wtorek, 12 października 2010
splendid desolation

Jak wszystkim wiadomo, najzacniejszym ze sportów są spacery.

Człowiek idzie przed siebe, jak mu się znudzi marsz to przystaje, jak mu się znudzi stanie, to znowu idzie. Nigdy nie umiałam się przespać z problemem, z problemem trzeba się przejść: ilekroć mnie coś męczy, ilekroc mna coś jątrzy, wybieram się na spacer.

Trasę mam stałą: Passeig de Gracia, potem w c/ Portal de l'Angel aż do placyku Curculla, gdzie jest najlepsza (ponoć) lodziarnia w Bcn. Uliczką del Pi aż do katedry Santa Maria del Pi, potem uliczką la Boqueria aż do placu Sant Jaume. I dalej: aż do stacji Jaume I,  carrer de la Princesa, carrer dels Banys Vells do katedry Santa Maria del Mar. No i potem już prosto jedna z małych uliczek do Placa de Palau i powrót Passeig d'Isabel II, do pomnika Kolumba i - dalej Ramblą, az do placa Catalunya. (zapisuję ku swej pamięci, za rok odczytam ze wzruszeniem.)

Obudziłam się dzisiaj o 4 rano, nie mogłam zasnąć. Wiał silny wiatr, padał deszcz, było ciemno jak w przedsionku piekła, gdzie dzieciom za karę dają do ssania węgiel. Przeleżałam do siódmej, ubrałam się, narzuciłam kurtkę i po prostu wyszłam.

Co to był za marsz: w zacinajacym deszczu, pośród podmuchów wiatru, ale widok zupełnie pustej Rambli był olśniewający. Zadnych turystów, żadnych handlarzy, żadnych kelnerów nawołujących do wstąpienia na cerveza. Po prostu nikogo, tylko ja i deszcz (i pewien klaszczacy psychopata dziesięć kroków za mną.) Aż chciało się krzyknąć, niczm po lądowaniu na księżycu: magnificent view, splendid desolation.

Coraz bardziej mi się to spacerowanie podoba.

sobota, 09 października 2010
this girl is back in town

Właśnie skończyłam spędzać zalecane, leniwe popołudnie w parku Guel. Z dojazdami (jedna przesiadka, dwa razy metro uciekło mi sprzed nosa), marszem pod górę i zwiedzaniem zajęło mi to jakies 1,5 godziny, z czego 15 minut w samym parku. Chodzi o to, kurde bele, że nigdy nie byłam dobrym parkozwiedzaczem, nie potrafię wysiedzieć w jednym miejscu dłużej niż pięć minut i nic niemal mnie dłużej nie interesuje. Pani pedagog w gimnazjum zapowiedziała swojego czasu, że jeśli się szybko nie zmienię, zwariuję przed osiągnięciem pełnoletności.

Nie zmieniłam się i - oczywiscie - okazało się, że pani pedagog miała rację: istotnie zwariowałam.

Dobra, do rzeczy, winna Wam jestem krótką, acz esencjonalną relację z ostatnich dni oraz przedstawienie nowych bohaterów mej codzienności.

1. Odkryłam, że język polski i czeski niemal w ogóle się nie różnią. I że niekiedy najgorsze zdanie o nas samych mamy my sami.

Siedziałyśmy kiedyś z Azrą, moją koleżanką z Czech, przed pewnym klubem, czekając aż nas wpuszczą. Obok nas stanęła grupka super-modnie ubranych dziewcząt. Co mówiły - nie słyszałam, stały jednak na tyle blisko, by można było odgadnąć, że używają jakiegoś słowiańskiego języka.

- Używają jakiegoś słowiańskiego języka - powiedziałam Azrze.

- To niemożliwe - odparła mi. - Nie wyglądaja mi na Słowian.

- Co to znaczy? - pytam. - Jak niby maja wyglądać Słowianie?

- No wiesz - odpowiada mi ona ze smutkiem. - Nie tak. Nie sa tak modnie ubrani. Ja rozpoznaję ludzi z Europy Centralnej po ubiorze. One mi wyglądają na Francuzki.

Umilkłam na takie słowa, czując się jak ubogi krewny, który zajechał pod Wersal w walonkach i z szykownym pętem kiełbasy na szyi.

Dziewczyny podeszły bliżej i okazało się, że to ja miałam rację.

- Miałam rację - powiedziałam z triumfem. - To Słowianki! Mówią po polsku!

Myślę, że duma, jaką wtedy poczułam, była z gatunku tych dum najsroższych, które to towarzyszyły Rejowi Mikołajowi przy pisaniu jakże piknej strofy o Polakach co to nie gęsi i dobry styl też mają.

Ogólnie jednak dobrze się dogadujemy z Azrą i spędzamy przerwy pomiędzy prawem pub. a międzynarodowym na wyszukiwaniu polsko-czeskich pokrewienstw i wspólnot.

I znalazłyśmy ich już całe mnóstwo.

2. Zapewne pamiętacie Simona II Węgierskiego, który za pośrednictwem GumowoMatkoBosko został mi zesłany któregoś pięknego, upalnego dnia po inauguracji.

