wtorek, 31 sierpnia 2010
o co poprosić można tylko supermena?

 

Cholera.

Wróciłam właśnie do domu, siedzę u siebie w pokoju i słucham sobie bolera. Oczywiście, nie, że dobrowolnie, od takich szaleństw jestem jeszcze daleka.

Otóż, Maria otworzyła drzwi do wc na oścież, zamknęła klapę od sedesu, na klapie ustawiła radio i puściła na cały regulator, sama zaś siedzi w salonie i śpiewa.

Wy jeszcze o tym nie wiecie, ale ja już wiem, ze Maria oprócz rządzenia Barceloną, śpiewa też w chórze Młodych Wenezuelczyków Po Czterdziestym Roku Życia. Ich repertuar jest szeroki i zróżnicowany, obejmuje bolera klasyczne, bolera wenezuelskie i bolera-bolera, tj wszystkie inne. No i teraz mam dylemat: iść do łazienki, wyłączyć radio i zamknąć drzwi, przez co pozbawić Marię dostępu do muzyki, a reszcie świata odmówić jej samorodnego talentu - czy poczekać az skończy?

Poczekam jeszcze z kwadrans i pójdę jej przerwać. Chyba, że sama skończy, bo sądząc po głosie, ledwo ciągnie już dołami.

 

Ogólnie od trzech dni ja i Maria jesteśmy najlepszymi przyjaciółmi na świecie. Zwierzamy się sobie z każdego sekreciku. Ja zaprosiłam ją na sałatkę, a ona parzy mi herbatę lawendową na dobry sen. Robi doktorat z nauk humanistycznych (temat: XIX powieść wenezuelska w lustrze przemian obyczajowych), ale jej ulubiony temat to mężczyźni, więc przez ostatnie dni omówiliśmy już wszystkich jej narzeczonych, (których były tabuny - w co średnio wierzę, patrząc na nią, jak się miota po domu w halce jak z czasów amerykanskiej wojny secesyjnej.) Wczoraj z kolei była u lekarza, który "leczy za pomocą dotyku" i wieczorem była - jak mi się zwierzyła - nowonarodzona.

Maria łączy bowiem w sposób przemyślny wielkie religie świata. Na przykład w naszym przedpokoju, na szafce na buty, jest ołtarzyk Matki Boskiej i Supermena. Wiecie może, że w Ameryce Łacińskiej popularne sa takie przydomowe ołtarzyki, figurki Matki Boskiej przed którymi pali się świece. No więc nasz ołtarzyk łączy wiele elementów i aspektów ludzkiego życia: jest gumowa Matka Boska z Dzieciątkiem Jezus, dokoła niej poukładane kamyczki i świece aromatyczne, po jednej stronie (po prawicy) stoi, rzecz jasna, figurka Supermena, po drugiej: porcelanowa żaba.  Z tyłu, w tle, tuż przy ścianie, wciśnięta jest mała szopka, z drugiej zaś strony: Budda. Zrobię kiedyś temu zjawisku zdjęcie, ale muszę wyczekać moment, w którym będę pewna, że Marii nie ma w domu.

Mogłaby źle odebrać moje zachowanie. (Chociaż na jej pytające spojrzenie, co robię przed ołtarzykiem z aparatem, mogłabym udać, że ostrożnie odstawiam aparat od twarzy, wskazać palcem na gumową figurkę i zapytać: ys dys Dzizas?)

No i tyle o Marii.

***

Wczoraj zaczęłam kurs katalońskiego. Byłam wprawdzie zapisana na kurs w głownym budynku, ale postanowiłam sobie ułatwić sprawę i zapisałam się na krzywego ryja na darmowy kurs na Wydziale Ekonomii. Kurs trwa 4 godziny każdego dnia - piekielnie dużo, pod koniec nie mogę się na niczym skupić, a rozproszenie powodowane jest też tym, że nie jestem przekonana do końca, czy kataloński kiedyś jeszcze mi się przyda w życiu. Notorycznie popadam w jakieś zamyślenie, budzę się w połowie lekcji i okazuje się, że inni wlaśnie nauczyli się odmieniać czasownik "mieć", a ja nie.

Ale nie radzę sobie najgorzej. Na przykład jeden Włoch, Dario, odpowiada na wszystkie pytania, jakie padną w trakcie lekcji, tylko, ze nigdy w dobrej kolejności. Kiedy na początku zajęć zajmujemy się pytaniem "Gdzie mieszkasz?" odpowiada ile ma lat, kiedy zaś ćwiczymy informowanie ile mamy lat, Dario, zapytany, odpowiada niewzruszenie: ulica Muntaner.

