sobota, 31 lipca 2010
zwierzę wam się: zabójcze piękno rytuału :P

Największym moim niezrealizowanym marzeniem (ciągle się zastanawiam: niezrealizowanym, bo największym, czy największym, bo niezrealizowanym?) było i jest wydać książkę w Wydawnictwie Literackim.

Bywając w Krakowie na zajęciach na Gołębiej, zatrzymywałam się przez pewien czas w obmierzłym hostelu na końcu ulicy Długiej. Nie dość, że w hostelu straszyło, to jeszcze przez mój pokój puszczona była drewniana belka, zawieszona pomiędzy łóżkiem i ścianą, tak, że ilekroć wyłaziłam z legowiska, zeby huknąć pięścią w cienką jak papier ściankę (zaprowadzałam w ten sposób ciszę -  po 3 nad ranem - wsród podnieconych szwedzkich gawędziarzy z pokoju obok), musiałam czołgać się pod belką na brzuchu, albo przełazić nad nią, niczym ponad płotem.

W dodatku - ale o tym dowiedziałam się dopiero rano, korzystając z przybytku ubikacji - z okien w toalecie rozciągał się piękny, niczym niezmącony - rzekłabym: panoramiczny - widok na moje łóżko. A że w całym hostelu nie było firanek, człowiek myjąc zęby mógł obserwować przynajmniej moje nogi (tułów i łeb z rzadka, choć i tego nie wykluczam; kiedy się bowiem rano wymeldowywałam, ludzie robiący sobie kawę rzucili na mnie szybkie spojrzenie, a potem czym prędzej wybiegli)

Uwielbiałam jednak ten hostel i zatrzymywałam się tam za każdym razem, ilekroć bowiem szło się stamtąd na Gołębią, przechodziło sie obok siedziby WLu, czyli słynnego Domu pod Globusem.

Ilekroć więc tamtędy przełaziłam, musiałam podejść do drzwi z kołatką i za tę kołatkę chwycić i potrząsnąć. Nie wiem, co to miało dawać, ale przynajmniej dwa razy w miesiącu oblegałam drzwi WLu, klupiąc, ile sił w rękach.

 

Później zmówiłam się z kolezanka z grupy i zaczełyśmy wynajmować mieszkanie na Kazimierzu; w każdym razie przestałam bywać na Długiej i klupanie ustało. Na jakiś czas.

Ilekroć bowiem przyjeżdżał do mnie w odwiedziny ktoś z innego miasta, albo spoza kraju, ilekroć temu komuś pokazywałam kraków (a zrobił się ze mnie samozwańczy dżiuseppe i po pewnym czasie specjalizowałam się w turystyce krakowskiej), ilekroć prowadziłam jakieś zbłakane obcojęzyczne dusze z dworca PKP pod hostel, o tyle zawsze wiodłam ich pod WL.

Oczywiście, miałam swoje preteksty. Spacerowało się Plantami i nagle mówiłam (robiąc taką wszechcwaną minę): a może by tak na Plac Matejki? really nice indeed. Oni się ochoczo zgadzali, ja wtedy przeczołgiwalam ich po placu, dawałam chwile na robienie zdjęć, sama zaś - z wystudiowaną miną kogoś, kto takie rzeczy widzi na co dzień, opierałam się niedbale o ścianę, żeby po chwili, powiedzieć niewinnie: let's go there.

I robiliśmy kółeczko mordercze, mordercze w kontekście generalnego remontu, jaki robią ostatnio na Dlugiej. Niby coś tam tam mówiłam, zabawiałam turystów wyssanymi z palca historiami o zmianach, jakim poddawana jest polska po wejściu do UE, wymyslałam na prędce wzruszające legendy, domyślałam się historii ulicy Długiej - w rzeczywistości jednak już byłam myślami daleko. Jak tylko przed oczami stawała mi kamienica pod globusem i natychmiast przestawalam myśleć logicznie, więcej: szłam w stronę WLu jak zebra w stronę sawanny, tuż przed WL zatrzymywalam się, mówiłam coś w rodzaju: oh, that's nice, let's take a photo - po czym, gdy nieświadoma turystka szukała odpowiedniego kąta, pod którym wyszło by dobre zdjęcie, ja rozglądałam się skrycie po bokach i uwieszałam się całym ciałem niemalże u drzwi WL.

