piątek, 10 września 2010
umarł Simon, niech żyje Simon

Przetrzebiona straszliwą weekendową melancholią, poszłam dzisiaj na spotkanie organizacyjne studentów prawa.

No i nie zgadniecie.

***

Siedzę sobie w przedostatnim rzędzie, przede mna chłopak: bardzo blond blondyn, simonowaty. Mój typ, wiecie już o tym.

W skrytości ducha pomyślałam: ale fajny, w mniejszej skrytości (wciaż wiele rzeczy ukrywam przed samą sobą) pomyślałam: co za palant, pewnie taki jak tamten.

Odwróciłam się do niego plecami i zagadałam do siedzącej obok dziewczyny. Okazało się, ze ma na imię Sophie, jest z Austrii no i że jest bardzo fajna, więc po całym tym spotkaniu podeszłam znowu do niej i zaproponowałam kawę. Zeszłyśmy do holu, do Biura Językowego, bo chciałam koniecznie dostać polsko-katalońskie rozmówki studenckie, za nami wolnym krokiem szedł ten blondyn Przykusilo mnie, żeby zagadać i zaprosić go na tę kawę, ale dałam sobie na wstrzymanie.

Uspokój się - tak sobie poleciłam. - Jeszcze zdążysz.

Zeszłam do tego Biura, odbyłam bardzo dziwną rozmowę z człowiekiem zarządzającym ( - I want to get this polish-catalan book - yes, of course. in which laguage? - polish-catalan - what?? - polish-catalan - sorry, we don't have it - yes, you do, I can see it - no, but I can give you this [daje mi rozmówki polsko-katalonskie o ktore prosilam]

Ok.

Idziemy sobie z tą Sophie av. diagonal i zgadnicie, kto idzie za nami? Simon the second!

Toć to znak od supermena!

Natychmiast do niego zagadałam i zaprosiłam na tę kawę, natychmiast się zgodził i poszliśmy w trójkę do Starbucksa.

No i puenta jest taka, że chłopak nie jest tak seksowny jak Simon the First, śmieje się jak panienka (jedyna wada, niwelowana przez niesamowity błękit oczu. takim ludziom więcej się wybacza, ot co :P), ale jest bardzo bystry i da sie z nim porozmawiać na ciekawsze tematy niż przepychanie piłeczki pingpongowej.

;-]

Zachęcona tym, że śmiał się z moich przygód w BCN, opowiedziałam mu o sesji medytacyjnej i o ołtarzyku z GumowoMatkoBosko i z supermenem. Uśmiał się i powiedział, że koniecznie musi mnie odwiedzic i osobiście zobaczyć supermena ;-]

A na jutro ja i Sophie jesteśmy zaproszone do niego na imprezę.

 

Ręka do góry, ludzie malej wiary, kto się śmiał i wątpił w moc sprawczą ołtarzyka Marii? :P

Wstyd mi za was. Mnie serce ani razu nie drgnęło w zwątpieniu!

:P

Zostałam w zeszłą środę w domu.

Było co prawda jakieś nowe erasmus party, ale wyjątkowo tego dnia nie chciało mi się nigdzie wychodzić. Po pierwsze: obiecałam Marii tydzień temu, że pomogę jej przygotować to party z medytacjami, po drugie: wydałam w zeszłym tygodniu za dużo kasy na alkohol i łażenie po pubach&clubach, więc postanowiłam dać sobie na wstrzymanie.

No.

***

Maria upiekła typowe wenezuelskie ciasto, ja kupiłam w polskim sklepie typowo polskie ptasie mleczko i typowo hiszpańskie różowe wino, o 20.30 zaczęli zbierać się pierwsi goście. Myślałam, że będzie nas 5-6 osób, bab tymczasem przyszło około 12 i były to baby różnej maści i różnego wieku. Najmłodsza miała 17 lat, ("dzisiaj ma urodziny - wyznała jej matka - dlatego ją przeprowadziłam, może wspomóc proces medytacji"), najstarsza około 50. Poznałam tym samym całą spirytualistyczną śmietankę towarzyską Barcelony: właścicielkę sklepu z Wodą Majów, która nadaje życiu (woda, oczywiście, właścicielka sklepu byc może pośrednio) harmonię i światło; poznałam właścicielkę księgarni z książkami dotyczącymi życia duchowego, poznałam chyba wszystkie możliwe pracownice gabinetów medycyny naturalnej.

Jeżeli kiedykolwiek przyjedziecie do BCN, żeby zakupić podręcznik Jak zgrzytać zębami pomimo śmierci, zgłoście się do mnie. Może załatwię wam jakąś zniżkę.

GumowoMatkoBosko została przeniesiona na stół w salonie i otoczona zapalonymi świecami, (z niewyjasnionych powodów żaba i supermen nie mogli brać udziału w ceremonii), do niej dołączyła DrewnianoMatkoBosko z Caracas przytargana przez inną Wenezuelkę. Maria kazała wszystkim usiaść w kręgu i puściła relaksacyjną muzykę.

Medytowałyśmy. Wyobraziłam sobie jak muszę wyglądać i natychmiast zaczęłam się śmiać, otworzyłam oczy i rozejrzałam dookoła, zeby nawiązać z kimś kontakt i wymienić spojrzenie pt: wtf?, jednak wszystkie baby siedziały bez ruchu, z ekstazą wypisana na twarzach.

