poniedziałek, 22 listopada 2010
o tym gdzie się tutaj idzie po śmierci

Umówiłyśmy się z Marią - znowu! - na niedzielne, wieczorne wyjście.

Jeszcze rano jednak powiedziała mi sprytnie:

- Ale wiesz, Weronika, zmarł mąż mojej koleżanki, możemy wcześniej wejść na chwilę złożyć kondolencje? To akurat nam będzie po drodze.

I ja, cipa głupia, myślę sobie: a niech tam. Niechże. Kobita mieszka akurat niedaleko, wejdzie się, Maria złoży te kondolencje, ja poczekam (bo jakoś mi tak głupio było, obcym będąc do nieswoich włazić), załatwi i pójdziemy.

I jeszcze łzę otarłam poruszona trwałością więzi międzyludzkich tutaj, w Hiszpanii. Oto, myślałam wzruszona, kiedy umiera mąż koleżanki, którą się kilka razy widziało na ćwiczeniach jogi, idzie się złożyć kondolencje.

Wieczorem wyruszyłyśmy, Maria - jeszcze przed wyjściem z domu - zadzwoniła do innej znajomej, żeby się dowiedzieć, gdzie tamta mieszka.

Ach tak, mówiła, przystanek metra Marina.

I poszłyśmy w mrok.

Ja się krygowałam, bo Maria koniecznie mnie chciała ze wszystkimi poznać, na próżno ją upominałam w metrze, że w Polsce jest to ogólnie źle widziane, kiedy obcy ludzie przychodzą do rodziny pogrązonej w żałobie, wszak trzeba spokoju etc.

- To są Andaluzyjczycy - objaśniła mi Maria. Po twarzy poznała, że nie zrozumiałam. - No wiesz, oni są bardzo towarzyscy, lubią się ściskać, przytulać. Anitka na pewno się ucieszy, że przyjdziesz. Uwielbia ludzi. Zobaczysz - dodała Maria - będzie fajnie.

I dalej szłyśmy w mrok, coraz głębiej.

- Ja lepiej poczekam na zewnątrz - powiedziałam, na co Maria ze złościła się:

- Chyba jesteś nienormalna, sama wiesz, jak jest zimno. Nie ma mowy, wchodzimy do środka, poczekasz najwyżej tam, gdzie inni będą siedzieć.

- W przedpokoju na przykład? - powiedziałam, na co Maria odparła:

- Nie.

Wtedy wzbiły się we mnie całe pokłady wątpliwości.

- Ale idziemy do niej do mieszkania, prawda? - zapytałam. Trzeba wam bowiem wiedzieć, że panicznie boję się widoku zmarłych. (Wiem, że was to nie zaskakuje, ale i tak podkreślę.) Ponieważ mąż Anitki zmarł w szpitalu, wydało mi się oczywiste, że ciało będzie przetrzymywane w kostnicy aż do pogrzebu, a my po prostu pójdziemy do mieszkania, gdzie żałobnicy - tj rodzina - będą się przygotowywać do jutrzejszej ceremonii. Tak myślałam, bo Maria mnie całe popołudnie nie wyprowadzała z błędu, tak myślałam, bo takie miałam doświadczenia. Poza tym, myślałam, to jest Hiszpania, tutaj już chyba nie trzyma się zmarłych w domach do czasu pogrzebów?

- Odbiło ci? - spytała Maria. - Do mieszkania? To w Polsce ciągle trzyma się zmarłych w mieszkaniach?

Zacukałam się i wtem zauważyłam, że wszystkie sklepy, które zaczynamy mijać, mają na wystawach wyeksponowane urny albo tablice nagrobne. Wtedy zrozumiałam.

Zagłębiając się w zmrok, szłyśmy do kostnicy.

Drobiłam za Marią, tłumacząc, że nie, że chyba nie jestem gotowa, to znaczy, oczywiście, pójdę z nią, ale poczekam może na zewnątrz, bo ja ogólnie nie przepadam za taką atmosferą.

Maria zdziwiła się bardzo.

- Nie przejmuj się, nie będziesz musiała nic mówić, skłamiemy, że nie mówisz w ogole po hiszpańsku - powiedziała.

Przystanęłyśmy, podniosłam wzrok i oczom moim ukazał się oślepiający neon: DOM POGRZEBOWY.

- Poczekam - wyszeptałam pobladłam. - Na zewnątrz poczekam.

- Jak chcesz  - powiedziała Maria. - Ale jakbyś nabrała ochoty (ochoty, tak powiedziała) to przyjdź.

I poszła, ja zostałam sama.

Nie minęło 5 sekund, a po lewej stronie od mojego ucha pojawił się DIABEŁ.

- No co ci szkodzi, wejdź - powiedział - czyś ty kiedy była w środku hiszpańskiego domu pogrzebowego?

Czekałam aż po prawej stronie od mojego ucha pojawi się ANIOŁ i mi to wyperswaduje, on jednak spóźniał się.