Albo dzisiaj, Clara, Meksykanka, na pytanie jaka stacja metra znajduje się najbliżej jej mieszkania, powiedziała, że stacja Życzymy Dobrej Podróży. Nauczycielka wątpiła, ja leżałam pod stołem, Clarze powiedziano, że to raczej niemożliwe. Po oczach widziałam, że nie bardzo nam wierzy. No i  potem okazało się - to jest w tym najlepsze - że faktycznie jest taki przystanek tramwajowy.

No i tyle.

***

Dzisiaj po zajęciach pojechałam prosto na Placa Catalunya. Cel był prosty, marzenie jedno: kupić sobie czajnik elektryczny. I łyżkę. Pojechałam sobie więc do największego domu towarowego, czajniczek znalazłam, łyżki nie. Owszem, były piękne zestawy sztućców, ceny już od 1000 euro, zastawy królewskie i z czystego złota, nie mniej jednak się nie skusiłam :P Odłożyłam z niesmakiem komplet sztućców królewskich, pojechałam na obiad do McDonalda i tam, władczym (by nie rzec znowu: królewskim) tonem zażądałam tortilli, a do tortilli podania plastikowej łyżki.

- Możesz ją jeść rękami - powiedziała przerażona Latynoska za kasą. Nie chciałam się już wdawać w dyskusje, że właśnie wyposażam sobie kuchnię i nie mam czym nakładać dżemu na sucharki, które zjadam na śniadanie, powiedziałam więc krótko:

- Ale lubię łyżeczką.

I mam łyżkę.

I tyle.

***

O 19 jestem dzisiaj umówiona z dziewczynami z kursu, idziemy na obiad (to najpierw), a potem zaprowadzić ład i porządek na świecie (jak starczy sił.)

No i własnie, przy okazji: wczoraj przeżyłam to cudownie straszliwe uczucie, kiedy trafiasz w okoliczności, które muszą być snem, ale snem nie są. Otóż, umówiłam się z jedną koleżanką z grupy, Karo z Niemiec, na drinka. Spotykamy się przy Liceu, a ona do mnie: a wiesz, bo będzie ze mna jeszcze dwóch kolegów, nie masz nic przeciwko? Czy ja nie mam nic przeciwko! Przechodzimy na drugą stronę Rambli, stoi dwóch chłopców. Blondyn i Azjata. Podaję rękę pierwszemu i mnie zatkało.

Wiecie, jak to jest na tych filmach. Świat zwalnia, kwiaty kwitną, gra słodka muzyka. Nie zakochałam się, co to to nie, żadnych głodnych kawałków o omdleniach na głównej ulicy miasta. Po prostu mnie zatkało, bo przed wyjazdem odbyłam z moją przyjaciółką długą rozmowę o wakacyjnych romansach i rzekłam jej tak: wiesz, normalnie nie lubię opalonych facetów z płowymi, kręconymi włosami surfera australijskiego, ale ostatnio sobie pomyślałam, że tacy goście są super na wakacje.

No i oto parę dni po przyjeździe poznaję goscia, którego opisałam przyjaciółce. Jeżeli spotkanie kogoś takiego nie jest wystarczające do tego, by zaniemówić, to już nie wiem, co musi sie wydarzyć.

Mówisz, masz - tak sobie pomyślałam.

Tutaj sielanka się kończy.

Poszliśmy na obiad i chłopak okazał się być idealny - idealny, ale nie w sensie: dokładnie taki, na jakiego się czeka całe życie, tylko idealny w sensie: dokładnie taki, jaki powinien się samotniej dziewczynie objawić w nudne, pochmurne wakacje. Czarujący, słodki, miły, dostatecznie bystry, by jego towarzystwo nie było utrapieniem, a przy tym jednocześnie wspaniale nieskomplikowany, bez żadnych ukrytych warstw. Taki gość, któremu w życiu do szczęścia potrzeba tylko plaży, słońca i wina. (ani słowa o tym, że interesował się tylko sportem, a po obiedzie zaproponował "flying ping pong", w której to grze dziewczyna staje na przeciwko chłopaka i podają sobie piłeczkę po stole, dmuchając w nią z całych sił. Nie można krytykować swoich snów. Co się śni, niech się śni.)