Otóż, po chwilowym oblodzeniu naszych kontaktów (spowodowanym feralną imprezą), znowu się kolegujemy. Nie cofam żadnego z komplementów, którymi go uraczyłam, szczerze mówiąc, nie pamiętam kiedy ostatni raz spotkałam człowieka (już nie różnicując czy płci męskiej czy żeńskiej), który by mi tak przypasował. Lubię w nim wszystko i nic mnie nie drażni (co nie oznacza, że nie ma wad; ma w cholerę, tyle, że - niestety - są to dokładnie te same wady, które posiadam ja. A wypominanie innemu własnych wad - cóż, toż to hipokryzja.) No tyle, że zakochana w nim nie jestem. Ani on we mnie. A brak miłości, moi drodzy, ułatwia porozumienie i życie w symbiozie. No i po raz n-ty okazało się, że pradawny sposób naszych babek, polegający na przyciąganiu chłopa poprzez ignorowanie go, wciąż bywa skuteczny. Kolegowanie się z chłopem nastręcza bowiem problemów zasadniczych: jak tu szukać towarzystwa, a nie być posądzonym o bezczelne podwalanie się? Jak okazać sympatię, nie będąc podejrzewanym o to, że się na chłopa leci? Rozwiązałam zagadnienie w sposób przebiegły i godny: pierwsze dni to ja do niego lgnęłam; zagadywałam, żartowałam. Było ok, ale wyczułam szóstym zmysłem siostry swojego brata, że oto mamy do czynienia z przypadkiem klinicznym, który pomimo ukończeniu 23 lat i dwóch kierunków studiów, wciąż mentalnie pozostaje na poziomie przedszkola, w którym najgorszą karą dla chłopca było siedzenie w ławce z dziewczynką. No, a ja nie chciałam być karą, wiecie, poza tym: łażenie za kimś, kto - być może - toleruje mnie tylko dlatego, że jest kulturalny, nie należy do moich ukochanych sposobów spędzania wolnego czasu. Zaczęłam więc go olewać i proszę - nie minęło 5 minut, a już stał z tacą z II śniadaniem przy moim stoliku i ładował się, żeby ze mna siedzieć mimo, że cały stolik okupowany był przez inne koszmarne dziewczynki. Jeśli to nie jest miłość i poświęcenie, to co jest? ;-) (cała zabawa polega na tym (i cały sekret tego, dlaczego się dobrze dogadujemy), że oboje - jak widzicie - właściwie jesteśmy mentalnie na poziomie przedszkola). Od tego czasu wszystko na uczelni robimy więc razem, Simon II Węgierski szybko przeszedł drogę z "ja pójdę, ja zrobię, ja zobaczę" do "my pójdziemy, my zrobimy, my zobaczymy", a ja odkryłam, że to wielcemęskie, władcze "my-wanie" wcale mi nie przeszkadza. Problem polega na tym, że spędzamy ze sobą czas tylko na uczelni: kończą sie zajęcia i albo pada sławetne pytanie: "w którą stronę idziesz?" (pada zawsze, chociaż i on i ja zawsze idziemy w tę samą stronę, tzn oboje na metro) albo ustalenie kiedy widzimy się na uczelni następnym razem. I to jest ok, tylko, ze przychodzi mi do głowy, że chciałabym się z nim widzieć trochę częściej, nie, że jakieś tam randki, ale wiecie: lubię Cię, lubię z Tobą spędzać czas, więc może -> etc. Np. wiem, że lubi teatr. Ja też lubię, a tu nie mam z kim chodzić do teatru, a samej nie lubię. gdyby to była dziewczyna, nie byłoby nic prostszego niż zapytać. tyle, że to jest chłopak i nie chcę, żeby sobie pomyślal, że to randka. Nie chcę, żeby się spłoszył, albo pomyślał niewiadomo co. Wiem, wiem, głupie mam problemy, ale co zrobić. Takie sa własnie minusy kolegowania się z chłopem.

3. Nasza współlokatorka Sara opuszcza niedługo pokój i powstał problem braku lokatora. Problem, nie ukrywajmy, poważny, ale nie wyniszczający. Maria bowiem wzięła sprawy w swoje ręce i rozpuściła wici: oto każdego dnia mamy w mieszkaniu kolejną, spłoszoną Latynoskę, która potrzebuje lokum. Maria krokiem pańskim i królewskim gestem demonstruje nasze maluśkie mieszkanko, zachwalając wszystko ile się da (tak, prysznic jest malutki, ale poza tym nie ma wad (tjaaa... pierwszy raz kiedy się prysznicowałam, nacisnęłam przez przypadek guzik uruchamiający bicze wodne i siła strumienia nieomal wywaliła mnie spod prysznica na przeciwległą ścianę), ja sama również funkcjonuję jako udogodnienie w mieszkaniu (una chica polaca pero habla muy bien aleman - jak informowała jedną Argentynkę niemieckiego pochodzenia, a za ścianą ja, blada i wstrząsnięta, usiłowałam przypomnieć sobie wszystkie nazwy kolorów, których nauczyłam się w szkole.)

4. Najlepsze miejsce na świecie nazywa się Rabipelao i dają tam najlepsze mojito w Barcelonie.

5. Studiowanie w BCN to przyjemność. Nie ma niemal żadnego stresu. No, może poza zajęciami z prawa publicznego. Na ostatnie zajęcia mieliśmy przygotować ustawę o partiach politycznych, a potem opracować kazusa. Kazus był taki, że po polsku bym go nie rozwiązała, o podobnych akrobacjach po hiszpańsku - nawet nie mówię. Wszystko było dobrze dopóki trwała współpraca w grupach: doskonaliliśmy nasz angielski, integrowalismy się, omawialiśmy ważne zagadnienie pt. Kto gdzie mieszka i która linia metra jest najlepsza (stanęło na zielonej, chociaż ja wciąż upieram się, że żółta też nie jest zła, za to moja, niebieska, ssie). Pogrom i popłoch przyszły kiedy prowadząca zajęcia profesorka X zaczęła pytać. Oczywiście, nikt nie wiedział, poziom niewiedzy różnił się w zależności od konkretnej osoby: albo nie wiedziała o co się ją w ogóle pyta (jedna z francuzek w ogóle nie mówi po hiszpańsku. nawet dzyń dybry.) albo jak odpowiedzieć. Koniec końców stanęło na tym, że kazus jest do odrobienia w domu i sprawdzimy go za tydzień. Tzn. za dwa tygodnie, bo pon-wtorek nie ma zajęć, gdyż jest - tak - fiesta! Znowu! ;D

