sobota, 23 października 2010
poradnik: życie jako forma spędzania wolnego czasu

Marii sposoby na udane życie:

- napełnij słoik wodą. Wrzuć do środka kamień i uświadom sobie, że jest on w głębi swego skamieniałego serca kawałkiem księżyca. Popijaj codziennie, a czakra w Twoim brzuchu odblokuje się, nadając Twojemu życiu płynności.

- na butelkę mineralnej naklej karteczkę z wypisanymi hasłami: miłość, harmonia, płynność, światło. Uświadom sobie, że byt tej karteczki na etykiecie wody mineralnej, zmienia ją w napój o boskiej mocy. Pij codziennie zamiast karotki.

- pamiętaj też o GumowoMatkoBosko. Niedostatek uwagi może ją wpędzic w zły nastrój i choroby serca.

- najlepszym środkiem na śmiertelne choroby jest cynamon.

wtorek, 12 października 2010
splendid desolation

Jak wszystkim wiadomo, najzacniejszym ze sportów są spacery.

Człowiek idzie przed siebe, jak mu się znudzi marsz to przystaje, jak mu się znudzi stanie, to znowu idzie. Nigdy nie umiałam się przespać z problemem, z problemem trzeba się przejść: ilekroć mnie coś męczy, ilekroc mna coś jątrzy, wybieram się na spacer.

Trasę mam stałą: Passeig de Gracia, potem w c/ Portal de l'Angel aż do placyku Curculla, gdzie jest najlepsza (ponoć) lodziarnia w Bcn. Uliczką del Pi aż do katedry Santa Maria del Pi, potem uliczką la Boqueria aż do placu Sant Jaume. I dalej: aż do stacji Jaume I,  carrer de la Princesa, carrer dels Banys Vells do katedry Santa Maria del Mar. No i potem już prosto jedna z małych uliczek do Placa de Palau i powrót Passeig d'Isabel II, do pomnika Kolumba i - dalej Ramblą, az do placa Catalunya. (zapisuję ku swej pamięci, za rok odczytam ze wzruszeniem.)

Obudziłam się dzisiaj o 4 rano, nie mogłam zasnąć. Wiał silny wiatr, padał deszcz, było ciemno jak w przedsionku piekła, gdzie dzieciom za karę dają do ssania węgiel. Przeleżałam do siódmej, ubrałam się, narzuciłam kurtkę i po prostu wyszłam.

Co to był za marsz: w zacinajacym deszczu, pośród podmuchów wiatru, ale widok zupełnie pustej Rambli był olśniewający. Zadnych turystów, żadnych handlarzy, żadnych kelnerów nawołujących do wstąpienia na cerveza. Po prostu nikogo, tylko ja i deszcz (i pewien klaszczacy psychopata dziesięć kroków za mną.) Aż chciało się krzyknąć, niczm po lądowaniu na księżycu: magnificent view, splendid desolation.

Coraz bardziej mi się to spacerowanie podoba.

sobota, 09 października 2010
this girl is back in town

Właśnie skończyłam spędzać zalecane, leniwe popołudnie w parku Guel. Z dojazdami (jedna przesiadka, dwa razy metro uciekło mi sprzed nosa), marszem pod górę i zwiedzaniem zajęło mi to jakies 1,5 godziny, z czego 15 minut w samym parku. Chodzi o to, kurde bele, że nigdy nie byłam dobrym parkozwiedzaczem, nie potrafię wysiedzieć w jednym miejscu dłużej niż pięć minut i nic niemal mnie dłużej nie interesuje. Pani pedagog w gimnazjum zapowiedziała swojego czasu, że jeśli się szybko nie zmienię, zwariuję przed osiągnięciem pełnoletności.

Nie zmieniłam się i - oczywiscie - okazało się, że pani pedagog miała rację: istotnie zwariowałam.

Dobra, do rzeczy, winna Wam jestem krótką, acz esencjonalną relację z ostatnich dni oraz przedstawienie nowych bohaterów mej codzienności.

1. Odkryłam, że język polski i czeski niemal w ogóle się nie różnią. I że niekiedy najgorsze zdanie o nas samych mamy my sami.

Siedziałyśmy kiedyś z Azrą, moją koleżanką z Czech, przed pewnym klubem, czekając aż nas wpuszczą. Obok nas stanęła grupka super-modnie ubranych dziewcząt. Co mówiły - nie słyszałam, stały jednak na tyle blisko, by można było odgadnąć, że używają jakiegoś słowiańskiego języka.

- Używają jakiegoś słowiańskiego języka - powiedziałam Azrze.

- To niemożliwe - odparła mi. - Nie wyglądaja mi na Słowian.

- Co to znaczy? - pytam. - Jak niby maja wyglądać Słowianie?

