piątek, 17 grudnia 2010
caga tió

A tak, postanowiłam zmienić szablon na szablon świąteczny, taki, na ktorym wreszcie śnieg zobaczę. (Wiem, że wy śniegu macie po dziurki w nosie, w sensie metaforycznym i dosłownym, ale przy wyborze - wybaczcie - tylko swoimi pragnieniami się kierowałam.)

Wczoraj wybrałyśmy się na targ świąteczny przy Sagradzie Familii, Maria bowiem potrzebowała zakupić nowych trzech króli do swej szopki (poprzednich bowiem zeżarła, z czekolady byli), ja zaś chciałam zobaczyć jak taki targ wygląda.

Sympatycznie było, nie powiem, chociaż kultura katalońska nigdy nie przestanie mnie chyba zadziwiać.

Gdyż: w Hiszpanii, jak wiecie albo i nie, głównymi sprawcami obdarowania świątecznego są trzej królowie. Nie żadne tam, kuźwa, dzieciątko, Jezusek, gwiazdka, Mikołaj, czy - nie daj Boże- Gwiazdorek. Nie, tylko trzej królowie. No, oczywiście, 24 grudnia przychodzi tutaj Papa Noel, jest to jednak fajfus dość skąpy, bo przynosi tylko jakieś ciastka i słodycze. Konkret w postaci zabawek, książek, gier i pianin przynoszą Trzej Króle 6 stycznia.

(Teraz, jak się dowiedziałam, ta tradycja jest trochę zmieniana: pragmatyczni Hiszpanie pomyśleli sobie: lepiej zabawkę dać 24 grudnia, a słodycze 6ego, 24ego bowiem obdarowane dziecie ma szansę jeszcze nacieszyć się nabytkiem, a rodzice mają szanse wytchnąć w spokoju - 6ego stycznia ferie świąteczne się kończą i jest mniej czasu na nacieszenie się prezentem.)

W Katalonii jest jeszcze trochę inaczej niż w całej Hiszpanii. Wczoraj bowiem dowiedziałam się o istnieniu Caga Tio.

Tzn, o tym, że istnieje, wiedzialam wczesniej, juz kilka razy bowiem mijałam stragany świąteczne, na których sprzedawano wgapiające sie namolnie pieńki drzewa, ingorowałam jednak natrętów, odwracając głowę w drugą stronę.

Caga Tió, co znaczy mniej więcej: srajże wujku - albo, "srajże, stary" (tłumaczenie na własny użytek). Otóż 8 grudnia w każdym katalońskim domu pojawia się mały, uśmiechnięty pniak drzewa w czapce. Pniak ten z jednej strony ma nóżki i wymalowaną, uśmiechniętą mordkę, z drugiej zaś strony wydrążony otwór. Od 8 grudnia do Wigilii dzieci muszą troszczyć się o Caga Tió: przykrywac go kocykiem, żeby nie było mu zimno, przynosić pod nos mandarynki i słodycze, żeby nie umarł z głodu - a gdy się nim dobrze zaopiekują, Caga Tió stanie się magicznym pniaczkiem i w Wigilię rozpocznie się uroczyste Sranie, w którym uczestniczy cała rodzina, przyśpiewując kolędy (jednym słowem, nie ma lekko ten pniak) - gdy zaś jest już po wszystkim, gdy dzieci podniosą kocyk, pod którym leżał Caga Tió, okaże się, że Wuj nawalił sporą kupę w postaci prezentów.

(A wyście narzekali, że jak Mikołaj przez komin się wciska, to niehignieniczne).

http://www.polacos.webs.com/images/cagatio.jpg

I jeszcze tu:

Caga Tió

 

o kursie komunikacji z aniolami, czesc II

A więc na miesiąc cały nasz salon zmienił się w centrum dowodzenia świata. Maria przestała myśleć o szukaniu nowego lokatora do trzeciego pokoju, przestała zajmować się swoją pracą doktorancką, porzuciła nawet - co wydaje się być niemożliwe - jogę i medytacje.

Anioły zajęły ją w zupełności.

Każdego ranka zasiadała przy stole w salonie, po prawicy miała dużego laptopa, po lewicy miała małego laptopa, przed sobą pieczołowicie zbierane przez całe życie notatki dotyczące anielskich łask.

Pochylała się.