No tyle, że zastanawiam się, czy jeszcze kiedyś go zobaczę znowu. Przy pożegnaniu (kiedy godziłam się - z trudem, bo z trudem, ale się godziłam - na to, że widzę go ostatni raz w życiu, powiedział see you next time i dodał, że pewnie się będziemy częsciej teraz spotkać, jeśli będę się nadal trzymać z Karoliną. (Tym samym - ale nieświadomie - uczynił z nas papużki-nierozłączki). No, ale wiecie, jak to jest. Choćby bardzo się chciało, niemal nigdy się nam nie śni drugi raz dokładnie to samo.

Mógł tego nie mówić, bo tak to uznałabym, że już nigdy go nie zobaczę i zapomniałabym o całej sprawie, a teraz mam maleńką nadzieję, że jeszcze na niego wpadnę.

Idę chyba w tej intencji zaraz do szafki na buty, żeby zapalić pachnącą świeczuszkę Supermenowi. (Gumowej Matce Boskiej nie ufam tak bardzo w sprawach seksownych, opalonych blondynów.)

Supermenie, nie zawsze w Ciebie wierzyłam, ale jesli istniejesz, proszę, spraw, żebym spotkała dzisiaj Simona. I żeby wydał mi się okropny, odpychający i wąski w barkach.

 

niedziela, 29 sierpnia 2010
Jak znaleźć mieszkanie i nie wyzionąć przy tym ducha

Taki tytuł miała jedna z moich czytanek w książce do hiszpańskiego.

Była to opowieść o dziewczynie, która przyjechała na studia do Hiszpanii i nie mogła nigdzie wynająć mieszkania. To, z czego w kraju się śmiałam i uznała za pretekst do nauki słów związanych z mieszkaniem i wyposażeniem, okazało się przerażającą rzeczywistością,.

Plan był taki: weekend w hostelu, oglądanie mieszkań, przeprowadzka w niedzielę.

No i plan został wykonany w 100% tyle że przy tym:

    • wykonałam chyba z tuzin telefonów i jestem przekonana, że rozmawiałam z każdym świrem w tym mieście. (Jeśli nie, jeśli czytasz te słowa i jesteś świrem z BCN, nie rozmawiałam z tobą, a masz taką potrzebę, zadzwoń. Podaję numer....)

    • liczba nagłych smsów o treści: dear weronika, I am very sorry but the room you like, is already rented. - niezliczona

    • summa summarum widziałam jednak tylko dwa mieszkania. Bo tylko do tylu mi się udało zdążyć: poza tym zdecydowałam się już za drugim razem. Żeby nie ryzykować.

W jednym mieszkała bardzo miła 30-letnia Katalonka. Mieszkanie super położone: 5 minut od Avenida Diago.nal, głównej arterii miasta. 10 minut do metra. Centrum, ale okolica bardzo spokojna i cicha. No nieważne, w każdym razie idąc do kobieciny na zwiady, już w myślach widziałam siebie w każdej kawiarni, przychodzącą na bocadillo i czytającą La Vanguardię; i w każdym supermarkecie, robiącą zakupy.

Ok. Wchodzę do mieszkania. Powiedzieć, że małe, to powiedzieć niewiele. Ciasne nawet dla pająka – o, to już jest bliższe prawdy. Kobieta oprowadziła mnie po swych włościach bardzo prędko: „dobrze, jesteśmy na korytarzu, proszę odwrócić głowę w lewo: jesteśmy w kuchni, proszę odwrócić głowę w prawo: jesteśmy w salonie. Krok na przód, (ale nie taki wielki, na Boga!), jesteśmy w pani pokoju”. W pokoju! Toż to nie był pokoik, tylko mała celka, idealna gdyby ktoś miał zamiar się umartwiać i modlić całe dnie. Ciemno, bo okno niewielkie i na patio (wielkości szybu na śmieci), pod oknem łóżeczko, do którego miałabym chyba kłaść swoją ukochaną lalę, obok łóżeczka biureczko z krzesełeczkiem. Zeby włożyć coś do szafy, trzeba wyjść z pokoju. (Zresztą, szafa taka mała, że jedyne, co bym mogła trzymać w środku to spinacze i chusteczki do nosa.)

Cena: 400 euro za miesiąc.

Powiedziałam kobiecie, że się zastanowię.

Z jednej strony: super położone. Bym szpanowała, ze praktycznie przy Av. Diagonal sobie mieszkam. Z drugiej strony: mieszkanie sporo za małe, cena sporo za duża.

Serce mi podeszło do gardła, bo na razie miałam jeszcze tylko jedno mieszkanie do zwizytowania w odwodzie. Tyle że na zdjęciu wyglądało jeszcze gorzej, niż to pierwsze (w sensie wielkości i posiadania okna.) Więc widoki stały się kiepskie, a moja sytuacja zła.