- No wiesz - odpowiada mi ona ze smutkiem. - Nie tak. Nie sa tak modnie ubrani. Ja rozpoznaję ludzi z Europy Centralnej po ubiorze. One mi wyglądają na Francuzki.

Umilkłam na takie słowa, czując się jak ubogi krewny, który zajechał pod Wersal w walonkach i z szykownym pętem kiełbasy na szyi.

Dziewczyny podeszły bliżej i okazało się, że to ja miałam rację.

- Miałam rację - powiedziałam z triumfem. - To Słowianki! Mówią po polsku!

Myślę, że duma, jaką wtedy poczułam, była z gatunku tych dum najsroższych, które to towarzyszyły Rejowi Mikołajowi przy pisaniu jakże piknej strofy o Polakach co to nie gęsi i dobry styl też mają.

Ogólnie jednak dobrze się dogadujemy z Azrą i spędzamy przerwy pomiędzy prawem pub. a międzynarodowym na wyszukiwaniu polsko-czeskich pokrewienstw i wspólnot.

I znalazłyśmy ich już całe mnóstwo.

2. Zapewne pamiętacie Simona II Węgierskiego, który za pośrednictwem GumowoMatkoBosko został mi zesłany któregoś pięknego, upalnego dnia po inauguracji.

Otóż, po chwilowym oblodzeniu naszych kontaktów (spowodowanym feralną imprezą), znowu się kolegujemy. Nie cofam żadnego z komplementów, którymi go uraczyłam, szczerze mówiąc, nie pamiętam kiedy ostatni raz spotkałam człowieka (już nie różnicując czy płci męskiej czy żeńskiej), który by mi tak przypasował. Lubię w nim wszystko i nic mnie nie drażni (co nie oznacza, że nie ma wad; ma w cholerę, tyle, że - niestety - są to dokładnie te same wady, które posiadam ja. A wypominanie innemu własnych wad - cóż, toż to hipokryzja.) No tyle, że zakochana w nim nie jestem. Ani on we mnie. A brak miłości, moi drodzy, ułatwia porozumienie i życie w symbiozie. No i po raz n-ty okazało się, że pradawny sposób naszych babek, polegający na przyciąganiu chłopa poprzez ignorowanie go, wciąż bywa skuteczny. Kolegowanie się z chłopem nastręcza bowiem problemów zasadniczych: jak tu szukać towarzystwa, a nie być posądzonym o bezczelne podwalanie się? Jak okazać sympatię, nie będąc podejrzewanym o to, że się na chłopa leci? Rozwiązałam zagadnienie w sposób przebiegły i godny: pierwsze dni to ja do niego lgnęłam; zagadywałam, żartowałam. Było ok, ale wyczułam szóstym zmysłem siostry swojego brata, że oto mamy do czynienia z przypadkiem klinicznym, który pomimo ukończeniu 23 lat i dwóch kierunków studiów, wciąż mentalnie pozostaje na poziomie przedszkola, w którym najgorszą karą dla chłopca było siedzenie w ławce z dziewczynką. No, a ja nie chciałam być karą, wiecie, poza tym: łażenie za kimś, kto - być może - toleruje mnie tylko dlatego, że jest kulturalny, nie należy do moich ukochanych sposobów spędzania wolnego czasu. Zaczęłam więc go olewać i proszę - nie minęło 5 minut, a już stał z tacą z II śniadaniem przy moim stoliku i ładował się, żeby ze mna siedzieć mimo, że cały stolik okupowany był przez inne koszmarne dziewczynki. Jeśli to nie jest miłość i poświęcenie, to co jest? ;-) (cała zabawa polega na tym (i cały sekret tego, dlaczego się dobrze dogadujemy), że oboje - jak widzicie - właściwie jesteśmy mentalnie na poziomie przedszkola). Od tego czasu wszystko na uczelni robimy więc razem, Simon II Węgierski szybko przeszedł drogę z "ja pójdę, ja zrobię, ja zobaczę" do "my pójdziemy, my zrobimy, my zobaczymy", a ja odkryłam, że to wielcemęskie, władcze "my-wanie" wcale mi nie przeszkadza. Problem polega na tym, że spędzamy ze sobą czas tylko na uczelni: kończą sie zajęcia i albo pada sławetne pytanie: "w którą stronę idziesz?" (pada zawsze, chociaż i on i ja zawsze idziemy w tę samą stronę, tzn oboje na metro) albo ustalenie kiedy widzimy się na uczelni następnym razem. I to jest ok, tylko, ze przychodzi mi do głowy, że chciałabym się z nim widzieć trochę częściej, nie, że jakieś tam randki, ale wiecie: lubię Cię, lubię z Tobą spędzać czas, więc może -> etc. Np. wiem, że lubi teatr. Ja też lubię, a tu nie mam z kim chodzić do teatru, a samej nie lubię. gdyby to była dziewczyna, nie byłoby nic prostszego niż zapytać. tyle, że to jest chłopak i nie chcę, żeby sobie pomyślal, że to randka. Nie chcę, żeby się spłoszył, albo pomyślał niewiadomo co. Wiem, wiem, głupie mam problemy, ale co zrobić. Takie sa własnie minusy kolegowania się z chłopem.

