niedziela, 27 czerwca 2010
jak pozbyć się kretów z ogrodu i nie kupić pierdafonu

Od tygodnia niepokoję swoim zachowaniem Biuro Obsługi Klienta, wyczuli bowiem psim swędem, że od 8 lat nie zmieniłam nie tylko numeru telefonu, ale także taryfy, więcej: nigdy nie skorzystałam z ich cholernych promocji, którymi zarzucają mnie każdego dnia i nigdy nie wysłałam nawet jednego, smętnego smsa z żądaniem, aby przysłali mi jeden z tych odjazdowych pierdofonów, które tak zachwalali w licznych wiadomościach. Pomyśleli zapewne więc, że coś ze mną nie tak i że skoro od 8 lat pozwalam im się bezrefleksyjnie wykorzystywać, muszę mieć coś z głową, a jako upośledzona, rzecz to znana w branży, staję się łatwym celem manipulacji.

Najpierw więc zaczęli niepokoić mnie oni. Zadzwonili raz, wyświetlił mi się ich numer, nie odebrałam. Zadzwonili drugi raz, bez skutku, potem trzeci i czwarty. I tak co jakiś czas, raz na kilka dni.

- Dlaczego nie odbierasz? - zapytał moj brat, kiedy wpadł do mnie po drodze na uczelnie.

- To XX - odparłam - chcę ich zaniepokoić. Chcę, żeby myśleli, że coś mi się stało i wychodzili z siebie, żeby tylko usłyszeć mój czysty, jasny, dźwięczny głos, który powie im, że mam się dobrze i że żyję.

Więc nie odbierałam dalej. Oczywiście, dzięki wysokiej klasy aparaturom i swemu psiemu węchowi wyczaili, że z numeru mojego cały czas wysylane są smsy i prowadzone rozmowy na różne ciekawe tematy (ciekawe, czy podsłuchują mnie też), wiec ilekroć odkładam telefon po wysłaniu wiadomości, albo zakończeniu rozmowy z kimś, natychmiast rozlega się ten słodki, świeży dźwięk wibracji - oto dzwonią, zwarci i gotowi do namawiania mnie do wyslania darmowego smsa o treści PIERDAFON, dzięki któremu dostarczę, oczywiście, wiele radości i pogodnych dni moim bliskim i znajomym.

Nie odbieram, nie chce pierdafonu, nie chcę nawet o tym rozmawiać. Ani o jego zaletach, ani wadach, ani o aktualizacjach. Bo jak człowiek raz, dla świętego spokoju, zgodzi się na pierdafon, natychmiast musi się zmierzyć z jego kolejnymi aktualizacjami, na które też godzi się dla świętego spokoju. W

Wiem, że muszą do mnie się chociaż dodzwonić, żeby ich szef, zapewne grupy, wąsaty facet w prochowcu i z teczką (widziałam wczoraj takiego na peronie i widok jego zadowolonej, obmierzłej twarzy napełnił mnie jednak pewną taką nienawiścia, jako że on wtoczył się z godnością i powoli na peron, korzystając (słusznie) z opóźnienia pociągu, ja natomiast stałam już na nim (na peronie) od dobrych 20 minut - a tak, gdyż lubię przyjść sobie te pięć minut wcześniej na dworzec, żeby odstawić sobie na chwilę walizkę i podciągnąć spodnie) - cała w dodatku ociekając potem i przeklinając się w duchu (a jeszcze mocniej i dotkliwiej przeklinając cholerne PKP, ale o tym napiszę chyba kiedy indziej) - no dobra, w każdym razie (no tak, o czym to ja...) ich szef zapewne zaliczył im dniówkę, czy premię, czy cokolwiek. Więc pewnie tak do mnie dzwonić będą, aż któreś z nas nie zdechnie. A ja nie, twarda jestem. Nie odbieram. Niech się niepokoją, niech myślą, że o nich źle myślę, że ich nienawidzę. Niech się przejmują, niech krwawią ich małe serca, niech siedzą porzuceni jak szmaciane zabawki w cieniu piętrzących się, niesprzedanych pierdafonów (ich uosobień, jakiekolwiek są).

Nie, nie chcę pierdafonu, ani jego pochodnych.