Oczywiście, nie zawsze szło gładko.

Nie chcieli niekiedy, na przyklad, zachwycać się budynkiem, wyrywali w stronę plant i nic się nie dało zrobić; człowiek się musiał wtedy zadowolić ledwo muśnięciem masywnych WL-owskich drzwi.

Niekiedy zaś nie towarzysz był problemem i utrapieniem, a raczej ponurzy pracownicy WLu, którzy ucinali sobie pogawędki tuż pod drzwiami. Musiałam wtedy być zwinna, szybka i skuteczna: uderzałam od północy jak burza, jedną sekundę trwało dopadnięcie do drzwi, jedna sekundę złapanie za kołatkę i potrząsanie nią w amoku; ponurzy pracownicy WL milkli w jednym momencie, łapiąc moje rozognione spojrzenie, potargane włosy i wyszczerzone upiornie zęby.

Nic sobie z takiego odbioru przedstawienia nie robiłam. Uwieszałam się i trząsłam jak szalona, niepomna spadających cegieł i ptasich gniazd.

Klupałam kolatą, dobijałam się, trząsłam i - nim ktokolwiek otworzył, nim ktokolwiek zareagowal - odchodziłam, rzucając uprzednio ponurym pracownikom WLu niewinne i słodkie spojrzenie i wzruszałam ramionami aby dać znać, że nawet ja jestem zdziwiona tym swoim szaleństwem.

 

PS. Do ponurych pracowników WL-u: może to przeczytacie -> będę znowu w krakowie w sierpniu i nie wykluczam, że nie uda mi się oprzeć pokusie i przyjdę zaklupać sobie jeszcze raz, a porządnie, przed wyjazdem do barcelony.

Dokładnej daty nie znam jeszcze, ale na wszelki wypadek pozbierajcie już doniczki z parapetów.

piątek, 30 lipca 2010
demoniczni staruszkowie w kolejce do macdonalda

Znacie ten dowcip o facecie, co to w MacDonaldzie zamawiał big mac'a, duże frytki i do tego dietetyczną colę? Znacie? To posłuchajcie.

 

Stałam sobie dzisiaj w kolejce do McDonalda, ażeby kupić kawę.

Przede mną stała para Demonicznych Starców. Oboje ubrani na czarno, z beretami nisko zawieszonymi nad czołem.

Zamówili: dwa mac wrapy, 9 nuggetsów, dwa ciastka z owocami sezonowymi, dwa cheesburgery i dwa razy duże frytki do tego.

Demoniczny Starzec odszedł szukać miejsca przy stole, Demoniczna Starka pozostała na stanowisku przy kasie.

Widziałam na jej twarzy - mimo tego beretu niepokojąco opuszczonego na oczy - że duma bardzo intensywnie nad czymś, powiedziałabym nawet: walczy sama ze sobą i na razie boleśnie remisuje.

- A wie pani co? - pochyliła się w końcu poufnie do kasjerki - prosiłabym może jeszcze do tego jakiś lekki jogurcik.

 

A jednak ci ludzie istnieją, a jednak ziemia się kręci, a jednak umrzemy kiedyś, wszyscy. Taak.

16:29, nikaraguata
Link Komentarze (5) »

Cały dzień wczoraj byłam opiekunem domowego ogniska.

Zapytałam brata:

- Chcesz coś na obiad?

Odpowiedział: nie. zjem na mieście,  z M.

Pytałam go po trzykroć i on po trzykroć się zaparł. A kur jeszcze nie zdążył nawet zapiać.


Wieczorem wrócił do domu z reklamówką.

- Kupiłeś coś na wynos? - pytam, a on: nie, rodzice M. (jego dziewczyny) mi dali.

Zaglądam do reklamówki, a tam kanapki z kiełbasą, jagodzianki, bułki słodkie.

- Bardzo się wzruszyli - powiedział mi jeszcze.

Nosz.