Zrobiło mi się głupio i znowu zamknęłam oczy. Minęło 30 sekund i zaczęłam się strasznie nudzić. Właściwie, gdyby nie ciekawość (i typowe wenezuelskie ciasto, które strasznie chciałam spróbować), nigdy bym się nie pisała na medytacje. Po pierwsze: siedzenie bez ruchu nudzi mnie. Po drugie: nie wierzę w żaden spokój ducha osiągany prawidłowym oddechem. Po trzecie: muzyka relaksacyjna mnie stresuje.

Doczekałyśmy do końca piosenki i Maria pozwoliła w końcu wszystkim otworzyć oczy.

- Przejdźmy do życzeń - powiedziała. Wszystkie baby powyciągały z portmonetek, torebek i kieszonek zapisane drobnym druczkiem kartki z życzeniami. Kartki formatu A4, rozumiecie. Oczy mi wyszły na wierzch.

- Ja zacznę - powiedziała Maria - żeby wam pokazać jak to się robi - po czym otworzyła zeszycik i zaczęła czytać - W imię ojca i w zgodzie z całym wszechświatem, proszę o - i tu zaczęła się litania żądań, która zawierała zarówno uprzejme prośby o pokój na świecie jak i kategoryczne żądania dotyczące znalezienia nowego narzeczonego.

No i potem ruszyło: kolejna prosiła o uzdrowienie chorej matki, inna o to, żeby nie wyrzucali jej z mieszkania, jeszcze inna o to, żeby Bóg (w porozumieniu ze wszechswiatem, oczywiście) "rzucił nieco światła na związek, który właśnie rozpoczyna".

Poczułam się trochę jak intruz no i zrobiło mi się nieco głupio, że choćbym bardzo chciała, to nie umiem myśleć o tym wszystkim inaczej jako o głupich zabobonach nawiedzonych kobiet. Większość z  tych kobitek była bardzo fajna i gdybym nie poznała ich w takich okolicznościach, nigdy bym ich o coś takiego nie podejrzewała.

Szczerze mówiąc, gdy jedna z nich zaczęła sobie życzyć uzdrowienia umierającej matki, pomyślałam: och, jakbym chciała, zeby te wszystkie czary naprawdę działały.

O tak, czasami chciałabym wierzyć w czary. W magię. Wiecie. W moc sprawczą i te sprawy. Właściwie, patrząc na spokojne, ufne twarze tych kobitek, pomyślałam sobie, że może to jednak my sceptycy, realiści, coś tracimy, coś nas omija.

No a w końcu i ja zostałam zmuszona do zapalenia świeczki Próbowałam się wykręcić (-no, no, no hablo espanol!) ale Maria mnie zrugała i uświadomiła, że w ten sposób złamię krąg i dobra moc ucieknie.

- Nie musisz nic mówić - oświadczyła ponadto - tylko zapal tę świeczkę.

- Możesz sobie też życzyć, że chcesz nauczyć się hiszpańskiego - poradziła mi jedna z bab. Zaczerwieniłam się.

- Zostaję tu przez rok, więc tak czy siak się nauczę - wyrwało mi się. 11 par kobiecych oczu wpatrywało się we mnie z mieszaniną niedowierzania i niesmaku.

- Oczywiście,  p e w n i e   k i e d y ś   się nauczysz - odezwała się powoli jedna z nich. - Ale z pewnością z pomocą bóstw i wszechświata będzie ci łatwiej. Jeżeli to możliwe, należy prosić o pomoc. Człowiek to tylko człowiek, rozumiesz.

Rozumiałam.

- Po prostu zapalę świeczkę - powiedziałam.

Potem Maria wdrożyła nas w pewną starą pieśń autokonfirmacyjną, która łączyła w sobie podejrzany angielski (I am the light of my soul // I am boundyful / I am beautiful / I am blessed / I am, I am) oraz elementy taneczno-ruchowe. Na przykład na hasło "I am beautiful" trzeba było  podnieść ręce nad głowę jakby się robiło aureolę, z kolei przy śpiewaniu "I am blessed" opuszczało się powoli ręce i machając przy tym palcami jakby grając na flecie poprzecznym.

Tej autoafirmacji już nie wytrzymałam i zaczęłam się śmiać, co spowodowało zerwanie kręgu i musiałyśmy zacząć od nowa.

Udałam, że to nie wybuch śmiechu przerwał krąg, ale glęboka troska: jedna ze świec otaczających GumowoMatkoBosko zaczęła się topić i zalewać stół i podłogę.

- Topi się - rzekłam i chciałam zeskrobać wosk, ale spotkałam się z dramatycznym protestem.

- Zostaw, zostaw - powiedziała mi Maria. - jak zastygnie, to zobaczę co wyszło.

No to zostawiłam.

(a jak zastygło to faktycznie, wszystkie kobity zgromadziły się wokół tej plamy na połodze i orzekły, że wosk ustawił się "w formie przypływu morskiego" co oznacza, że kolejny narzeczony Marii z pewnoscia będzie "marynarzem albo Włochem".

A na końcu musiałyśmy się wszystkie przytulić w ciasnym kręgu i ukłonić.

Nie wiem, jak to wszystko przetrwałam.

***

Tak.

Potem było przyjęcie, z którego dośc prędko się ulotniłam do pokoju. Włączyłam komputer, właczyłam facebook'a i zobaczyłam:

użytkownik Simon *** potwierdził swój udział w Erasmus Party.

***

Tak.

Kiedy ja hasałam po pokoju wierzgając jak idiotka, odczyniając czary, asany i inne podejrzane rzeczy i wołając przy tym "I am beautiful// I am blessed".

<facepalm>

Tej nocy długo leżałam na wznak na łóżku, z rękami założonymi pod głową, z pustym wzrokiem wbitym w sufit.