Moimi dwoma ulubionymi nauczycielami zaś są senor Pons y senor Bondia. Snr Pons wygląda jak pan Bulwa z Toy Story, ale prowadzi ciekawie zajęcia. Na ostatnich omawialismy Kartę Narodów Zjednoczonych i aż trzy razy wspomniał o Polsce. Nieważne, że wspomnienie kończyło słowami: muy raro (dziwnie), albo "como una anecdota graciosa". A przed zajęciami Hiszpanie z mojej grupy - nieświadomi mego pochodzenia - omawiali pobyt jednego z nich w Warszawie i dowiedziałam się, ze przez godzine nie mógł dogadac się na dworcu, bo "kobieta nie mówiła po angielsku ani nie rozumiała rysunków na kartce".

Rozbawiło ich przy tym, że ich "pelota" to "piłka".

- To niemożliwe - orzekli.

Snr Bondia prowadzi z kolei zajęcia z obrony praw człowieka i wygląda jak przystojniejsza wersja Javiera Bartem. Całe zajęcia trwa dyskusja n/t granic praw człowieka i tego, jak to wygląda w innych krajach. Ostatnio mielismy pewne problemy z wytłumaczeniem Kolubijczykom, że porywanie dla okupu niekoniecznie ma coś wspólnego z kapitalizmem i gospodarką wolnorynkową. Nie byli przekonani.

 

czwartek, 07 października 2010
llosa i inne

Jednak Llosa, kto by się spodziewał?

Zaskoczeni? Ja tak, myślałam, że Nobla to mu już dawno mu dali.

 

 

Z ogłoszeń parafialnych: od jutra wracam do codziennych notek, przepraszam za przerwy w dostawie, ale wiecie. Korki były. Korki i uniwersytety.

wtorek, 28 września 2010
5/10

Wiem, nie pisałam. Zamikłam. Nie dawałam znaku życia.

Musicie mi wybaczyć - powaliła mnie choroba i spędziłam surrealistyczny tydzień - sama, z gorączką, w czterech ciasnych - ciemnych - ścianach, pośród ludzi, którzy za jedyny język uznają wenezuelską odmiane hiszpańskiego.

Obiecuję poprawę. Nadrabiam zaleglości i oddaję pracę domową zadaną przez ms bond. Dawno temu, wiem. No ale. Ale.

Rzeczy, które lubię:

1. Jeść. Wszystko. Nigdy nie byłam niejadkiem i szczerze mówiąc, nadal podejrzliwie odnoszę się do dumnych wyznań osób, które w dzieciństwie tolerowały jedynie dżem i parówki i do dziś dostają gęsiej skórki na widok szpinaku i mleka.

A czasami chciałabym powiedzieć: o nie, tego nie lubię, nie zjem. Bo ja - niestety - lubię wszystko. Żadna strawa mnie nie brzydzi specjalnie i nic nie spowoduje u mnie odrazy do spożycia posiłku. Nigdy nie grymaszę.

I czasami - kiedy mi przyjdzie do glowy idiotyczny pomysł, żeby się odchudzać - myślę: o kurcze, gdybym ja tak czegos nie lubiła, o ile łatwiejsze było dokonywanie wyrzeczeń. O ile którsza była by lista rzeczy, których sobie muszę odmówić. Niestety - lubię wszystko, więc dieta pozbawia mnie niemal wszystkiego. (Chociaż sałatę i wodę też, na szczęście, lubię.)

Właściwie, jakby się nad tym zastanowić, można by mnie wynająć jako typową kozę przydomową: stałabym sobie bezrefleksyjnie u płota, żuła odpady i szarpała rosnącą, kozią bródkę.

2. Głupkowate magazyny dla kobiet.

Wiem, wiem. A jednak: trudno się im oprzeć. Jak tu, na przykład, odmówić sobie informacji o tym, że żeby uwieść mężczyznę, należy mieć gładkie nogi i otwarte serce (czy może na odwrót, kto to spamięta)? Albo jak tu nie poznać 1001 sekretów urody Natalii Kukulskiej? Albo jak tu nie przeczytać ożywczego wywiadu z Edytą Herbuś, która odkąd zaczęła sypiać z Trelińskim ma ambicje intelektualne wielkie jak biblioteka aleksandryjska i w wywiadach ochoczo zachęca do spożywania większej ilości warzyw? Jak tu nie poczuć się lepszym dzięki tym wszystkim idiotyzmom?

W ogóle, lubię czytać prasę. Jestem uzależniona od kupowania tygodników i właściwie jedną z rzeczy, której tutaj - w bcn - brakuje mi najbardziej - są Przekrój, Polityka i Wprost.

3. Lubię mieć proste włosy.

Proste włosy to moja obsesja. Nie ma nic wspanialszego, niż świeżo wymodelowane, sypkie, proste jak druty włosy. Moje są takie niestety tylko 2 godziny po wyjściu od fryzjera: w mgnieniu oka się puszą i zaczynają kręcić, a nie ma - zaiste, nie ma - nic bardziej obrzydliwego niż loczki i nie ma nic gorszego niż pojedyncze loczki na idealnie wyprostowanej grzywie. Mam głęboko gdzieś wszelkie mody na kręcone włosy. Organicznie nie cierpię sprężyn i sie do nich nie przekonam. Wiem, że wyglądam dobrze tylko w wyprostowanych włosach i zupełnie nie chce mi się słuchać testów w stylu: "och, wszystko bym dała za loki, jak możesz je prostować". Mogę. Dałabyś wszystko, bo nie masz zielonego pojęcia czym w utrzymaniu są kręcone włosy. Tyle.