Pojechał do M. i wyznał całej jej rodzinie wszem i wobec, że nie chciałam mu nic ugotować. Więcej: przedstawił się w roli naturalnej mojej ofiary, ofiary czystek i dotkliwego głodu.


Już widzę jak pochylony, z rękami skromnie złożonymi na podołku, siedzi u nich przy stole, M. i cała jej rodzina poruszona wysłuchuje historii o nieludzkiej bestii, która głodnych nie karmi, a nagich nie chce przyodziać; bestii, która - jestem pewna, tak mnie odmalował zapewne - leży w barłogu cale dnie z ledwo tlącym się petem w ustach, a jego dramatyczne sygnały: umieram z głodu, czuję, że mój żołądek zaczyna trawić sam siebie; wybucha obrzydliwym, demonicznym śmiechem i odpowiada (a głos ma starty z przepicia i od robienia karczemnych awantur niewinnym dzieciom, które wzbraniają się przed oddaniem wątroby) czekaj. daj mi fajke chociaż fypalyć.

Już widzę, kruca, tę scenę: wieczór, burza, brat zupełnie przemoczony i drżący (gdyż ofiary ucisku opuszczając dom w pośpiechu, zapominają zabrać czapkę) twarze rodziców M. i jej rodzeństwa, zbielałe z trwogi, wargi sine, drżące, matka zapewne przy kuchennym oknie, z chusteczką przy oczach, nie mogąca pogodzić się z ludzkim okrucieństwem, ojciec nie mniej poruszony, chociaż znoszący to po męsku, wargi zaciśnięte, potrząsa głową, jakby bezmiar bestialstwa wymykał się jego percepcji, M. załamana doszczętnie, łkająca z głową schowaną w matczynej spódnicy - i mój brat przy tym wszystkim, odwrócony tyłem, ze zniekształconym głosem, jak to zawsze robi drzyzga ewa, gdy przychodzą ludzie, którzy opowiadają o rzeczach tak okropnych, że nie chcą przy tym zdradzać tożsamości: fczoraj o dwunastej skończyło się poszycie w pobliskim lesie, o piętnastej czarnoziem, teraz już tylko piasek, aż nam chrzęści w gębach.


Cholera, nie wiem, czy jeszcze kiedykolwiek mi się uda zmienić ten wizerunek, dzisiaj jednak spało mi się w miarę dobrze i spokojnie - chyba poszli do kościoła, zapalić za mnie świeczkę u św. gertrudy, czy coś.

się śni

Siedzę gdzieś w barze z M.

Wchodzi C.

Zerka na mnie z niesmakiem, ale nie podchodzi, nie wita się, udaje, że mnie nie widzi.

To zachowanie niszczy mnie psychicznie, odstawiam filiżankę z kawą na bok, spodeczek podnoszę do twarzy jak chusteczkę i zaczynam w niego straszliwie płakać.

M. mówi: nie, płacz otwarcie, twarzą w twarz, ale nie w talerze!

 

 

Budzę się, udręczona tym, że już zupełnie zwariowałam i że C. to widział i jego zwycięstwo nade mną jest pełne i widoczne jak na dłoni.

 

Tagi: sen sennik
11:51, nikaraguata
Link Komentarze (2) »
środa, 28 lipca 2010
wino, wino, wino

Jak to jest, kruca główko, że tak trudno w Polsce w lokalu o dobre wino?

Ostatnio naszła mnie nagła i niepohamowana ochota na wino. Nigdy nie piję wina, zazwyczaj - jak to czynią barbarzyńcy - zamawiam piwo z sokiem. Tym razem nie dałam sobie nic powiedzieć, tylko chciałam  koniecznie czerwonego wina (upały? ciąża? alkoholizm?)

- Z czerwonych mamy %% i ** - powiedziała kelnerka.

- Półsłodkiego bym chciała - zadysponowałam. - %% jest półsłodkie?

- A, tego to ja przecież nie wiem - odparła kelnerka z wyrzutem.

Przytkało mnie, milczałam.

- I nie ma nikogo, kto wie? - zapytałam w końcu, żeby przerwać impas.