***

Dlaczego mnie się to zawsze zdarza?

***

Ale jest dobra strona tego wszystkiego? Ponieważ jestem teraz z Simonem znajomym z facebooka, mogłam przejrzeć jego galerię i przekonac się, że wcale nie jest tak przystojny, jak go zapamiętałam, więcej: że wcale nie jest przystojny. Zwłaszcza na tych zdjęciach, na których po pijaku biegał po ulicy bez koszuli i robił sobie głupie fotki ze wszystkimi napotkanymi dziewczynami.

Phi.

 

czwartek, 09 września 2010
Ala ma kota a ja

Mam melancholię.

wtorek, 07 września 2010

Nie, nie, to nie jest tak, że ja się uskarżam na tutejszych ludzi. Jeśli bym tak zrobiła, niechby mi język uwiądł i ręce opadły! Jak powszechnie wiadomo, Hitler był najgroźniejszym z hitlerowców, a najfaniejszą rzeczą w Hiszpanii są Hiszpanie.

Dokładnie rok temu przytelepałam się Wizzairem do Barcelony na kurs językowy. Weszłam potwornie zmęczona (nie posiadałam w owym czasie walizki na kółkach, a targanie zwykłej szmacianki okazało się w 40 stopniowy upał prawdziwym wyzwaniem) do pociagu, natychmiast dwóch staruszków rzuciło mi sie ustępować miejsca i zagadywać. Po chwili dosiadła się rodzina z dzieciątkiem w wózku, cały przedział zaczął ze sobą rozmawiać i przytulać dziecko i na Estacio Sants dojechaliśmy w atmosferze rodzinnej biesiady.

Podjechałam metrem pod Hospital Clinic (gdyż mieszkałam w owym czasie niedaleko Av. Diagonal i c/Muntaner) i oczywiście się zgubiłam. (Dzisiaj też mi się to zdarza, kiedy wychodzę z metra innym wyjściem.) Postawiłam torbę, oparłam się o mur i zaczęłam wnikliwie wertować mapę. (zawsze to robię i nigdy mi to nic nie daje. jestem wybitnie kiepska w odczytywaniu kierunków. no nie umiem po prostu korzystać z mapy i tyle.) Nie zdązyłam jeszcze dobrze odnaleźć ulicy na mapie, a już zagadnęła mnie jakaś rodzina z dzieckiem, czy się aby nie zgubiłam.

Chętnie przytaknęłam. Podałam ulicę, a facet na to, że oni akurat mieszkają niedaleko, więc mogę iść z nimi, pokażą mi. W drodze okazało się, że on pracuje akurat w Hospital Clinic, ona jest z Peru i że mieszkają kilka miesięcy w Barcelonie. Ja natomiast zrewanżowałam im się moimi nudnymi jak flaki z olejek przemyśleniami, jak to ja teraz przyjechałam się uczyć języka, jak to będę mieszkac w poblizu, jak to przyjechałam troch,e wczesniej niz sie spodziewalam i nie wiem, czy ktos bedzie w domu.

Rodzina naradziła się szybko po hiszpańsku i natychmiast zaprosili mnie do siebie. Zaczęłam się wykręcać, bo głupio mi było, a oni na to: coś ty, możesz u nas przeczekać, tylko, że wlasnie przylecielismy z Peru i nie mamy wiele do jedzenia. Ja na to: nie, nie, to bardzo miłe - oni na to: wody się napijesz? może zjesz banana?

Rozstaliśmy sie w końcu, bo nie chciałam im robić większego problemu, ale wcześniej jeszcze zatrzymali się przy swojej kamienicy, pokazali mi dokladnie gdzie mieszkają, pod jaki adres dzwonic domofonem i nakazali mi zachodzić tak często, jak tylko będe miala jakis problem.

Tamtego dnia wydawało mi się, że tylko król mogłby mieć w BCN serdeczniejsze przyjęcie niż ja. Zakochałam się i od razu wiedziałam, że jeśli Erasmus to tylko w Barcelonie (a propos: film Smak życia widziałam, nie znoszę go. Ale fakt faktem, że dzięki niemu mnóstwo Erasmusów w BCN.)

Teraz, kiedy sąsiedzi smażą i wydzierają japy, a kobita w sklepie na dole orżnęła mnie na parę euro, przypominam sobie tę całą sytuację pod H.Clinic.

Teraz przed chwilą wróciłam z zakupów objuczona siatkami i spotkałam w holu staruszkę, która nie dość, że mi przytrzymała drzwi wejściowe, żebym nie musiała szukać klucza, to jeszcze odprowadziła mnie pod kolejne drzwi, na klatkę schodową, które też mi otworzyła swoim kluczem, aż do windy, którą też mi otworzyła, mimo moich zapewnień, ze dam sobie radę.

- No te preocupes - tak mi rzekła i uściskała.

 

UWAGA! TA WIADOMOŚĆ TO NIE ŻART!

OGŁASZAM KONKURS na 300 komentarz :P

Nagrodę przyznam, jak będę młodsza.

poniedziałek, 06 września 2010
mandar alguien a freir algo

Czasami wydaje mi się, że sensem życia moich sąsiadów przy ulicy Roselló jest smażenie.

Rano budzą mnie pierwsze odgłosy odpryskującego tłuszczu. Wieczorem do snu kołysze mnie skwierczenie oleju. W ciągu dnia nie ma ani jednej chwili, w której jeden z sąsiadów nie zaczynałby, nie kończył lub właśnie nie był w trakcie smażenia.