Już nie mówię o tym, że mam naturalnie taką twarz, że kiedy się nie pomaluję, wyglądam jak pięciolatka. Z loczkami musiałabym się chyba dobrowolnie oddać do żłobka.

4. Lubię języki obce. Zbieram słowniki, rozmówki, ćwiczenia i podręczniki w każdym obcym języku, bo nie ma takiego, którego nie chciałabym się kiedyś nauczyć. Angielski, niemiecki, hiszpański, włoski, szwedzki, portugalski, czeski, rosyjski, chiński - ilekroć uda mi się wyszperać jakiś nowy, niedrogi podręcznik - choćby był to chorwacki dla zaawansowanych - przynoszę go do domu z bijącym sercem i błyszczącymi oczami i czuję się tak, jakbym miała zyć wiecznie. Wiadomo: teraz się może nie zacznę uczyć, ale już, już niedługo, kiedy tylko skończę naukę hiszpańskiego... Tak. So many languages, so little time.

5. To będzie dziwne - męskie ramiona z wyraznymi ŻYŁAMI. Lubię, kiedy facet ma wyraźne żyły na rękach w okolicach - powiedzmy - wewnętrznej strony ramienia. No, po prostu kręci mnie to i tyle :-)

Jestem w połowie i tutaj was zostawię, bo musiałabym pomyśleć głębiej nad dalszymi 5 rzeczami, a teraz wybieram się na wymianę językową (co oznacza picie w barze, ale brzmi zaszczytnie.)

Ale dokończę. To be continued.

 

niedziela, 19 września 2010
o tym jak straciłam glos

1. Straciłam głos.

Przed chwilą zjadłam kolację w towarzystwie Marii, jej kuzyna, Senora Charkmana (w ramach higieny charka do umywalki), kolegi Marii i zaprzyjaźnionego małżeństwa (facet nazywał się Carlos i był b. przystojny (TOP TEN najprzystojniejszych facetów jakich widziałam od przyjazdu.), kobieta nazywała się jakoś tam i była z Meksyku). Maria uprzedziła ich, że nic nie mówię, bo jestem "afonica", więc cały wieczór przesiedziałam przy stole, pokasłując, niewiele rozumiejąc z mieszaniny akcentów i czuwając tylko, żeby roześmiać się w odpowiednim momencie, razem ze wszystkimi.

Maria wszystkim wciska moje Ptasie Mleczko. Za każdym razem blednę kiedy je zachwala, bo smaczne to ono było chyba przed miesiącem, ale obecnie prezentuje się - i smakuje - żalośnie. Potem będzie, że jesteśmy w Polsce dziwi, bo się takim gównem zajadamy.

A nawet nie miałam głosu, żeby zripostować. Joder.

2. Piątek-niedziela byłam w Polsce i dowiedziałam się, że moja koleżanka - taka co to 6 lat z nią przesiedziałam w szkolnej ławce, a potem kontakt nam się urwał - wyszła za mąż. Co to, kuźwa, jest, dziewczyna ma 21 lat, jej mąż wygląda/zachowuje się tak, że cukru bym się od niego bała kupić. Trzy miesiące temu spotkałyśmy się jakoś przypadkiem w autobusie, pokazała mi pierścionek zaręczynowy z ogromnym diamentem, z gatunku tych, co to się odsyła potem w pudełku UWAGA!SZKŁO!.

No - mówię jej - to cieszysz się pewnie, że za mąż wychodzisz?

A ona: no wiesz, już cztery lata ze sobą chodzimy, to trzeba w końcu coś z tym zrobić. Taki ten mój chłop jest jaki jest, wiesz, niezbyt ładny, no ale taki się już przypałętał i został.

Nie widywałam wielu panien młodych, ale zawsze wydawało mi się, że większy entuzjazm powinien od nich bić.

Ale na początku tej znajomości, 4 lata temu, kiedy obieśmy były jeszcze w LO, z dużym zaangażowaniem i pewnym takim nawet żarem opowiadała mi, że "jej mąż przyjeżdża do niej co sobotę i jadą do Reala kupować jogurty".

Jak dwójce poważnych, dorosłych ludzi może strzelić do glowy tak dziecinny i nieodpowiedzialny pomysł, żeby się pobrać?

3. Jutro pierwszy dzień na uczelni, a ja nie mam głosu. Mało tego, ze po hiszpańsku nie mowię, to jeszcze nie mam głosu. Cudownie.

 

czwartek, 16 września 2010
mała ballada, alfred clark

Są takie osoby, którym zawsze się udaje.

Znacie je? Znacie tych cholernych farciarzy, tych odwiecznych zwycięzców? Tych, co to najlepszego faceta w szkole podrywają, wpadając na niego w rozciągniętym T-Shircie i rozmazanym makijażu? Tych, którzy to przychodzą na egzamin przygotowani tylko z 5 pytań i właśnie te pytania otrzymują?  Królowie balu, gwiazdy szkolnej akademii i rodzinnego obiadu. Jeśli istnieją ideały, to są tworzone podług nich. jeśli nie istnieją - im jest do nich najbliżej.

M. taka była. Trudno napisać o niej cokolwiek bez odrobiny zdrowej, ludzkiej zazdrości. Ładna, przebojowa, inteligentna. Przewodnicząca stowarzyszeń studenckich, dobra uczennica, dusza towarzystwa, animatorka i uczestniczka niemal każdej imprezy. Gwiazda całego uniwersytetu.