- No, proszę panią, my tutaj w pracy wina nie pijemy - powiedziała. - To co, ja mam iść i próbować wszystkie po kolei, żeby pani powiedzieć? Jest %% i **.

Ubawiło mnie to lekko, ale pani kelnerka nie podzielała humoru.

Cały obiad widziałam jak co jakiś czas jej łeb wychyla się znad lady, za nim zaraz wychylają się łby jej koleżanek i słyszać tylko szepty: a ona do mnie... a ja... a ona... PÓŁSŁODKIE.

Półsłodkie? - powtarzały tamte z niedowierzaniem i ich łby wychylały sie znad lady z większą jeszcze częstotliwością - naprawdę TAK powiedziała?

***

W pubie XY z kolei zamówiłam sobie wino domowe. Duży błąd, nie róbcie tego w domu. W pubach też nie. Wino domowe to zwykle łagodny sposób oznaczania sikacza najpodlejszego, być może nawet - ale piszę to ostrożnie, bo aż się wzdragam na samą myśl - Leśnego Dzbana. Wiedziałam to wszak. A jak nie wiedziałam, to przeczuwałam. Nie odwiodło mnie to od zamówienia, powiedziałam: chciałam dzisiaj pić wino, to będę piła wino.

Kobieta za barem nalała mi zdrowo, bez miarki, szerokim gestem. Kieliszek był tak pełny, że ledwo doniosłam do stolika. Skosztowałam: boski smak maślanki, sików oraz piwnicy. Może to nawet Leśny Dzban nie był, może było to legendarne Nasienie Szatana - nie wiem. Wiem, że kiedy odłożyłam kieliszek i wyszczerzyłam zęby, paszczę miałam jak hiena, która przed chwilą oderwała się od rozrywania trzewi znalezionego przed chwilą ścierwa. Zęby czerwone zupełnie, usta - w dużej części.

***

No a dzisiaj zrobiłam trzecie podejście - widziałyśmy się z M. ostatni raz przed moim wyjazdem - i znowu zamówiłam sobie wino. Ujęła mnie ulotka ze stolika, która zachwalała specjalnie jeden trunek, głosząc, ze "wino to dobrze czuje się w towarzystwie serów" i że - przyznam, po ostatnich doświadczeniach miało to znaczenie niebagatelne - "łatwo sie pije".

złe mi się śni

Śni mi się:

całą uczelnię sprowadzają do jednej sali, kinowej.

- Otworzymy tylko jedne wyjście ewakuacyjne i macie w spokoju opuścić budynek - mówi dziekan. - To ćwiczenia na wypadek love parade.

Ja jednak wiem, że to nie ćwiczenia, a zamach i siadam przezornie z samego brzegu, żeby szybciej się z sali wydostać.

Okazuje się, że przede mną siedzi chłopak, z którym nigdy w życiu nie rozmawiałam, a którego jedynie z widzenia kojarzę.

- Bądź czujna - mówi mi - na ostatnim piętrze podpalono już skrzypce i gitary. Ogień już niesie.

Tagi: sen
15:29, nikaraguata , sennik
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 27 lipca 2010
ludzie, których spotykasz wychodząc bez makijażu

Nie wiem, dlaczego tak jest, ale TAK JEST.

Ilekroć wychodzę z domu niepomalowana, z paskudną marchewkową farbą na włosach, w ubraniu, w którym - wiem to - wyglądam przygrubowo, tylekroć spotykam ludzi bardzo konkretnego rodzaju.

OBECNY OBIEKT WESTCHNIEŃ -> sąsiad z góry.

Napisałam: sąsiad, powinnam napisać: anioł. Raz go widziałam i tak mnie przytkało, że do dzisiaj milczę. Zamykałam właśnie drzwi, kiedy usłyszałam tupot na schodach i zszedł on: Brad Pitt, Simon Baker i chłopak, który mi się kiedyś przyśnił -w jednej osobie. Świat zwolnił, czas się zatrzymał.  Byłam tylko ja i piękno. Powiedzieliśmy sobie "cześć", po czym przeszedł obok mnie (owionął mnie wtedy cudowny zapach absolutnego szczęścia, radości i spokoju) i zniknął.