W akcie desperacji i akcie rozpaczy poszłam do Starbucksa, gdzie, jak podejrzewałam, powinien być darmowy Internet. I był. Zaczęłam szukać nowych ogłoszeń i oddzwaniać na każde. (Co zmusiło mnie do przeprowadzenia szeregu surrealnych rozmów: „- is there a heating? - no, no babies here. My wife is too old for that”) Umówiłam się na kolejne trzy wizytacje.

Widzicie, kiedy szukałam mieszkania w Polsce, moje wymagania były niebotyczne, a nadzieje ogromne. Popełniłam szkolny błąd: szukałam mieszkania doskonałego. Chciałam, żeby pokój był przestronny, jasny, z ogrzewaniem i z Internetem, żeby nie kosztował Bóg wie ile, żeby mieszkanie było dobrze położone i żebym mogła je dzielić z osobami w moim wieku. Chciałam po prostu niemożliwego.

Tutaj na miejscu oczekiwania moje spadły do zera: byleby tylko nie mieszkać z psychopatami, byleby mieć okno, byleby mieć internet. Najpierw zrezygnowałam z dobrego położenia (w końcu wszędzie jest metro), potem z towarzystwa młodych osób, jeszcze potem: z jasnego pokoju. Wieczorem w zasadzie szukałam już czegokolwiek.

O 21 zagnało mnie do drugiego mieszkania i tam niespodzianka: pokoj, który na zdjęciu prezentował się jak melina, okazał się czyściutki, spory (nie napiszę, że duży, chociaż na warunki barcelońskie JEST duży), cale mieszkanie: odnowione, przestronne i przytulne, położone: to w tym wszystkim najlepsze dwie ulice od Sagrady Familii.

Nie szłam już dalej, zapytałam dziewczyny, które tu mieszkają, kiedy mogę przynieść walizki. No i już dzisiaj siedzę w pokoju i piszę do Was te oto słowa. Tak.

Moimi współlokatorkami są: Maria (ewidentny boss tego mieszkania, być może całej dzielnicy, postrach Barcelony), Wenezuelka studiująca tutaj filozofię i filologię hiszpańską (sięga mi do pasa, chodzi po domu w koszuli nocnej i przypomina drugoplanową postać z telenoweli latynoamerykańskiej) i Sara, Hiszpanka, która jest chemikiem i prowadzi jakieś badania na uniwersytecie. Ich angielski jest słaby, więc podejrzewam, że prędko się nauczę mówić biegle po hiszpańsku. Już dzisiaj zmuszona byłam poznać masę nowych słów, których naukę ustawicznie zaniedbuje się w szkołach: np.: zmywacz do paznokci i waciki. Mimo tego ich angielskiego i mimo tego mojego hiszpańskiego szybko złapałyśmy kontakt. Wzięły mnie pod rękę, zaprowadziły do kuchni i pokazały słoiczek polskiego chrzanu i polską ścierkę (tj. ścierkę przywiezioną z Polski). Jak się okazało, były chłopak Marii był muzykiem i sporo podróżował po Polsce no i przywoził Marii różne romantyczne dary: chrzan, polskie przetwory, polskie środki czystości, szmaty, ścierki, fartuchy oraz – musiał mieć wtedy gorszy dzień – magnes na lodówkę z widokiem z Olsztyna.

A właśnie, odnośnie innych polskich akcentów: na sąsiedniej ulicy mam sklep polski Krakoviak. Właścicielka jest Polką, można u niej kupić polskie gazety, książki, polskie żarło w sensie ścisłym i szerokim oraz można po prostu wymienić informacje. Na ścianie wisi tzw. ściana płaczu, z informacjami dotyczącymi wynajęcia mieszkania czy ofertami pracy. Z tego, co się dowiedziałam, to Polska enklawa w Barcelonie. Już sobie tam zakupiłam Kroplę Beskidu. Co za przyjemność, nie musieć wybałuszać oczu z wysiłku intelektualnego przy robieniu zakupów! :)

 

 

Maria właśnie wróciła do domu. Sądząc po ilości osób, które nawiedzają ten dom odkąd tu jestem (czyli kilka godzin), nasze mieszkanie musi być jakimś centrum kulturalnym i towarzyskim całej mniejszości wenezuelskiej. Przed chwilą wyszłam na korytarz i wpadłam na dwóch Indian taszczacych szafę.

