niemcy oskarżali o zdradę.

- Nikt nie wbił - pouczył mnie facet z wyższością. - tak się tylko mówi po niemiecku.

O ja cię.

- Nie no, w Polsce zazwyczaj takie sytuacje są bardziej skonkretyzowane - powiedziałam. - Jak jest zdradzony, to jest i zdradzający, rozumiesz. Dwa. Dwóch.

- Tutaj tak nie było - odparł mi zaraz, dając miną do zrozumienia, ze rozmowa z namolnym ćwokiem nieco go już męczy.

Dopiero po kilku następnych minutach wiercenia dziury w brzuchu, dowiedziałam się, że niektórzy Niemcy uważali, że niemieccy politycy - podpisując kapitulację - ich zdradzili.

Podróże nas kształcą.

No, ale koniec końców Manuela mi zdradziła, że zrobiłam "raczej pozytywne wrażenie", zresztą, coraz lepiej się z bucem dogadywałam, może to przez to, że zrobiliśmy tour po heurigerach i z każdym kieliszkiem wina mielismy coraz więcej wspólnych tematów. Potem zabrali mnie jeszcze na nocną przechadzkę po Wiedniu i - jak mi zrelacjonowała Manuela - zabłysnełam, wypytując go czy w przy proporcjonalnym rozdzielaniu mandatów w wyborach, stosowany jest system d'Hondta. (Nie wiem, co mi odbiło z tym systemem d'Hondta, dlaczego akurat to i dlaczego akurat wtedy - może wino powoduje u mnie nastrój melancholii, podczas którego oddaję się rozmyslaniom o strukturach państwa - fakt faktem, że studiowanie prawa coś tam zostawia w głowie. Mama ma rację, nie wiadomo nigdy, co i kiedy się przyda.)

No.

 

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 9