Od tego czasu czatowałam dzień w dzień przy drzwiach, żeby znowu, wychodząc, przypadkowo go napotkać. Przysunęłam sobie krzesło do drzwi i czekałam. Każdy tupot na schodach sprawiał, że serce mi omdlewało, natychmiast więc - odstawiona niczym podniecony klaun - wyłaziłam na klatkę i majstrowałam przy drzwiach, pilnując, by nie umrzeć z miłości, kiedy go zobaczę.

Oczywiście, wszystkie alarmy były fałszywe, napotykałam za każdym razem albo jego narzeczoną (okropna osoba, z pyska jej patrzy zło najczystsze; poza tym widzę po jej oczach, że go unieszczęśliwia), albo - co gorsza - faceta z psem. (od dawna mamy na pieńku).

Raz, raz jedyny wyleciałam niepomalowana zupełnie, rozczochrana jak troll, wyleciałam zakupić artykuł pierwszej potrzeby: papier toaletowy. Pomyślałam: przemknę. Pomyślałam: będę szybka. Pomyślałam: będe skuteczna, zdążę. I faktycznie, już, już byłam na klatce z powrotem, już szukałam klucza, już miałam otwierać drzwi, kiedy nagle usłyszałam tupot nóg i szelest anielskich skrzydeł i już wiedziałam, że tym razem mi się nie udało.

 

BYŁY OBECNY OBIEKT WESTCHNIEŃ

Zwłaszcza, jeśli miało się go nadzieję jeszcze spotkać, oczywiście: uprzednio się do tego dobrze przygotowując, ażeby obmierzły pachoł wiedział, co stracił. Miałam nadzieję - niską, bo i z niskich pobudek - spotkać go kiedyś w mieście, gdy będę olśniewająco piękna i wspaniała (wciąż żyję nadzieją, że mi się to przytrafi), że będę przechadzać się głowną arterią rozdając łaski na prawo i lewo jak królowa. I jego wzrok, pełen podziwu i skruchy, wzrok plującego sobie w brodę.

Niestety, dzisiaj, jak tylko wychyliłam wyjątkowo niewyjściowy łeb z domu, wiedziałam, że nie jest kwestią CZY go dzisiaj spotkam, lecz KIEDY i GDZIE.

I faktycznie, spotkałam. Z daleka, bo z daleka, ale jednak. I mimo odległości spokojnie mogłam zarejestrować spojrzenie pełne ulgi, jakie zwykle mają ludzie, którzy cudem uniknęli śmiertelnego niebezpieczeństwa.

 

Do tego dochodzi:

BYŁA BYŁEGO OBIEKTU WESTCHNIEŃ oraz OBECNA, oraz OBECNA OBECNEGO etc. Toż to prawdziwy tłum.

No i jeszcze te koleżanki, z którymi niby się lubimy, ale co do których nie chcemy, ażeby nas oglądały w stanie upadku. Nienawidzę tego specyficznego, kobiecego zachowania:

"och, nie jest wcale źle" przy jednoczesnym spojrzeniu pełnym współczucia pomieszanego z grozą pod tytułem: gdyby mnie się coś takiego stało, zabiłabym się.

Tagi: ludzie
14:42, nikaraguata
Link Komentarze (6) »
hair wars: nowa nadzieja

Wstałam rano wściekła. Śniło mi się coś i to coś mnie wyprowadziło z równowagi na tyle skutecznie, że snu już dawno nie pamiętałam, a wściekła nadal byłam.

Krokiem opornym poszłam do łazienki, spojrzałam sobie w oczy i zastygłam.

Tak. Włosy miałam marchewkowe. Nie gruntownie marchewkowe, nie globalnie, nie całościowo, ale jednak, pasmami dotkliwie marchewkowe.

No to jeszcze raz. All right then, cała na przód. Nie pomna spóźnienia farbuję je raz jeszcze, farbuję na tyle tylko, żeby przejść bez wstydu ulicą, nie przemykać za agrestem.

Suszę ręcznikiem, Mama wzięła suszarkę. Jedyną, ostatnią suszareczkę, co to ją w domu miałyśmy. Wprawdzie mieli mieć własną w pokoju, Ojciec nawet sprawdzał specjalnie w internecie, było napisane: tak, mamy suszarki.