Poznałyśmy się ze dwa-trzy lata temu, na zajęciach w-f. Obie byłyśmy leserkami, cały semestr okupowałyśmy ławkę pod ścianą. Pewnie gdyby nie ta godzina, którą zmuszone byłyśmy spędzić w swoim towarzystwie, nigdy byśmy sie nie poznały; ani ja nie należałam do jej towarzystwa, ani ona do mojego. Traf jednak chciał, że spędziłyśmy trochę czasu i odbyłyśmy kilka ciekawych rozmów. Obie nie byłyśmy pewne trafności naszego wyboru kierunku studiów, ja ciągnęłam to prawo dołami, ona radziła sobie świetnie, chociaż - powiedziała mi, a ja zapamiętałam - czasami wydaje mi się, że byłabym szczęśliwsza studiując język francuski.

Potem kontakt nam się urwał, widywałyśmy się czasem na korytarzu uczelni, czasami mówiłyśmy sobie "cześć", czasami nie. Na II roku trafiłyśmy razem do jednej grupy na prawie cywilnym, a nasze nazwiska były blisko siebie na liście, którą stosowano przed egzaminami, więc spędziłyśmy też trochę czasu w nerwach, tuż pod gabinetem odpytującego profesora.

Poza tym, kto nie znał M.? U niej się kupowało bilety na imprezy w klubie studenckim, u niej załatwiało się przesunięcie terminu egzaminu, ona znała ploteczki, ona wszystko załatwiała.

Jest 17 czerwca 2010, egzamin z prawa zobowiązań. Stoimy obie od 9 rano, żeby zająć kolejkę pod gabinetem. M. chce być pierwsza, nie boi się, nigdy. Mija chyba ze 20 minut, wychodzi niemal skulona ze śmiechu. O mój Boże, niemal ją oblał! Takie pytania! Prawie nic nie wiedziała na początku, pustka w głowie! Nie, nie, absolutnie, nie przejmujcie się, profesor jest bardzo miły, naprowadza, nie chce oblać! Boże, jak dobrze, że mam to za sobą, jeszcze tylko żeby zdać to karne! Trzymam za was wszystkich kciuki, dacie radę.

I odchodzi. Idzie lekkim krokiem, zadowolona, jest - jak zwykle zresztą - pięknie ubrana, elegancka. Właśnie zdała egzamin, właśnie zaczynają się wakacje. Ma 21 lat, ma przed sobą całe życie. Całe 3 miesiące życia.

***

I jak tutaj, M., uwierzyć w Twoją śmierć?

Jak to do Ciebie nie pasuje, dziewczyno.

***

Wiadomość podana mi mimochodem na gg. Znasz? Pewnie, ze znam, wszyscy przecież znaliśmy. No więc ona, M., kto by pomyślał. Nie, nikt nie wie na co. Po prostu. Podejrzewają zapalenie mózgu. Wracając do tematu...

Ale ja już nie umiem się skupić. Codziennie umierają miliony osób, ale tylko taka wiadomość jak ta - śmierć dopasowana do konkretnej, znajomej twarzy, pustka przypisana do konkretnej osoby - tylko to uświadamia nam, że tak, to mozliwe. Można umrzeć, w każdej chwili można umrzeć. Grad kul, świst ponad głową, jakaż to dziwna przechadzka - życie.

***

Ostatnie zdjęcie na facebook'u: M. w czerwonej peruce, ma na sobie jedwabną sukienkę i sznur pereł. Pozuje z wdziękiem, posyła do aparatu pocałunki.

Miałaś zacząć w tym roku filologię francuską jako II kierunek. Już się chyba nie przekonamy, czy byłabyś tam szczęśliwsza. Pewnie nie, pewnie nic by się nie zmieniło: zawsze umiałaś się znaleźć i teraz też by tak było. Na prawie szło ci świetnie, kto wie, czyś ty wtedy kokietowała?

Nie, ja też nie rozumiałam tych wszystkich koniunkcji. Logika to w ogóle dziwny przedmiot.

Tak, mnie też czasami wydaje się, że szczęśliwsza byłabym gdzie indziej.

środa, 15 września 2010
o tym jak mnie siły opuściły

Okropna noc, śniło mi się, że ścigam się resorakiem wewnątrz autobusu przegubowego. Właśnie miałam brać zakręt, kiedy autobus gwałtownie się złamał.

Obudziłam się z temperaturą i zawalonym gardłem.

 

wtorek, 14 września 2010
polska jezyk trudno

Dzisiaj, po 2,5 tygodniach na obczyźnie, spotkałam w końcu swoją rodaczkę.

Udałam się bowiem na wydział, ażeby odebrać kartę studenta. Przychodzę pod drzwi, na schodach siedz jakaś mała blondynka.

Uśmiecham się. Ona nie. Podchodzę bliżej i po hiszpańsku pytam, czy też czeka w kolejce do biura spraw zagranicznych.

- Du ju spik inglisz? - tak mnie pyta. Na co ja oczywiście, że:

- Yes I do - i dalej drążę - where are you from?

Na co ona:

- Aj em from Poland.

- To może po polsku rozmawiajmy, będzie łatwiej.

Nieco przestrzeliłam z tym "łatwiej".

Dziewczyna zapytała mnie od razu, czy "mam już chłopaka hiszpana", bo ona przyjechała tutaj głownie po to, żeby "znaleźć męża".

- Bo bardzo się mię podobają tacy ciemni - wyznała. - Ciemna karnacja, wiesz. Murzyni itd. Tylko jak Murzyni, to niezbyt ciemni, wiesz. Nie że smoliści, nie, nie. Tacy normalni, ciemni.