Jutro rano idę na uniwersytet zapisać się na kurs katalońskiego. I tyle.

 

Na koniec kilka przemyśleń na wypadek, gdyby ktoś chciał kiedyś szukać pokoju w BCN.

Mieszkań szukać na miejscu. Nie rezerwować przez internet. Obowiązuje zasada: kto ogląda, ten ma pierwszeństwo. Właściciel mieszkania, gdy ma do wyboru Twoją rezerwację przez internet i kogoś chętnego na miejscu, od zaraz, wybierze tę drugą osobę: dlatego, że jest pewniejsza.

Popyt na pokoje ogromny, zwłaszcza we wrześniu. Ogladałam jedno mieszkanie i zaraz po mnie były już umówione dwie kolejne osoby. (A wybierałam mieszkania z ogłoszen, które pojawiły się tego samego dnia).

Decydowac należy się szybko (nie raz i nie dwa, umawiałam się na kolejny dzień, rezerwowałam i dostawałam łamiącą serce wiadomość: sorry weronika, the room is rented, someone came and liked it and took the room).

Przygotować się na to, że oferowanie pokoi bez okna jest w BCN na porządku dziennym. Zawsze pytajcie, czy pokój jest exterior czy interior. Pokój ładny na zdjęciu może być pokojem okropnym w realu, a pokój okropny na zdjęciu może okazać się całkiem przyjemny. Mnie się tak zdarzyło.

piątek, 27 sierpnia 2010
Z miejsca
No, to ja juz jestem w tej barcelonie. Tyle ze zaspana, glodna i w szoku w jaki czlowiek trafia kiedy wyjezdza z domu na rok. Juz sobie kupilam pierwsze odwiedzinowe bilety powrotne, nieomylna intuicja podpowiedziala mi ze o wiele latwiej sie bedzie zegnac z najblizszymi mowiac: "no, to do zobaczenia za dwa tygodnie" niz "do zobaczenia za pol roku". No. Tym bardziej ze akurat byla promocja, pozniej to juz nie bedzie wygladac tak fajnie. Tym bardziej ze okrutny Bog wstrzymuje jesienia i zima niektore loty bezposrednie po katowic. I robi to mimo ze mu wyraznie powiedzialam, ze bede ich potrzebowac. Wiecej, kwiecisciej i bardziej rozwiazle - oby - napisze jak tu w pelni osiade, co nastapi - oby - do konca weekendu. Dzisiaj jestem w hostelu a jutro ruszam na poszukiwanie lokum. Boze, kaz tym ludziom tutaj mowic do mnie wolniej. I przywroc lotu bezposrednie w piatki. No i pokoj na swiecie, sle to jakbys mial troche czasu. A, w ogole; chce sobie kupic starter, tutejszego tak taka. Na doladowanie. Wie ktos moze cos na temat hiszpanskich pre-paidow?
czwartek, 26 sierpnia 2010
przedstartowo

A dzisiaj wielkie pakowańsko. Bo jutro wybywam, na rok niemalże. Chyba, że mnie deportują za przewożenie kabli i czystych (w sensie: niczym nie zapisanych) płyt kompaktowych.

Ubezpieczenie mam. Poza tym: nic. Umowy nawet jeszcze nie podpisałam nawet. Albo pocztą przyjdzie, albo wracam. Podpisać.

Ale jutro wybywam, tralalala. Daj Boże pogodę, sprawny samolot i szczęśliwych pilotów. No. I żeby oferta na mieszkanie okazała się wciąż aktualna, a jego właścicielka nie była psychopatką, która wrzuca tampony do kibla.

Pewnie się odezwę już na miejscu. Teraz mam dylemat moralny: jak zapakować się na rok i dlaczego nie powinnam brać ze sobą dwóch pudełek szachów, ukochanej cegły i kolekcji mosiężnych królów polski.

 

środa, 25 sierpnia 2010
weronikę spotyka cud

Ale dzisiaj ładnego chłopca widziałam na dworcu. Szłam sobie krokiem spokojnym na pociąg; on szedł krokiem spokojnym przede mną. Styl, szyk, wdzięk i brzydka walizka.

Walizkę w myślach mu wybaczyłam, zaraz też złapałam się na tym, że zaczynam go śledzic. On się zatrzymywał, ja też przystawałam, w popłochu szukając jakiegoś punktu zaczepienia dla wzroku. On ruszał dalej, ja też nagle traciłam zainteresowanie dostawą ksiązek do antykwariatu.