Ale nie wierzy Mama ludziom i bierze suszarkę.

Brat nade mną stoi i drze mordę, ja w panice wycieram włosy ręcznikiem, marchew, marchew, marchew tym dotkliwsza, że przetykana bielą utlenionych na piszczący blond włosów. No i musiałam się poddać. Jutro, pojutrze idę do fryzjera i powiem: proszę pani, oto co mnie spotkało, co mi zrobiono na głowie. (nigdy, rzecz jasna, nie biorę winy na siebie, zawsze zwalam na niedouczoną fryzjerkę, która na mojej głowie miała poligon doświadczalny. i brzydzę się tym kłamstwem i wkurza mnie ton fryzjerki, która patrzy na mnie, jakbym się lubowała w niszczeniu włosów, jakbym taki dokładnie miała zamiar: zniszczyć, zepsuć, nie przyznać się i żądać zmiany.)

Pojechaliśmy do Citibanku. Pól miasta drobnymi kroczkami - deszczyk oczywiście (zawsze pada, jak włosy podprostuje, nie wiem dlaczego, ale tak już jest.) W citybanku kasjerka wytłumaczyła mi wyrozumiale, że "tak, ale konto walutowe tylko 2 kilometry stad, za cepelią".

Zniosłam to. Zniosłam, choć już mi przyszło do głowy, że oto wymarzony dzień na niespodziewaną śmierć. Takie dni, w których wszystko, wszyscy cię wkurzają, w których wszystko idzie nie tak to są dni, w których najmniej by było szkoda umierać. (Nie mówię, że nie szkoda, zawsze szkoda, o, i to jaka szkoda - ale są takie dni, że ta szkoda byłaby odrobinę, ciupkę, ciupinkę mniejsza.)

Ale nic to, nic to. Idziemy do drugiego oddziału. Kolejka. Czekam w kolejce, dopadam do okienka, pan mnie informuje, że oni już takiego i takiego konta nie prowadzą. No ale jak to, jak to - pytam, bo Ojciec jeszcze niedawno się u nich informował i wszystko jeszcze było po staremu. No, było, ale teraz nie jest.

Idę do innego banku. Kolejka. Maszyna wydająca numerki bez oznaczenia (starło się, biedne) do której kasy. Wciskam na chybił trafił, szykując się już w duchu, że jak tylko do kasy dotrę, doczłapię, to uprzejma krowa w żabocie poinformuje mnie, że to jednak przy stanowiskach C.

Czekam i wymyślam w duchu warianty zachowań wobec tej krowy. Wynajduję odpowiedzi, które ją zgnębią, przygotowuję riposty, które pozostawią ją bezradną. jeszcze bowiem nie wiem, co się stanie, ale już jej w duchu nienawidzę; nienawidzę już w duchu wszystkich bankowców, wszystkich studentów ekonomii, wszystkich, którzy tego dnia płacą ciężko zarobione pieniądze.

Wiecie, jak się wstanie lewą nogą rano, to byle gówno urasta do wielkości - no tak - prawdziwego gówna. Tragedii życiowej. Wiecie jak to jest. No, a jak nie wiecie, toście szczęśliwi.

Ale - ale - uprzejma krowa w żabocie okazuje się być przemiłą panią, wszystko trwa 10 minut, żegnamy się niemal ze łzami, życząc sobie dobrego dnia. Potem kupuję nową farbę do włosów i w moje serce znowu wstępuje nadzieja.

 

poniedziałek, 26 lipca 2010
przemyślenia widza MTV :P

Miałam nie pisać, ale napiszę.

Zmarnowałam dzisiaj dzień na kanapie przed telewizorem. Nadrabiałam zaległości na TVN Style, rzuciłam okiem na The Simpsons i na Monka i włączyłam sobie - podszept szatański mi to podsunął chyba - MTV.