Rozmowa okazała się katorgą, ponieważ w ogóle mnie nie słuchała, cały czas strzelając oczami na boki.

Poruszyłyśmy też nieważkie tematy dotyczące:

- diety ("schudłam tu już dwa kilogramy, tyle chodzę po mieście z marysią"

- siłowni

- tego, że jak się jest blondynką, to wszyscy się gapią i co o tym sądzę

- że mogłybyśmy sie kiedys umowic wieczorem i pojsc na "dziwki" a najlepiej to na jakis fajnych murzynow, takich fajnych jak jej wspollokator, ktory dzisiaj rano powiedzial jej "hola", a wychodząc "adios" i zrobil przy tym tak, o (pożegnalny gest ręką).

Także rozmowa na gg okazała się pewnym wyzwaniem:

WERONIKA: no i jak tam zajęcia?

ONA: okazalo sie, że po katalonsku byly

WERONIKA: ale jak to? to mialy byc w koncu po katalonsku, po kastylijsku, czy jezyk nie byl sprecyzowany na arkuszu?

ONA: tak, dokladnie.

No i bądź tu z taką mądry.

***

Po sobie zaś zauważyłam, że już po 2,5 tygodnia mówienia prawie w ogóle (poza tymi krótkimi chwilami wskrzeszeń na skypie) po angielsku (i hiszpańsku. teoretycznie) zaczyna mi się wszystko kiełbasić i wdaję się w okropny ponglish.

Na przykład dzisiaj, ledwośmy weszły do toalety, zawołałam:

- Ale look, ta na dole jest quite przestronna.

Z kolei, cały czas kiedy rozmawiam po angielsku ze znajomymi, wtrącam znienacka "no i wiesz". Nie umiem nad tym "no i wiesz" zapanować, orientuje się, że wlasnie znowu mi się wyrwało, zaraz jak tylko to "no wiesz" opuści - powiedzmy po staropolsku - zagrodę mych ust.

Gadam, gadam, gadam po angielsku (a chwaląc się nadmienię, że mówię b. dobrze po angielsku, nawet Sara, współlokatorka, zapytała mnie kiedyś z podziwem: "a więc to angielski jest językiem urzędowym w chorwacji"), łapię oddech, żeby zacząć nowy wątek i nagle to NO I WIESZ, i wracam do angielskiego. Co to, kurczę, jest, te ciągłe, nagłe przerwy w transmisji?

***

Ogłoszenia parafialne:

- Erneście, zapomniałam napisać, ale to wlasnie ty byles autorem 300 komentarza (tak, wiem, to bylo kilka dni temu. Nie mniej jednak gratuluje :)

- Ka_czka: tak, też mam wrazenie nieustannej telenoweli.

Tyle, że wiesz, świat Erasmusów jest jednak - w porównaniu z BCN - mały, liczba miejsc, w których sie bawimy jest stała.

Cytując więc: wszyscy w końcu spotykamy się w jednym łóżku.

Albo i nie.

niedziela, 12 września 2010
o tym jak to bywało

Ech.

No to tak w skrócie:

chłopak faktycznie jest idealny. Pod każdym względem. Siedziałam wczoraj w ich mieszkaniu, pijąc wino z jego współlokatorami i nagle - bum - do pokoju wszedł nieziemsko przystojny facet. Jeżeli nie wyśniony ideał, to z pewnością model pierwotny, archaiczny, według którego powstał mój ideał mężczyzny. Wyciągnęłam do niego rękę, żeby czym prędzej się przedstawić ("jezusku, Simon II wspominał o współlokatorach, ale że są aż tacy...") kiedy chłopak podszedł do mnie i pocałował mnie w policzek. No i w przeciągu strasznych (i wspaniałych. ale i strasznych) sekund zrozumiałam, że to jest właśnie Simon II.

Nie wiem zupełnie, dlaczego w kawiarni wydał mi się facetem pt. OK-ale-bez-szału. Może światlo tak padało w pokoju, może to ta żółta koszulka, może to, że przed chwilą wrócił z plaży. MatkoBosko.

Okazało się, że są jakieś koncerty pod Arc d'Triumph z okazji dnia Diada, więc ustaliliśmy, że poczekamy na powrót czwartego lokatora i się tam wybierzemy. Ok, czekaliśmy więc, a ja i Simon wyszliśmy na balkon; on palił, ja piłam wino i gadaliśmy.

To było jeszcze gorsze. Wspaniałe ale i straszne. Gadaliśmy o naszych studiach i okazało się, że bez przerwy jedno z nas  - kwituje stwierdzenie drugiego słowami: "wiem, co masz na myśli, ze mną jest tak samo". Oboje na początku nie lubiliśmy naszych studiów, oboje wolimy prawo cywilne od karnego, oboje lubimy pisać (ja bloga, a on jest w redakcji studenckiej gazety). Już kiedy mi wyznał, że się para dziennikarstwem i lubi pisać, przybyło mu automatycznie +50 punktów na skali seksapilu.

Bożboż.

No i trzecia rzecz, kulminacja wieczoru: po koncercie przy Arc d'Triumph poszliśmy do klubu, gdzie - ponieważ oboje nie przepadamy jakoś specjalnie za tańcem - pogadywaliśmy trochę (na ile pogadywanie jest możliwe w klubie) no i wiecie, głośno, ścisk, musieliśmy stać bardzo blisko siebie, żeby cokolwiek usłyszeć. No i mej bacznej, kobiecej uwadze nie umknął niestety straszny i wspaniały fakt, że Simon II przepięknie pachnie.

Nie, że perfumami, wiecie. Sam z siebie wspaniale pachnie.