I niespodzianka: Cudo doszło do peronu trzeciego, chwyciło oburącz walizkę i przyciskając ją do brzucha, poczęło złazic. Ja, niewzruszona, rzuciłam się za nim, tym bardziej, że też szłam na peron trzeci. Więc on szedł schodami po lewej, ja po prawej. On szedł górą, a ja dolinami. Zmierzaliśmy jednak - nieuchronnie - ku wspólnej przyszłości w tym samym pociągu. Co ja gadam: ku wspólnej przyszłości we wspólnym życiu.

Na peronie Cudo spodobało mi się jeszcze bardziej. Zasiadlo swobodnie na ławce i zaczęło bawić się komórką. Przysiadłam tuż obok, szczęsliwa i poruszona. Cudo wstało, wyciągnęło papierosa, jęło się przechadzać. Śledziłam je dyskretnie, mówiąc sobie: raz jeszcze zerknę, a potem z tym skończę.

I tak bez przerwy.

Myślałam też wiele o naszej wspólnej przyszłości, o szklance świeżego mleka, które będzie codziennie rano przynosił naszym dzieciom, zdrowym, czerstwym i rumianym; myślałam o altance w ogrodzie, co to ją sobie wstawimy na czas naszego ślubu, myślałam o wspólnej starości, którą spędzimy pośród saren i antylop, grając w bajabongo i oszukując się nawzajem (a potem do tego przyznając, ku wspólnej radości, cmok, cmok, cmok.)

Myślałam chyba o tym zbyt intensywnie, bo Cudo, po krótkim marszu wokół walizki, przeszło na drugą stronę peronu. Kusiło mnie wstać i pobiec za nim. Na poczatku, oczywiście, nie wiedziałby, że ktoś go śledzi - ktoś, kto go kocha całym sercem i chce mu oddać - rzecz to jasna - całego siebie. Potem zobaczy na chodniku obok mój rozczochrany cień i serce w nim zamilknie. Wtedy zrozumie, chwyci walizkę i przyśpieszy. Niedoczekanie jego, ja także przyśpieszę, rącza będę, gibka, nieubłagana i - co najważniejsze(w tym tkwić będze moja przewaga) - bez walizki. Szybko zrozumie, ze uniki jego są beznadziejne i zacznie biec coraz szybciej, rzucając mi pod nogi walizkę. Potknę się o nią, to jasne, ale nie daruję; podniosę się podrażniona i zacznę go gonić jeszcze szybciej; on będzie uciekał, ja będę go gonić, on uciekając będzie się pozbywał drobnych części garderoby i bagażu, ja będę się przed nimi dzielnie uchylała, nie tracąc go ani na minutę z pola widzenia. Na tor 5 wjedzie pociąg, Cudo nie zauważy, wpadnie pod koła i urwie mu głowę. Ja zostanę na peronie, przygnębiona i samotna, z opuszczoną głową i ramionami wstrząsanymi szlochem; zdam sobie oto sprawę, ze po raz kolejny moje uczucie doprowadziło mężczyznę do upadku. Otrę kilka łez i jakby nigdy nic wsiądę do pociągu.

W myslach odrzuciłam ten plan jako zbyt wyczerpujący i sprzyjający (ta myśl jest nie do zniesienia) poceniu się. Siedziałam więc na ławce, Cudo stało za moimi plecami, przyjechał pociąg, oboje ustawiliśmy się w kolejce do różnych wejść.

Liczyłam, że wejdzie jednak do mojego przedziału, ale jedyne, co na mnie tam czekało w podróży, to gruba, stara baba z pończochami typu antyseksy nasadzonymi do połowy pięty.

- Czy w Katowicach jest podział na dworzec wschodni i zachodni? - zapytała mnie grubym głosem.

- Ten pociąg się zatrzymuje tylko na głównym - odparłam jej. - Bo on tam kończy bieg.

- Ta - powiedziała kobita. Z Ciechocinka była, musimy jej wiele wybaczyć. Nałożyła zgrabnie pończochy do końca i wyszła z przedziału. Po chwili wróciła.

- Ten pociag zatrzymuje się chyba tylko na głownym - poinformowała mnie. - Bo on tam kończy bieg.

- Ta - powiedziałam.

Odwróciłam się do okna i długo pustymi, szklistymi oczami wpatrywałam się w przesuwające się krajobrazy.

 

Ach Boziu, Boziu, zeby tak mieć w koncu życie na miarę swoich potrzeb! :)

TVP, TVP, kocham kino

Telewizja Polska rozwija swą działalność misyjną.