(No, chyba, że otwierają sobie okna z obu stron patio i zaczynają się wydzierać w niepogłosy, prowadząc uprzejmą, niedzielną pogawędkę. Do tego też musiałam przywyknąć: krzyczy się tutaj i w metrze i w sklepie i w kinie. Sama już zaczynam się łapać na tym, że machinalnie podnoszę głos nawet przy kupowaniu w aptece prezerwatyw (żart). Ilekroć wychodzę na uczelnię, (Boże, po co zażartowałam? przypomniało mi to o Simonie) w mieszkaniu na parterze mężczyzna regularnie pośród krzyków morduje kobietę (dzisiaj się dopiero dowiedziałam, że meblują mieszkanie, sądząc po dramatycznych odgłosach myślałam, że o ukrycie ciała babci chodzi.) NAWET TERAZ, PISZĘ TE SŁOWA I AUTOMATYCZNIE, JAK WIDZICIE, PODNOSZĘ GŁOS.

Wróćmy jednak do smażenia. Otóż, jeśli smażenie należy do twojego stylu życia, jeśli smażysz wszystko co znajdziesz, jeśli nigdy w życiu nie podałbyś dziecku niczego, czego uprzednio nie obtoczyłeś po patelni, wtedy normalne staje się to, że Twój język obfituje w mnóstwo wyrażeń dotyczących lub nawiązujących do smażenia.

Na przykład, zamiast posyłać kogos do diabła, wystarczy, że grzecznie zasugerujesz mu vete a freir esparragos, zachęcając do zejścia z oczu i usmażenia szparagów.

Równie dobrze można komus powiedzieć, żeby się wynosił, prosząc vete a freir churros (tradycyjny, pączkowaty wypiek hiszpański) albo vete a freir morcillas (rodzaj kaszanki).

Prawda, jakie to wdzięczne i miłe? A nie ciągle: idź do diabła, idź do diabła. Nie, nie, trzeba w życiu finezji.

No, a to jeszcze nie koniec. Jak to mówią Hiszpanie, al freir sera el reir, czyli ten się śmieje, kto się śmieje ostatni (albo ten się śmieje, kto smaży - w mym wolnym, osobistym tłumaczeniu.)

Nie wiem, czy się śmieje, ale wiem, że drze ryja. Muszę zamknąć okno chyba :P

niedziela, 05 września 2010
1 tydzien - podsumowanie

Tak, tydzień już minął odkąd zamieszkałam sobie w mieszkanku nieopodal Sagrady Familii. Przez ten czas zdążyłam: poznać masę ludzi, zaprzyjaźnić sie, zadurzyć i nauczyc liczyc do dziesięciu po katalońsku. Jeżeli kolejne tygodnie intensywnością będą dorównywać pierwszym dniom, to nie wiem, na czym się skończy. Na ciąży i liczeniu po katalońsku do miliona?

CZEGO NIE LUBIĘ W BARCELONIE:

- wody z kranu.

Jest podłej jakości, przegotowanie niewiele pomaga. I kawa i herbata smakują ohydnie.

- języka katalońskiego

Wiem, wiem. Jestem w Katalonii. Mimo wszystko denerwuje mnie tutejsza ostentacyjność w używaniu katalońskiego. Na przykład na moim uniwersytecie wszystkie informacje sa po katalońsku. Nawet dla studentów Erasmusa. Nawet informacje o której otwierane jest biuro d/s międzynarodowych, nawet napisy "otwarte/zamknięte" czy "ciągnąć/pchać".  Wczoraj spędziłam długi czas na tłumaczeniu nazw przedmiotów z katalońskiego na hiszpański i z hiszpańskiego na polski. Cała strona dla studentów Erasmusa jest po katalońsku. W MacDonaldzie (przy Sagradzie Famili) wszystko po katalońsku. (ok, są obrazki, ale sam fakt mnie już trochę irytuje.) Im bardziej się czuję zmuszona do nauki katalońskiego, tym mniej mi się chce i tym mniej mnie to interesuje.

- metra

Do metra mam ambiwalentny stosunek. Z jednej strony jest super - jest w miarę szybkie, jest w miarę wygodne, dotrzesz nim niemal w kazde miejsce. Pociągi jeżdżą mniej więcej co 5 minut, więc jeśli nie zdążysz na jeden, nie ma wielkiego dramatu.

Z drugiej strony: za każdym razem wychodzę z metra wyglądając jak po długiej, pieszej podróży dookoła Syrii. Na peronie jest cholernie gorąco, co z tego, że czeka się tylko max. 5 minut, skoro już po 30 sekundach doslownie się rozpływam. Przyjeżdża pociąg, wchodzę do środka, klimatyzacja - natychmiast wysycham (i łapię przeziębienie.) Jadę do celu trzęsąc się. wyłażę z metra, znowu sauna, kieruje się na schody i tam pozlepiane potem włosy rozwiewa mi nagły podmuch wiatru. Wychodzę więc na powierzchnie spocona, poklejona i rozczochrana.

CO LUBIĘ W BARCELONIE

- wszystko inne.

Kiedy wyjeżdżałam z Polski, czekał mnie AZ rok tutaj. Po tygodniu zrozumiałam, że to tylko 10 miesięcy i z każdym mijającym dniem mojego pobytu czuję coraz większy żal.

Niewiarygodne, że istnieje takie miejsce, jak to. Zanim tu przyjechałam, wydawało mi się, że żeby cieszyć się takim miastem, najpierw trzeba umrzeć i iść do nieba.

o tym jak Dario pisał po angielsku

ŁoBoziu, obudził mnie dzisiaj zapach smazonej cebuli. Sięgam po komórkę, a tam juz 11.50.