3. Nasza współlokatorka Sara opuszcza niedługo pokój i powstał problem braku lokatora. Problem, nie ukrywajmy, poważny, ale nie wyniszczający. Maria bowiem wzięła sprawy w swoje ręce i rozpuściła wici: oto każdego dnia mamy w mieszkaniu kolejną, spłoszoną Latynoskę, która potrzebuje lokum. Maria krokiem pańskim i królewskim gestem demonstruje nasze maluśkie mieszkanko, zachwalając wszystko ile się da (tak, prysznic jest malutki, ale poza tym nie ma wad (tjaaa... pierwszy raz kiedy się prysznicowałam, nacisnęłam przez przypadek guzik uruchamiający bicze wodne i siła strumienia nieomal wywaliła mnie spod prysznica na przeciwległą ścianę), ja sama również funkcjonuję jako udogodnienie w mieszkaniu (una chica polaca pero habla muy bien aleman - jak informowała jedną Argentynkę niemieckiego pochodzenia, a za ścianą ja, blada i wstrząsnięta, usiłowałam przypomnieć sobie wszystkie nazwy kolorów, których nauczyłam się w szkole.)

4. Najlepsze miejsce na świecie nazywa się Rabipelao i dają tam najlepsze mojito w Barcelonie.

5. Studiowanie w BCN to przyjemność. Nie ma niemal żadnego stresu. No, może poza zajęciami z prawa publicznego. Na ostatnie zajęcia mieliśmy przygotować ustawę o partiach politycznych, a potem opracować kazusa. Kazus był taki, że po polsku bym go nie rozwiązała, o podobnych akrobacjach po hiszpańsku - nawet nie mówię. Wszystko było dobrze dopóki trwała współpraca w grupach: doskonaliliśmy nasz angielski, integrowalismy się, omawialiśmy ważne zagadnienie pt. Kto gdzie mieszka i która linia metra jest najlepsza (stanęło na zielonej, chociaż ja wciąż upieram się, że żółta też nie jest zła, za to moja, niebieska, ssie). Pogrom i popłoch przyszły kiedy prowadząca zajęcia profesorka X zaczęła pytać. Oczywiście, nikt nie wiedział, poziom niewiedzy różnił się w zależności od konkretnej osoby: albo nie wiedziała o co się ją w ogóle pyta (jedna z francuzek w ogóle nie mówi po hiszpańsku. nawet dzyń dybry.) albo jak odpowiedzieć. Koniec końców stanęło na tym, że kazus jest do odrobienia w domu i sprawdzimy go za tydzień. Tzn. za dwa tygodnie, bo pon-wtorek nie ma zajęć, gdyż jest - tak - fiesta! Znowu! ;D

Moimi dwoma ulubionymi nauczycielami zaś są senor Pons y senor Bondia. Snr Pons wygląda jak pan Bulwa z Toy Story, ale prowadzi ciekawie zajęcia. Na ostatnich omawialismy Kartę Narodów Zjednoczonych i aż trzy razy wspomniał o Polsce. Nieważne, że wspomnienie kończyło słowami: muy raro (dziwnie), albo "como una anecdota graciosa". A przed zajęciami Hiszpanie z mojej grupy - nieświadomi mego pochodzenia - omawiali pobyt jednego z nich w Warszawie i dowiedziałam się, ze przez godzine nie mógł dogadac się na dworcu, bo "kobieta nie mówiła po angielsku ani nie rozumiała rysunków na kartce".

Rozbawiło ich przy tym, że ich "pelota" to "piłka".

- To niemożliwe - orzekli.

Snr Bondia prowadzi z kolei zajęcia z obrony praw człowieka i wygląda jak przystojniejsza wersja Javiera Bartem. Całe zajęcia trwa dyskusja n/t granic praw człowieka i tego, jak to wygląda w innych krajach. Ostatnio mielismy pewne problemy z wytłumaczeniem Kolubijczykom, że porywanie dla okupu niekoniecznie ma coś wspólnego z kapitalizmem i gospodarką wolnorynkową. Nie byli przekonani.

 

czwartek, 07 października 2010
llosa i inne

Jednak Llosa, kto by się spodziewał?

Zaskoczeni? Ja tak, myślałam, że Nobla to mu już dawno mu dali.

 

 

Z ogłoszeń parafialnych: od jutra wracam do codziennych notek, przepraszam za przerwy w dostawie, ale wiecie. Korki były. Korki i uniwersytety.