Nowe odcinki Plebani, Milości nad rozlewiskiem i Ojca Mateusza. I Kocham Cię Polsko.

(Matko Bosko. Widziałam fragment: rozochoceni prowadzący, konkurencja: literowanie jakiegoś słowa. pudzian się myli. w obu drużynach ostrożny ubaw po pachy, wszyscy się przytulają i ocierają sobie nawzajem łzy z oczu. druga konkurencja: literowanie jakiegoś słowa przez całą drużynę, każdy literuje jedną literkę. pudzian się myli. ubaw po pachy, jedna uczestniczka się słania ze śmiechu. na koniec wyskakuje nażelowany Maciej Kurzajewski i woła: mam nadzieję, że bawicie się przed telewizorami tak, jak my w studiu.

Taak.)

 

 

A dobre kino, jak zwykle, po północy. Target wszak TVP dobrze znany: bezrobotni absolwenci filozofii, którzy - wedle wyobrażenia - w dzień śpią, w nocy myślą, kultywują życie i przeżywają różne ciekawe przygody.

wtorek, 24 sierpnia 2010
jest pies

Mamy nowego psa. Ma na imię T-34, 3 i pół miesiąca i jest owczarkiem niemieckim.

Bardzo dzikim i nieufnym, bo poprzedni właściciel zupełnie go olewał (a gdy nie olewał, to surowo karcił); w każdym razie piesek przez jakiś czas był bardzo milczący i smutny; na widok człowieka natychmiast wchodził w najgłębszy róg, kładł się płasko i łapką zakrywał oczy.

Na szczęście się teraz już się zaczął do nas przyzwyczajać, w rogu niemal już nie przesiaduje, uwielbia się bawić piłeczką, kością, a podarowaną mu zabawkę Pana Wołowiny rozerwał na strzępy; do znajomego człowieka podchodzi śmiało, doprasza się głaskania i przytulania. A taki z niego piękny, mądry i kochany piesek, że aż trudno uwierzyć, że ktoś mógłby go olewać, albo - to już niewyobrażalne - drzeć  na niego ryja.

Właściwie, to tak lubi teraz się przytulać i głaskać, że trudno namówić go na to, żeby biegł za rzuconą mu piłką. Owszem, odwraca się, śledzi lot piłki, rejestruje miejsce upadku, po czym z ufnością spogląda ci w oczy. Próbowaliśmy go z bratem przekonać, jak wielką przyjemnością jest bieganie za piłką. Na próżno. Brat rzucał, pies patrzył, wzruszal - po swojemu - ramionami i dalej chciał się przytulać. Sytuacja robiła się coraz bardziej napięta, w końcu nie wytrzymywałam nerwowo i sama rzucałam się w pościg za piłką. Psa to nie zachęcało, mnie wciągało coraz bardziej. Brat rzucał, pies patrzył, ja przynosiłam i za którymś razem zdałam sobie sprawę, że pochwały brata, kiedy przynoszę piłkę sprawiają mi coraz większą przyjemność, a sam bieg  mnie relaksuje.

Ustaliły się więc reguły zabawy: brat i pies rzucali mi piłką, ja po nią biegłam, przynosiłam im, dawałam sie pochwalić, a czasem - gdy bieg mnie rozochocił, nie chciałam jej oddać i uciekałam, żeby mnie gonili.

Opanowałam się dopiero, kiedy zobaczyłam potępienie w oczach psa. A tak na mnie patrzył, jakby wszystko wiedział.

Od jutra chyba ja sobie wezmę piłkę, a psu zaczniemy wynosić SuperExpress. Z Gazetą Wyborczą bym mimo wszystko jeszcze dwa, trzy miesiące poczekała.

ostatnie strony GW (2)

I znowu lektura ostatniej strony GW wprowadziła mnie w sielankowy nastrój.

O metodach pracy nowego trenera Wisły Kraków:

Na samym wejściu Maaskant spodobał się piłkarzom, bo nie każe im się uczyć języka angielskiego (czym od lat bezskutecznie straszeni są w klubie), tylko sam zamierza wziąć korepetycje z polskiego.

:-)

Ale fajny gość z tego Maaskanta. Nareszcie zrozumiał, że nauka, wysiłek oraz ciężka praca wprawiają normalnego człowieka w przygnębienie, a nawet długotrwałą depresję.