Niemozliwe, zebym przespała cały dzień.

***

Wczoraj z Caro i Davide mieliśmy piknik przy Magic Fontain (moje ukochane miejsce w całej BCN.) Simona nie było, miał za to przyjść Dario, ale w ostatniej chwili napisał sms-a:

sorry girls, I can't come today, my friend from flat took me for a ride. Kiss!

Jakaś pogodna i pozytywnie nastawiona dusza mogłaby zrozumieć, że przy pomocy ostrożnego angielskiego Dario komunikuje, ze nie przyjdzie, bo pojechał ze wspóllokatorem na przejażdżkę.

Niestety, słownik języka angielskiego poda jeszcze dwa inne znaczenia "to take sb for a ride".

Po pierwsze: wpuścić kogos w maliny.

Po drugie: uprawiać z kims ostry seks.

***

Wiem, wiem, to nasza wina (i cavy) ale przyznaję, że sms od Dario wzbudził pewną wesołość :P

A przecież się starał.

sobota, 04 września 2010

Jak pewnie się domyślacie, w celu zopatrzenia się w Holidaysa rozciągnęłam cienką, misterną, gówno dającą nić intryg, do których zaraz się Wam przyznam.

Nie, nie poprzestałam na ołtarzykach Marii. Postanowiłam ukradkiem wyjść na przeciw wszechświatowi.

W czwartek poszłyśmy z Caroliną do Subway'a. Z tematu kanapek wdzięcznie przeszłam do tematu telefonów, z tematu telefonów przeszłam na eliminacje euro 2012.

- Powinnyśmy to zobaczyć - powiedziałam. Udałam zastanowienie i dodałam - mozesz też zaprosic swojego kolegę, Simona, on zdaje się też lubił futbol.

- Jasne - mówi mi na to Carolina. (Czy to ptak? Czy to samolot? Czy to supermen? Nie, to moje serce.) - Napiszę mu.

Nie wiecie nawet, ile mnie kosztowało naturalne naprowadzenie na temat tel. komórkowych. (A temat komórek był mi potrzebny do tego, żeby udać, że Simon przyszedł mi do głowy naturalnie (a nie, że myślę tylko o tym odkąd go poznałam. No.

A co ma wspólnego Simon z telefonami? Otóż zakupił sobie trzy na miejscu w Hiszpanii i jeden dał Carolinie. Od tego momentu za każdym razem mówiąc o swoim telefonie komórkowym, mówiła o telefonie Simona. A od telefonu Simona już tak blisko do samego Simona.

***

Umawiamy się przy Liceu. Przychodzę pierwsza, świeża, pachnąca i pikna. Dzień jest wspaniały, ludzie fantastyczni, a ja zaraz przeżyję ekstazę.

Czekam. 5, 10, 15 minut. Nikogo. Sms od Caroliny: spóźni się trochę.

Czekam. Przychodzi. SAMA.

Nie porzucać nadziei - tak sobie jednak mówię.

- Czekamy na kogoś? - pytam.

SAY "YES". PLEASE, PLEASE, SAY "YES".

- Nie, David napisał mi smsa, że bedzie pozniej, bo ma awarie w pracy.

DAVID? (nasz kolega z grupy.)

- Okej - mówię. Skoro nikt nie czeka, to może Simon już jest na miejscu.

Nie porzucać nadziei - tak sobie mówię.

Idziemy na poszukiwanie miejsca, w którym da się obejrzeć mecz Niemcy-Belgia. Pierwszy bar: irlandzki, pokazują tylko mecze drużyn brytyjskich. Drugi bar szkocki, pokazują tylko mecze drużyn brytyjskich.

- Jeśli bardzo chcecie, zapytam co da się zrobić - mówi facet w trzecim barze. Czekamy i gadamy o jakichś pierdołach. Carolinie spadł ręcznik z balkonu do sąsiadów, ja zepsułam windę w mieszkaniu.

- A wiesz co? - mówi do mnie Caroline w końcu - poszłam dzisiaj na plażę i spotkałam tam Simona.

????

- Było bardzo dużo ludzi, dosłownie nie wiedziałam gdzie się położyć.

- Och, jak to w weekend - powiedziałam głosem ciężkim od emocji.

Ona spotkała Simona! Co za niesprawiedliwość! Co za marnotrawstwo! Co za życie, co za czasy!

- A potem wracam do mieszkania i wywieszam ręcznik, żeby obeschł i wiesz co? Spadł mi do sąsiadow.

- Och, jak to w weekend - mówię, nie słucham jej w ogóle, czekam na część najważniejszą: na to, że Simon potwierdził, że przyjdzie. Na to, że mu o tym przypomniała.

- No i schodzę, a tam, u sąsiadów, nie zgadniesz, nikogo nie ma.

Ledwo się powstrzymałam, zeby nie dac jej w twarz i mówię:

- Och, weekend.

Temat Simona wygasł, więc zrozumiałam, że go nie będzie.

Facet zza baru wrócił i powiedział, ze po glębokim namysle uczynionym na zapleczu zdecydowal sie jednak na puszczenie meczu Anglia-Armenia.

Wyszłyśmy z baru, idziemy w stronę San Jaume, nagle - z naprzeciwka wychodzi Dario.

***

Mam nadzieję, że rozumiecie jakie to wszystko żałosne.

***

No więc Dario wyszedl akurat na spacer, żeby - jak to ujął - widzieć ludzi. I szedł sobie w górę, ku Rambli i nagle - akuku - nas spotkał.

Dlaczego tak jest? Dlaczego w tak dużym mieście nigdy nie da się spotkać Simona, a tak prosto spotkać Dario? Dlaczego ze wszystkim w życiu tak jest?