O, znało się MTV jeszcze z czasów LO. Ilekroć byłam dostatecznie chora, żeby nie chodzić do szkoły (co, niestety, w LO zdarzało mi się tak rzadko, że aż do wypadku samochodowego byłam przekonana, że jestem nieśmiertelna i nie posiadam wewnątrz flaków ani krwi, jak reszta plebsu, a jedynie szczerą duszę), a jednocześnie dość zdrowa, żeby nie umierać z gorączki, wtedy schodziłam na dół, na kanapę i oglądałam MTV. Jak leciało, wszystko.

Date My Mom, Pimp My Ride, My sweet Sixteen.

Wiedziałam, że MTV to niska półka. Żenowało mnie to, ale oczu nie mogłam oderwać: jest coś chyba przyjemnego nawet w takiej żenadzie totalnej: człowiek zawsze czuje się nieco połechtany, że, no tak, jest jaki jest, mógłby być lepszy, ale - ale - nawet on by się do czegoś takiego nie posunął.

Dzisiaj wysiadłam zupełnie.

 

Włączam, akurat puszczali Szał Ciał. Już sama koncepcja wydawała się być zbyt niewiarygodna:

5 dziewcząt - ich ciała konkretnie - jest ocenianych przez 3 mężczyzn obserwujących je na ekranie telewizora w pomieszczeniu obok. Dziewczyny muszą się ustawić w takiej kolejności, w jakiej - jak sądzą - ustawią je mężczyźni -> od najbardziej atrakcyjnej do najmniej. Za każdą poprawnie ustawioną dziewczynę zawodniczki wygrywają wspólnie 500 dolców.

Ludzie święci, Matko Bosko, ja cię kręcę!

Prowadząca na początek przedstawiła wszystkie uczestniczki, a jej teksty i dowcipy zaiste były mocarne. (Mam nadzieję, że sama je wymyślała, bo jeżeli jest tam ktoś od lotnych dowcipów, to autorytarnie stwierdzam, że amerykańskie społeczeństwo chyli się ku upadkowi. tak)

UWAGA: wszystkie poniższe teksty są autentyczne. Od siebie nie dodałam nic. I właśnie dlatego to jest taki dramat.

"No, Anastazja, jest kelerką, ale jej marzeniem jest tańczenie na rurze. Anastazjo, podobno kiedyś wygłupilaś się przed chłopakiem?" Anastazja: "tak, chciałam zrobić na nim wrażenie i puściłam bąka".

"No dobrze, przechodzimy do Jesse, Jesse jest króliczkiem Playboya, w każdym razie sama tak o sobie mówi. To prawda Jessy, twoje zdjęcia pojawiły się w Playboyu?" Jesse: nie, na razie dopiero w internecie, ale wszyscy w komentarzach piszą, że jestem króliczkiem PLBOYA"

"A teraz Sophie, sama o sobie mówi, że jest kotem. Co to oznacza, Sophie?

Sophie: że jestem kocicą, tak się czuję.

Prowadząca: to tak jak moja siostra, tylko że ona nie jest kocicą dlatego, że jest elegancka, tylko dlatego, że umie polizać się po tyłku"

Potem przyszedł czas na rozgrywkę właściwą: najpierw oceniali facjaty dziewcząt (Jesse z PLBOYA miała facjatę najbrzydszą, więc panny ustawiły ją na sam koniec, czego Jesse nie mogła znieść, bo "sypia z lekarzami, a jej zdjęcia są w internecie, nie znacie się"; w drugiej odsłonie rywalizowały - jak to określiła prowadząca - ich tyłeczki, a w ostatniej całokształty.

Oczom nie wierzyłam.

 

 

Potem zaraz było CO TY NA TO TATO, czy jakoś tak, w każdym razie scenariusz za każdym razem ten sam: rodzice nie zgadzają się na partnera swojego dziecka, szukają mu kogoś innego, umawiając z dwiema dziewczynami.

W tym odcinku dziewczyna syna była przedstawiona wyjątkowo brutalnie:

GŁOS NARRATORA: "rodzice Paula uważają, że Tessa jest obrzydliwa, je rękami, beka, (tu malownicza przebitka na Tessę, której kurczak z mordy wypada), a w dodatku śmierdzą jej nogi (tu malownicza przebitka na Tessę zdejmującą kozaczki, podtykającą sobie stopę pod nos i obgryzającą paznokcie)".