(Zapach jest kluczowy. Ja np. jestem wąchaczem. Cała moja rodzina to wąchacze. Od fajnego ciuchu wolimy fajne perfumy (chociaż w zasadzie ja lubię i to i to). Lubimy wąchać i lubimy pachnieć. Wąchamy nowe książki, ciuchy, wąchamy ludzi. Jesteśmy jak zwierzęta.)

***

Ale wiecie co w tym wszystkim jest najdziwniejsze?

To, że mimo tego wszystkiego nie zakochałam  się w Simonie II. Nawet się nie zadurzyłam, nawet nie zaczęłam się durzyć. Zachwyt ale bez motylków w brzuchu i totalnego paraliżu. strasznie to dziwne, bo w tym żałosnym frycu, Simonie I vel Holidayboyu, zaczęłam się podkochiwać od pierwszego wejrzenia.

W Simonie II nie. I nie wiem czemu.

Mam dwie teorie: jest tak wspaniały, że aż nierzeczywisty, a ja nie mam zamiaru dalej śnić. I że wyrosłam już z wiary w baśnie i duchy.

albo: jest tak wspaniały, że wiem podświadomie, że mogłabym się w nim nie tylko zadurzyć, ale po prostu straszliwie i bez pamięci zakochać, zmienić całe życie, przeprowadzić do Budapesztu, nauczyć języka, że niestety, mogłabym chcieć zrobić dla niego wszystko. No i czuję, że jeżeli nie będę ostrożna i zrobię jakikolwiek kroczek w jego kierunku, po prostu spadnę w głęboką czeluść. I wspaniałą i straszną.

I bronię się przed tym podświadomie, bo podświadomie też wyczuwam, że to by mnie za wiele kosztowało. O, jakże ja nie lubię płacić.

Nie umiem tego wytłumaczyć. Ostatnia poważna miłość przeszła przeze mnie jak piorun, niesamowicie mnie poraniła i wyczuliła na ból. 4 lata nieustannego czekania na kolejkę, która nigdy nie podjechała. 4 lata bycia tą wspaniałą, tą najmądrzejszą, tą najfajniejszą - i tą odwiecznie drugą, drugą bez wyraźnego powodu, (och, po prostu mnie nie kochał, to proste). 4 lata przeczekanych Rosalind, Mart, Paulin. 4 lata doradzania - no bo bylismy przyjaciolmi, nie? - w co się ubrać na randkę z inną, co jej kupić na prezent. O, jak to bolało. Ile ja miałam - a z głupoty czystej -  zepsutych imprez - każda zaczynana z tę samą nadzieją, że coś się zmieni, że jedno z nas zrozumie, że ja się odkocham, albo on zakocha - ale nie, nigdy sie nic nie zmieniało, nigdy nie wydarzyło się to wielkie, sławetne "aż tu nagle". Wracałam do domu udręczona. Coś drgnęło pod koniec LO, z jego strony zaczęły się teksty pt: "jak mogłem byc tak ślepy". blablabla. Ja już wtedy nie umiałam mu (i sobie) darować tych 4 lat. Nikt nie ma i nie miał pojęcia, jak mnie to zniszczyło.

No i te 4 lata uczyniły mnie ostrożną. Nauczyłam się zakochiwać tylko w tych, którzy mi sie podobali, a na których mi niespecjalnie głęboko zalezało. Uczyniło mnie to zadowolonym, głęboko nieszczęśliwym tchórzem.

***

Pierwsza osoba, która poczuje pokusę napisania o przełamywaniu się/ryzykowaniu/ wykorzystywaniu szans i o wyższości żalu na to, że się coś zrobiło, nad żalem na to, że się czegos nie zrobilo, zostanie stąd automatycznie wywalona.

***

A teraz przejdźmy do największych minusów poprzedniego wieczoru:

- oprócz rozmowy na balkonie, nie pogadalismy za duzo z Simonem II, gdyz ja padłam łupem jego współlokatora, który z miejsca się we mnie zakochał, nie odstępował cały wieczór na krok i próbował wprowadzić w mroczne arkany węgierskiego upodobania do kredytów w obcej walucie, Simon II zaś poprzestawał ze swoim drugim współlokatorem.

- w klubie z miejsca przypieprzył się do mnie obrzydliwy Francuz. Za pierwszym razem po prostu porwał mnie do tańca i zaczął zagadywac. Ponieważ rozmowy w klubach na tematy rozmaite to raczej zly pomysł, nie mogłam go w ogóle zrozumieć.

- Soł you dont spik inglisz - wywnioskował. - Soł ju ar like ader polisz gers. Dej dont spik inglisz.

Nie próbowałam go wyprowadzać z błędu.

- I'm just very shy - powiedziałam.

- It mejks ju iven mor bjutiful - oznajmił. - Aj em from Frące. Ju noł Frące?

Czułam, że ta rozmowa mnie pognębia, więc wyrwałam mu się szybko i poszłam znaleźć znajomych.

Nie było to, niestety, ostatnie uderzenie pana Frące. Stałam sobie w najlepsze koło koleżanki z Austrii i Simona II, kiedy Francuz zatoczył się w moim kierunku jeszcze raz i uwodzicielsko zapytał o toaletę.

- Prosto i potem w lewo - powiedziałam mu. Widać było po oczach, że wciąż jeszcze odczuwa smutek i żal po odtrąceniu.

- Czy rzeczywiście? - spytał.

Ta, jakby miała jakieś korzyści ze zmyleniem go co do toalety.

Trzecie podejście było decydujące: odnalazł mnie jakimś cudem, znowu zaciągnął do tańca, "weronika, you ran away, nasty girl" i próbował wsadzić mi język do ucha. Tego już nie zniosłam, wykręciłam sie i zniknęłam w tłumie.