(to pytanie retoryczne, nie odpowiadać.)

Zaproponowałyśmy Dario oglądanie meczu, na co chętnie przystał. Wróciliśmy do pierwszego baru i zamiast rarytasu w postaci oglądania Niemcy-Belgia w towarzystwie Simona, obejrzałyśmy Hiszpania-Lichtenstein w towarzystwie Dario, który bawił (używam tego słowa celowo :D) nas rozmową.

- Where are you from? - zapytał Carolinę.

- Germany - ona na to.

Dario umilkł, wyraźnie poruszony. Widać było po twarzy, że w jego starannie ułożonym świecie coś pękło i coś się zmieniło.

- Why did you say you're from Alemania? - zapytał po chwili.

(Alemania - (hiszp) Niemcy)

- Yes I said so - mówi Caro.

- But you're from Germany - mówi Dario.

- Yes I am.

- But during the lesson you said.

- What did I say? - pyta Carolina.

- Why do you said you're from Alemania, when you are from Germany? - pyta Dario.

Nie wytrzymałam i parsknęłam śmiechem, co wyraźnie, aż do końca dnia ostudziło uczucia Dario.

No a potem Hiszpanie wbili jednego gola, drugiego, Lichtenstein zaczynał godzić się z porażką, a ja  faktem, że nie zobacze juz Simona, (- czekamy jeszcze na kogo? - pytałam. czy WSZYSCY wiedzą, gdzie jesteśmy?) potem przyszedł David, Dario poszedł do domu, a my przenieśliśmy sie do El Bosque de Las Hadas na większe integrowanie erasmusowe.

- To jest właśnie to miejsce, w którym spotkałam Simona - rzekła mi Caro.

- Ach tak - mówie, bez zainteresowania, bez emocji. Jeśli rola, którą odegrałam tego wieczoru uwieczniona byłaby na taśmie filmowej, powinnam dostać za nią Oskara i trzy Cezary. - A w ogóle, dlaczego Simon nie chciał przyjść na mecz?

- Boże kochany - mówi mi na to Carolina, a ja zaczynam czuć pierwszy zapach krwi. - Zupełnie o tym zapomniałam! Przecież miałam dać mu znać i napisać, gdzie będziemy siedzieć!

I faktycznie, wyciąga komórkę, a tam poruszający i słodki i dramatyczny sms, wyrażający pytanie, które plątało mi się po głowie cały wieczór: where are you? I am waiting!

Zew krwi zrobił się taki mocny, że musiałam zebrać się do domu.

Wracałam ciemną ulicą, z opuszczona głową, zgarbionymi plecami, kopiąc przed sobą mały kamyczek.

No nic, moja wina. Mogłam jej przypomnieć, napraszać się, dopominać. Nic się na tym świecie nie da załatwić subtelnością. Zaraz przypomina mi się moja koleżanka z gimnazjum, która zalecała  "branie chłopa stanowczo i z zaskoczenia", które polegało na podchodzeniu do upatrzonego faceta i "ściskaniu go za jajka".

Co z tego, że kilka razy dostała w twarz, a kilka razy prawie dostała w twarz. Paru gości się dało złowić/złapać.

***

A dzisiaj ustalałyśmy co zabrać na piknik i jeszcze raz - delikatniutko - rzekłam, ze możemy zaprosić współlokatorów oraz Simona, na co ona pokręciła głową, że lepiej nie, bo nie wie, czy się nie obraził za wczoraj.

Niniejszym kończę epizod z Holidaysem zaciągając na końcu notki kurtynę na TheEnd.

***

Szczerze mówiąc, przez ostatnie 24 godziny mam szczerze zdupczony humor. Najpierw cały te wieczór, zupełnie do niczego, potem dostałam okres, dzisiaj pogoda nie do życia, 35 stopni. O zepsutej windzie nie wspomnę.

Dobra, zbieram się po szampana do supermarketu, (już sobie upatrzyłam jednego za 1,6 euro.), a potem na piknik. Nawet malować mi się już nie chce. Może nie zauważą, jak wyjdę w górze od piżamy.

piątek, 03 września 2010

Temperatura waszych komentarzy zamroziła moje serce. Jakimi jesteście ludźmi, jeśli nie dotyka was, nie porusza i nie zajmuje arcyważny dla historii Europy - i mego życia - temat HolidayBoya?

Nie ważne. Rozgrzeszam Was. Mnie też już to nie dotyka, nie porusza i nie zajmuje. Podążam za radą Marii i w każdym drobiazgu odnajduję czające się zen.

***

Liczba pytań, na które odpowiedział dzisiaj Dario: 0.

Liczba zadań, które udało mu się rozwiązać: 0

Liczba dnia - 2 (tyle razy przyłapałam go na dłubaniu w nosie małym palcem)

Druga liczba dnia - 5 (tyle razy wydmuchał z całych sił nos i sprawdzał tęsknie, czy to widziałam. Ponieważ widziałam i wyraz mojej twarzy nie sugerował w żadnym stopniu, by ciarki pożądania zaczynały mną wzdragać, zaczął wyłazic do "la toaleta"

Nie wytrzymam tego dłużej.

Dzisiaj senyora Teresa zadała nam takie oto zadanie: wyobraźcie sobie, że jestem bardzo sławną aktorką, a wy dziennikarzami. Wygrałam 3 oskary, grałam u Almodovara. Wymyślcie pytanie, które byście mi zadali, a potem w grupach napiszecie artykuł o moim życiorysie.