Teraz, kiedy poznałam metody Wisły Kraków, zupełnie już nie dziwię się kiepskiej atmosferze, która panuje wokół zespołu. Powiem jedno: zgroza, zgroza, zgroza. Okrucieństwo, o którym nie słyszałam od czasu ukończenia LO. Upokarzający system zachowań: piłkarz spóźnia się 10 na trening - 10 słówek do wykucia na blachę. Piłkarz przytył na wakacjach 5 kilo - musi przerobić 5 rozdziałów podręcznika dla piłkarzy Hello, it's me, your English - part 1. Piłkarz sfauluje głupio i zarobi czerwoną kartkę: 2 tygodniowy intensywny kurs języka w Londynie. (Jeśli czerwona kartka w ostatnich minutach ważnego meczu - kurs języka angielskiego w Sławinie w woj. podlaskim.) Jeżeli nie wykorzysta karnego - phrasal verbs. Jeśli karny w 90 minucie w play-offach: porównanie czasu Past Perfect z Present Perfect.

W ten sposób wychować można ludzi dzielnych, zwinnych i hożych.

Jako człowiek przenikliwy rozumiem taktykę Wisły Kraków: straszenie nauką języka powoduje obrzydzenie języka obcego, obrzydzenie języka obcego spowoduje, że piłkarz postanowi ze strachu pozostać w jedynym słusznym kraju - tj Polsce. Pozostanie piłkarza w jedynym słusznym kraju uratuje nas przed masową migracją pilkarzy do lig zachodnich, a to z kolei wpłynie na podwyższenie poziomu rodzimej ligi. (Utrzymamy u siebie takich tytanów współczesnego futbolu jak Paweł Brożek czy Robert Lewandowski, spotkanie którego Christiano Ronaldo opisał niedawno w El Pais następującymi słowami: "jak zwykle trenowałem w rogu boiska, kiedy podszedł do mnie Robert,  poklepał po plecach i zapytał: "z którego kraju pochodzisz?" Odpowiedziałem, że z Portugalii, odparł na to: "masz talent, masz szansę, nie zmarnuj tego" . Potem odszedł, a mnie serce biło szybko jeszcze pół godziny, myślałem, że umrę. Chciałem biec za nim i  pocałować go w rękę, ale powstrzymałem się. Zacisnąłem zęby i postanowiłem wrócić do treningów. Komplement Roberta, jego wiara we mnie dodała mi skrzydeł, była jak prezent od Boga. Resztę dnia spędziłem na boisku ze wzrokiem utkwionym w pustych trybunach, z piłką pod pachą, z wypiętą piersią, z łopoczącą na wietrze koszulką, z rozwianymi (mimo żelu) włosami. Moje życie się zmieniło. Poczułem się zwycięzcą." (fragment z wywiadu pt. Ronaldo - moje życie bez łupieżu)

Nie będą chłopaki znali języków, mniej chętniej będą wyjeżdżać, mniej chętniej będą wyjeżdżać, skupią się na robieniu kariery w Polsce. Zrobią wielkie, światowe kariery, a nawet jeśli nie zrobią, to przecież mogliby zrobić. Tyle, że języka nie znali.

Czuję w tym genialnym pomyśle myśl i rękę Antka Piechniczka.

Dobry plan, chłopaki. Nie niszczcie tego.

poniedziałek, 23 sierpnia 2010
dialoki

W samochodzie.

Tata: No, jeszcze trzeba będzie wstąpić gdzieś po jakąś wodę mineralną, bo nie ma w domu nic do picia. (milczenie) No tyle, że o tej porze to już wszystkie sklepiki przy drodze będą pozamykane.

Mama: Niedaleko jest Tesco całodobowe. (głęboki namysł) Pytanie tylko, czy będzie teraz otwarte.

 

 

 

niedziela, 22 sierpnia 2010
u babci

 

Babcia: Czemu sobie tylko jeden kawałek ciasta wziełaś? Weź sobie jeszcze.

Ja: Nie, babciu, nie mogę tak dużo ciasta na raz, bo tuczące.

Babcia: (oburzona): Co ty gadasz, tuczące! wcale nie jest tuczące! Co ja tam mogłam dodać, trochę mąki, cukru, jajka, olej, mleko? (a wszystko takim tonem, jakby wymieniała: sałatę, mleko sojowe i wodę)

I tak jest za każdym razem ;-]

A dzisiaj Babcia na mnie spojrzała i powiedziała: ho, ho, ale się z ciebie ładna dziewczynka zrobiła.

Zrozumiałam w jednej chwili, że muszę się odchudzać ;-]

Boże, jak to możliwe, zaczynam spełniać kryteria piękna mojej baci! :)

 

 

 
1 , 2 , 3