***

No i jeszcze sytuacja mająca miejsce w toalecie. Otóż, poszłam sobie do łazienki. Kolejka pod same drzwi. Jeden ogonek do damskiej, drugi do męskiej. Jedna osoba wychodzi, druga jest przepuszczana. No i stoję w tej kolejce, z nudów się rozglądam, patrzę: w ogonku męskim, dwie osoby za mną stoi Simon I Belgijski vel HolidayBoy.

Cudownie, k.a.

Odwracam się, chwytam go za rękę i się z nim witam, chłopak trochę zgłupiał (ale brzydki jest jednak), ale mnie w końcu pod makijażem, rozpoznał.

- How are you doing? - zapytał, na co nie zdążyłam jeszcze odpowiedzieć, bo dziadek klozetowy ponaglił mnie do pójścia do toalety (jako, że nastała moja kolej) słowami:

- Take your toilett paper!

Musiałam się zatrzymac, oderwać papier z rolki, którą wręczano przy wchodzeniu do łazienki - no i jakoś odeszła mi ochota na flirt.

Sami wiecie, rozumiecie.

***

No i tyle.

No a w ogóle to mi się znowu odechciewa wszystkiego.

Jak to jest, że ściągam tylko tych niewłaściwych ku sobie?

sobota, 11 września 2010
dwóch ludzi z szafą

Co za dzień.

Obudziłam się o 11, bo para sześć pięter wyżej uprawiała namiętny seks przy otwartym oknie. O 12 postanowiłam powoli zwlec się z łóżka, o 12.05 postanowiłam jeszcze przeczekać: słyszałam albowiem, że w łazience chrobocze właśnie kuzyn Marii. Przyjechał do nas już wczoraj, ale cały piątek przespał, obudził się dzisiaj i zaczął chrobotać w łazience.

(Co to, kuźwa, jest: człowiek-trzmiel, człowiek konik polny? I dlaczego tak chrobocze?)

Uznałam, ze moje jestestwo odziane zaledwie w lichą piżamkę z myszką Mickey i przyozdobione zmierzchwionymi włosami, nie jest najlepszym możliwym jestestwem, które chciałabym prezentować dalekim, wenezuelskim kuzynom Marii, nawet jeśli to tylko ogromne trzmiele.

Wzięłam owada na przetrzymanie.

Leżałam na wznak w łóżku, w rozgrzebanej pościeli, kuzyn Marii chrobotał z cicha i pocierając odnóżami wygrywał smętnie w kominie Góralu czy ci nie żal.

O 12.30, kiedy już naprawdę miałam się zbierać z łóżka, rozległo się pukanie za drzwiami. Nie ukrywam: nie uniknęłam paniki. Zaczęłam układać nerwowo poduszki i przygładzać sobie włosy.

- Weronia, estas aqui?! - wołała Maria. Czułam, że się z tej śmiertelnej pułapki prędko nie wykręcę. Postanowiłam położyć się płasko i udać, że nie żyję/że śpię głęboko. Jak wszyscy wiemy, jest to dobry sposób na drapieżniki. Maria trąci mnie najwyżej kilka razy łapą, a widząc, że nie reaguję, odejdzie pomrukując.

Taktyka ta mnie jednak zwiodła. Maria zniecierpliwiła sie pukaniem i sama otworzyła drzwi, wtargnęła do pokoju, a za nią dwóch rosłych Indian, których już kiedyś widziałam wynoszących szafę.

- Weronia, perdona - tak mi mówi - ale czy ty będziesz jeszcze potrzebować tego łóżka?

Zacukałam się.

- Dzisiaj już nie - powiedziałam z wahaniem. - Właśnie wstaję.

Jednocześnie stanęłam przed problemem: jak okazać rosłym Indianom, że być może teraz wprawdzie łóżka nie potrzebuję, ale już niebawem, już tej nocy, być może znowu będę chciała powrócić w bety? Jak to okazać, jak odmówić, nie pozbawiając jednocześnie nadziei?

- Pasa, pasa - poleciła Maria, Indianie weszli do pokoju.

Byłam bardzo nieszczęśliwa.

- Pod twoim łóżkiem znajduje się zapasowy materac - objaśniła mi Maria. - Pablito, mi primo, chciałby ten zapasowy, bo ten dotychczasowy wcale nie jest wygodny.

- Tak - powiedziałam, cofając się pod ścianę i patrząc jak Indianie rozbebeszają moje łóżko i wyciągają materac.

Trwałam tak bez ruchu, dopóki nie wyszli.

- Przepraszamy - powiedziała jeszcze Maria i dodała - teraz już wszystko będzie dobrze.

A jeden z Indian obejrzał się na mnie z niesmakiem i rzekł:

- Jak można spać o tej porze?

Poczerwieniałam, chwyciłam za ciuchy i tusz do rzęs, poszłam do łazienki, a potem wybiegłam z mieszkania na kawę.

Uznałam, że na śniadanie już za późno i poszłam sobie kupić kanapkę. Przynajmniej tyle zyskałam.

***

A teraz już powoli dochodzę do siebie, maluję sie i szykuję na imprezę u Simona II Węgierskiego. Przed chwilą odkryłam, że ma identyczny charakter pisma jak ja, (napisał mi swój adres na odwrocie mojej mapki).

Obawiam się teraz naprawdę poważnie, że może być (tak jak ja) ukrytym, przyczajonym psychopatą, który zaplanował dzisiaj orgię grupową w swoim mieszkaniu, a po orgii zbiorowe jedzenie kobiecego mięsa. (No tak, ja często spędzam w ten sposób niedziele.)

Nie no. Proszę. Niech będzie normalny. Niech będzie fajnie.

***

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 9