Wszyscy pytają: co pani sądzi o ostatnim filmie, czy ma pani zamiar zmienić męża, czy ma pani rezydencję w Miami, w jakich filmach lubi pani grać, co pani sądzi o włoskiej kinematografi. Pytania tego typu.

Zgłasza się Dario. Na twarzy widać zwarcie i gotowość do wysiłku umysłowego. Nad czółkiem unosi się chmurka głębokije refleksji.

- Czy wie pani - zaczyna dukać. Nastaje wielka cisza, słychać jak w Londynie big ben wybija dwunastą. - Czy wie pani  - ciągnie Dario (trwa to godzinę, jego namysł się pogłębia, jego oddech spłyca) - gdzie tu na wydziale można kupić wodę?

Pełna niedowierzania cisza.

- Jestem gwiazdą filmową - mówi Teresa. - Woda nie jest teraz najważniejszą rzeczą, Dario.

Nie mogłam się powstrzymać i wybuchnęłam głośnym śmiechem. Wiem, że to niekulturalne, ale cała sytuacja, to milczenie, ciekawość, co powie Dario (i czy w końcu odpowie na jakieś pytanie), wyraz jego twarzy (radość, ekscytacja, żądza zadania pytania i duma - to najpiękniejsze, ta duma - rysująca sie na jego twarzy, jako, że w końcu udało mu się wykonać polecenie - były tak komiczne, że nie mogłam się powstrzymać.

Do konca zajęć Dario zerkał na mnie wzrokiem pełnym urazy ale i miłości i przebaczenia.

Wychodząc zaś z klasy, odwrócił się zalotnie, pomachał mi, puścił oszałamiający uśmiech i rzucił na odchodne:

- Buenos dias.

(Nie odróżnia jeszcze formuł powitalnych od pożegnalnych, wita się "hi/hola" i żegna "hi/hola")

Sami widzicie, jak tu się przejmować Holidaysem, skoro mam szanse u takiego fajnego chłopaka?

Możemy się umawiać na randki u niego w domu i zajadać serem.

 

 

Czuję w tym zemstę Supermena za to, że to publicznie znieważyłam na blogu.

Dobra, zbieram się. Eliminacje do Euro 2010 dzisiaj.

czwartek, 02 września 2010
o tym co może brzuch kobiety

No i żaba też zawiodła. Znikąd, zniką pomocy, znikąd uzdrowienia.

Ale za to spędziłam miły wieczór, bo cała nasza grupa z kursu katalońskiego urządziła sobie spotkanie integracyjne. Niemal wszyscy (no, może poza Anglikiem) mówią biegle po angielsku, więc w pewnym momencie po prostu zapominasz, że nie jesteśmy wszyscy z tego kraju. Wszędzie są dokladnie te same sklepy, restauracje,  kinach leci dokladnie to samo, w ksiegarni są te same bestsellery i te same nowości. Wszyscy widzieliśmy ten sam filmik z pandą w internecie i wszyscy wiedzą jak byla ostatnio ubrana Lady Gaga.  Wszędzie opowiada się te same dowcipy.

Ktoś może powiedzieć, ze to nuda, że świat zaczyna wszędzie wyglądać tak samo, ale ja tego wszystkiego nie traktuje w ten sposób. W zasadzie te wszystkie podobieństwa, globalizacja, dostęp do internetu, znajomość angielskiego - to wszystko sprawia, że nie patrzymy na siebie nawzajem jak na obcych ludzi: nieoswojonych, nieprzewidywalnych, dzikich. Bo czy dziki człowiek powie ci, że też kibicuje Liverpoolowi i też ucieszył się, kiedy wywalili z posady Beniteza? Czy dziki człowiek przyzna, że uwielbia McDonalda, tak jak ty? Czy dziki człowiek może ubierać się w H&M?

Nie, nie ma już w Europie dzikich ludzi. Zostali tylko nasi.

***

Jedynym zgrzytem całej posiadówki był moment, kiedy Czech - po 4 piwach - wyznał szczerze, że nigdy nie przepadał za nauką angielskiego i trochę żałuje, że Niemcom nie udało się zapanować nad światem, bo wtedy wszyscy mowiliby po niemiecku, a to piękny język, którego uczy się od dziecka. Niemcy, zamiast przyjąć ten poruszający komplement, pospuszczali szybko oczy, Czech zaś wytłumaczył oszołomionemu Anglikowi:

- You know this strange little man called Hitler? (never heard of - powiedział Anglik po pewnym namyśle - what kinda show is that?) well, he went once for a trip to Czech Republic, he looked around and said: wow, I like it. And he called other people and they took Czech. But then Americans came and said: go away. And he went.

- This is not a good thema - powiedziała jedna z Niemek.

- Why so? - zapytał Anglik. - What's going on?

Na co Włoch urażony (dawne więzy się zacisnęły)

- Well, Czech is complaining about taking his country.

- No, no,  I am not complaining - powiedział Czech. - I just don't like learning English.

***

Ucięliśmy sobie z Czechem potem krótką pogawędkę o wieczorynkach. Okazalo się - jakże inaczej - że jako dzieci oglądalismy dokładnie te same bajki. Czech się wzruszył (dawno nie był w swoim kraju), a następnego dnia podszedł do mnie po zajeciach i powiedział, że bardzo mi dziękuję za tę rozmowę o wieczorynkach, że zrobiło mu się ciepło na sercu i że od razu po powrocie do domu napisał do swoich przyjaciół w czechach.

- Od teraz, kiedy spotkają Polaka, będą mogli z nim rozmawiać o wieczorynkach - powiedział szczęśliwy.