Rodzice zrobili więc casting na wymarzoną kandydatkę i oto najlepsze teksty:

"moje mocne strony? bekanie"

"jestem osobą szczerą i otwartą, jeżeli przyjdzie mi ochota, żeby puścić przy tobie bąka, zrobię to"

"co mogę zaoferować państwa synowi? to, że będzie miał ze mną pełne ręce roboty" -> wskazuje na wielgachne piersi.

"najbardziej podobała nam się Alison, ma klasę, styl, jest zabawna"

ALISON (dowiadując się, że odpadła) - i tak cię miałam dość, palancie, śmierdzi ci z gęby i nosisz głupią czapkę.

 

 

Kuźwa, co to jest???

cele i podsumowania

A kim był Tadek?

Tadek był w moim LO wyższą szarżą d/s sportu oraz BHP. I ja i M. miałyśmy utrzymywałyśmy z nim całą szkołę bardzo ciepłe kontakty (a czasami, zwłaszcza gdy Boja pytała z poezji barokowej Szymona Szymona Szymonowica z Szymonowic, kontakty z Tadkiem parzyły wręcz żarliwością).

Całe LO uprawiałam bowiem - ze strachu, a z czego by innego? -  politykę tchórzostwa, serwilizmu i szczwaniactwa i ta polityka właśnie nierzadko popychała mnie do współpracy z wrogiem. Za zwolnienie z chemii z okazji turnieju ping-pongowego, przymykałam oko na smród nieludzki, w którym na co dzień Tadek się wręcz pławił, (a poziom bałaganu u Tadeusza był zatrważający: ja go jeszcze w miarę znosiłam, bo sama mam wewnętrzne predyspozycje bałaganiarza, ale moją Matkę - o Babci nie wspominam - powaliłby w pierwszej chwili: zajrzało się do pucharu, znalazło się brudną skarpetę, otworzyło się szafę na dokumenty, a trzeba się było bronić przed wypadającymi na głowę zacuchniętymi dresami i mokrymi majciochami pływackimi), Tadek z kolei przymykał oko na to, że trzymam paletkę jak patelnię i bez opamiętywania ścinam po rogach w sposób chamski i bezwstydny; za zwolnienie z polskiego gotowa byłam sprawdzać całą godzinę zagrożenie lawinowe w mieście Częstochowa, a za krycie na matematyce (do dziś wspomnienie tego smsa od A. wytrąca mnie ze snu w środku nocy: WIDZIAŁ WAS, WIDZIAŁ JAK WYŁAZICIE PRZEZ PATIO) kilka godzin słuchałam o ćwiczeniach rozciągających, które Tadek wykonywał co rano, uwieszając się pod drzewem.

Tadek zaś, spojrzawszy moje puste oczy, obaczywszy moją twarz bez wyrazu, zdecydował się uczynić ze mnie działacza sportowego w najsłabszym razie, na miarę Grzesia Laty. Każde spotkanie zaczynało się od podania celów, kończyło zaś na tzw. podsumowaniach.

Cele były proste: założyć konto e-mail dla Tadka, potem zaś je regularnie sprawdzać - kontrolować zagrożenie lawinowe, redagować ogłoszenia, a także czytać informacje zamieszczone na stronie urzędu miasta (którą to Tadek polecił mi wyszukać przez google, zawężając uprzednio wposzukiwania poprzez wpisanie w wyszukiwarce hasła "strona internetowa").

Podsumowania zaś określały to, co zdołaliśmy robić ("a więc tak: sprawdziliśmy pocztę, sprawdziliśmy zagrożenie lawinowe... z każdą chwilą stajemy się coraz lepszymi ludźmi i działaczami")

W żargonie "robienie Tadka" było więc wygłupianiem się, ale wygłupianiem ryzykownym, na krawędzi niemalże; zaś "bycie Tadkiem" oznaczało już upadek całkowity i to taki, z którego - to najgorsze - człowiek w ogóle sobie nie zdaje sprawy.

Tagi: tadek
10:30, nikaraguata
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3