Czasem, z rzadka to było, podnosiła głowę i prosiła mnie o coś - najczęściej o przetłumaczenie z angielskiego jakieś bzdury, którą znalazła na starej kartce urodzinowej z wizerunkiem anioła w środku. Pomagałam jej też formatować ulotki informujące o kursie komunikacji z aniołami, albowiem, mimo wielu łask, których Maria od aniołow doświadczała bez przerwy, łaska znajomości Worda nie była jej dana.

Tak trwałyśmy pól listopada i niemal połowę grudnia. Z biegiem czasu plany Marii stawały się śmielsze i szerzej zakrojone; już nie samej komunikacji z aniołami chciała uczyć, a zakładać wydawnictwo związane z siłami anielskimi, już nie same anielskie myśli i motta mi wysyłała na skrzynkę mailową, ale nawet któregoś dnia pojawiła się przed drzwiami mojego pokoju z podejrzanym workiem.

- Czy jesteś sama? - zapytała podejrzliwie, jakbym zwykle we wtorki przyjmowała cygańskie kapele i harcerski szczep Oscypków Nowosolskich.- Zobacz, Weronika, co sprowadziłam - rozwarła tedy worek i ciemny korytarz rozjaśnił się od srebrnej poświaty. - Marokańskie srebro! To dla uczestników mojego kursu komunikacji z aniołami.

- Co to? - zapytałam, zajrzałam do worka i zobaczyłam różnego rodzaju zawieszki, kule i kolczyki.

- To dzwonki do wzywania aniołow - wyjaśniła mi Maria z powagą. Wyciągnęła jedną srebrną kulę, wstrząsnęła nią i rozległ się cichy dźwięk dzwonka. Anioł jednak nie nadleciał. Maria niezrażona zupełnie ciągnęła dalej - Można sobie powiesić na szyi i kiedy tylko zechcesz, potrzasasz i wzywasz do pomocy anioła.

Informacja ta zrobiła na mnie pewne wrażenie.

- Przemyślne urządzenie - przyznałam.

- Posłuchaj, ja teraz wychodzę - powiedziala Maria - ale niedługo wrócę, a na ten czas zostawię ci ten worek, poprzeglądaj, może cktóryś ci się szczególnie spodoba, to go kupisz. Specjalnie dla ciebie po niskiej, promocyjnej cenie 70 euro.

Milczałam, poruszona.

- Ja - zaczęłam z wahaniem - takich rzeczy na razie nie potrzebuję, bo pieniędzy nie mam, święta - wytłumaczyłam - ale moja mama, z pewnością, będzie zainteresowana. Nie raz i nie dwa wspominała mi o ...

- W takim razie koniecznie przekaż swojej mamie - powiedziała Maria, wciskając mi worek do ręki i wkładając buty. - Że są takie dzwonki, że można je nabyć.

- Z pewnością powiem - odrzekłam.

I poszła sobie, ja zaś zostalam na progu pokoju, z workiem w jednej ręce i z twarzą ukrytą w drugiej.

***

W zeszłą sobotę wróciłam do domu dość późno, bo miałam wycieczkę do Porto - o której to wycieczce jeszcze pewnie niedługo napiszę, więc stay tune - i zastałam Marię w salonie, w jej zwykłym centrum dowodzenia światem.

Tym razem siedziała jednak przygarbiona, z pochylonym czółkiem. Zrozumiałam od razu - oto małam przed sobą człowieka przegranego.

- Jak kurs? - zapytałam.

- Och, Weronika - zawołała Maria. - Co za smutek! Nie zapisał się nikt, wyobrażasz to sobie! Musieliśmy wszystko odwołać!

- Nie może być - powiedziałam obłudnie.

- A jednak - odparła Maria i zaraz dwa chłodne sztylety błysnęły jej w oczkach. - Winię twoje ulotki, nie wszystie dało sie obciąć, żeby było równo, więc część informacji mogła po prostu zostać odcięta.

Skulilam się na te słowa.

- Nie mniej jednak - odezywala się Maria - postanowilam przelozyc kurs na początek stycznia. Wielu ludzi nie ma teraz czasu przed swietami, rozumiesz, zajmują się sprawami materialnymi. Początek roku jednak sprzyja przemysleniom, chęci, wiesz sama, oczyszczenia się.

- Tak - powiedzialam.

I na tym stanęło: przegrałyśmy potyczkę, ale nie przegrałyśmy wojny.