Zagadnijcie o to, gdy pojedziecie następnym razem do Czech. A nie mówcie przypadkiem, że czegoś szukacie (Czech zrozumie: ruchacie), albo że jedziecie to sanatorium, bo źle się czujecie (Czech zrozumie: kostnica).

***

Do domu doczołgałam się jakoś ostatnim metrem (w ciągu tygodnia jeździ tylko do północy), probowałam wyjść na ulicę Cartagena, ale kobieta obsługująca metro zakładała blokadę na drzwi i skierowała mnie do drugiego wyjścia. Oczywiście, nie miałam większego pojęcia gdzie jestem, na wszelki wypadek zagadnęłam parę, która wysiadła razem ze mną.

Przez sangrię i niesłychany ukrop jaki ZAWSZE panuje w podziemiach metra, wyglądałam jak z krzyża zdjęta, więc kobieta - jakaś Amerykanka, jak się okazało - wskazała mi drogę (sami z mężem po ulicach BCN nawigowali się za pomocą GPS-a) i zapytała:

- Are you all right? Do you sure we shoudn't go with you?

Uciekłam dotknięta.

***

Zaraz w korytarzu natknęłam się na Marię i jakiegoś mężczyznę. Wyznała mi potem, że Jorgi przyszedł wypożyczyć film bollywoodzki, ale wyglądała przy tym na dość mocno nowonarodzoną. No ale z drugiej strony, powoli uczę się przystoswywać do tutejszego pojmowania czasu i już się nie dziwię tak bardzo, że ktoś może do kogoś wpaść o północy pożyczyć film. Sara np. umawia się z koleżankami na mieście o 22. To jest pora, w której ja, w Polsce, zaczynam dzwonić po taksówkę i wracam do domu.

***

Maria poinformowała mnie też, że ósmego września jest pełnia księżyca i przychodzą do niej koleżanki, żeby wspólnie medytować i recytować mantry.

- Ty też jesteś zaproszona - powiedziała.

Potem odpowiedziała mi, że to część indiańskiego rytuału szamańskiego. Przy każdym nowiu Maria spotyka się z koleżankami, najpierw medytują, potem głośno powtarzają mantrę i zaczynają śpiewać na głos swoje marzenia.

- Wszystkie się spełniają - zapewniła mnie Maria. - A wiesz dlaczego? Bo tak działa siła kobiet - umilkla na chwilę. - Weronika, czy wiesz skąd bierze się moc?

Milczałam. Miałam nadzieję, że nie dowiedziała się, że pokryjomu użyłam supermena. (zreszta, co w tym złego, skoro i tak zepsuty.)

- Moc jest w brzuchu kobiety - powiedziała Maria. - W moim, w twoim. W brzuchu. Rozumiesz? Tam jest siedzisko mocy. I kiedy przy nowiu księżyca spotyka się kilkanaście kobiet, moc płynaca z ich brzuchów łączy się. Jest niewiarygodna, rozumiesz? Wypowiadasz na głos swoje życzenie i ono się spełnia. Ja na przykład mam 100% spełnień. Prowadzę specjalny zeszyt, w którym zapisuję, co bym chciała, żeby sie spełniło. Na przykład rok temu powiedziałam sobie: chcę mieć mieszkanie przy Sagradzie Familii. I wiesz co? Faktycznie, wkrótce znalazłam to mieszkanie. Co powiesz?

- 100% spełnień? - zapytałam i oczy mi rozbłysły.

A ja, głupia, prosta kobieta, zamiast czekać na nów, zawracałam sobie glowę supermenem! Aż trudno uwierzyć, że mogłam być taka naiwna! :)

- Ale jakie te życzenia? - zapytałam przebiegle.

- Jakie chcesz - odparła.

- Ale mogą być nawet głupie? - drążyłam. - Na przykład, jakby ktoś, mówiąc przykładowo, zażyczył sobie, że chciałby takiego a takiego, mówiąc oczywiście przykładowo, chłopaka?

- No, oczywiście, może być takie życzenie - poinformowala mnie Maria. - Ja często proszę o miłość. Zawsze proszę o miłość, przede wszystkim o miłość. Wszystkie kobiety tak robią, wszystkie proszą o miłość.

- Ale to życzenie trzeba wypowiedziec w myślach, czy można zatrzymac dla siebie? - zapytalam. Głupio by mi było, rozumiecie, przed tuzinem indiańskich kobiet, z których brzuchów płynie moc, życzyć sobie HolidayBoya.

- Nie, nie - powiedziała Maria. - Na głos. Musisz to wypowiedzieć, bo inaczej nie uwierzysz, że się spełni. Chodzi też o to, żeby podzielić się z innymi kobietami swoimi projektami, marzeniami i zacieśnić więzi. Jedyne, czego nie można sobie życzyć - dodała - to konkretnego chłopca.

Nie?

- Nie? - zapytałam przygnębiona. Do dupy z takimi mocami z brzuchów. Jak to: nie można?

- Ingerujesz w ten sposób w wolność drugiej osoby - pouczyła mnie Maria. - I w porządek wszechświata. Po pierwsze: druga osoba musi chcieć. Po drugie: jeżeli nie jest ci przeznaczona przez wszechświat, to nie ma sensu. Nawet jeśli czary zwiążą was razem, wszechświat was rozdzieli.

Zdruzgotała mnie ta ostatnia informacja. Już chyba wolę GumowoMatkoBosko.

Zresztą, dam sobie chyba spokój z HolidayBoyem. Jak nawet brzuchy starych Indianek mi nie pomogą, to znaczy, że chłopak przepadł w mroki BCN.

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 9