- Czy ty kiedyś będziesz mieć jeszcze okazję, żeby zobaczyć jak to wygląda? - zapytał DIABEŁ znowu.

Przyznałam mu rację i weszłam.

Znalazłam się w wielkim pomieszczeniu przypominającym hol hotelu. Na wprost znajdowała się recepcja i punkt informacyjny, tuż obok powieszony był wielki plazmowy ekran, na którym wyświetlono nazwiska wszystkich zmarłych przebywających na terenie kostnicy, wraz ze wskazaniem w której sali obecnie spoczywają i o której godzinie będzie miała miejsce msza żałobna.

Tuż przy recepcji znajdowała się mała księgarenka, gdzie można było kupić książki pt. Jak żyć po stracie czy Takie jest życie - dlaczego umieramy, podręcznik dla dzieci.

Postanowiłam zostać w holu i poczekać na Marię, przez 5 minut ze skupieniem zajęłam się więc studiowaniem ulotek (Wybierz samochód na swą ostatnią podróż), diabeł ciekawości prędko jednak dał o sobie znać.

- Czyś ty kiedyś widziała jak wyglądają takie salki? - zapytał. Otóż nie, nigdy w zyciu nie widziałam takiego domu pogrzebowego i kusiło mnie zobaczyć coś jeszcze.

Udając więc żałobnika, zeszłam po schodach w dół, na kondygnację B, gdzie mieściły się kaplice od numeru 13 do 20. (Należy dodać, że udawanie żalobnika wychodziło mi wybitnie kiepsko, ubrana bowiem byłam w błękitny płaszczyk, który był parszywym kamuflażem, bo rzucałam się od razu w oczy pomiędzy tylu ludzi ubranych na czarno.)

Zeszłam na dół i poczułam się jak w teatrze: cała kondygnacja, ogromny hol, wypełniona była elegancko ubranymi, rozgadanymi ludźmi. Ktoś płakał, ktoś się śmiał, dzieci bawiły się w ganianego, wszyscy ze sobą rozmawiali. Pod ścianą, na wielkim drewnianym biurku ułożono obok siebie sześć czy siedem identycznych ksiąg kondolencyjnych, nad każdą księgą wyświetlano imię i nazwisko zmarłego.

Hol na kondygnacji wyglądał dokładnie tak, jak wygląda hol hotelu: pluszowe kanapy, stoły, wzdłuż korytarza kilka drzwi. Każda rodzina miała do dyspozycji dwa pomieszczenia (niby jako takie pokoje hotelowe), oba wielkości przeciętnej sypialni - w jednym znajdowała się szklana gablota, w której była umieszczona otwarta trumna - w drugim pomieszczeniu poustawiono fotele, kanapy i stoliki, żeby można było rozmawiać.

Cały dom pogrzebowy skladal się więc z około 20 sal, tzn, w jednej chwili organizowane były veloria dla co najmniej 20 rodzin; ścisk był więc niemożebny.

Jedna kondygnacja była już nieco pustawa, zmarli zostali pozstawieni samym sobie (zresztą, czyż nie zawsze są?), rodziny zaczynały się rozjeżdżać. Wtem zauważyłam na końcu korytarza restaurację. Wydało mi się to tak absurdalne, że zaczęłam iść w tamtym kierunku, korytarz był pusty zupełnie, ale drzwi do kaplic zostawiono pouchylane; szłam więc oto w stronę restauracji myśląc o tym, żeby w bok nie patrzeć - i oczywiście, patrzyłam: mijałam kolejne drzwi i w kolejnych drzwiach widziałam wieńce i otwarte trumny, ciemne, błyszczące buty nieboszczyków i fragmenty atłasowej powłoczki.

Dotarłam do restauracji, stanęłam z nosem przy przeszklonych drzwiac widziałam rozbawione towarzystwo pijące piwo i wyjadające tapas: panowała taka sama atmosfera, jaka panuje w niedziele wieczorem w każdym innym barze w Hiszpanii.

Cały ten spacer wydał mi się nie z tego świata. Czy tak - zastanawiałam się - łatwiej byłoby to znieść? Pomyślałam o mojej pierwszej wizycie w domu pogrzebowym; po śmierci dziadka. wszystko było przerażające, uroczyste, podniosłe, dramatyczne - w zasadzie dla 10 letniego dziecka (tyle wtedy miałam lat) traumatyczne przeżycie. Tutaj panowała atmosfera jak w czasie przerwy w teatrze. Kiedy w holu zauważyłam zapłakaną kobietę, w pierwszym odruchu zdziwiłam się: no jak to, czemu płacze? Dopiero potem sobie przypomniałam, że jestem w domu pogrzebowym.

 

czwartek, 18 listopada 2010
Poszlam do kina. Dawno się tak nie uśmiałam.

A nie była to komedia.

Wybrałyśmy się z Marią na Jedz, módl się, kochaj. Podejrzewałam, szczerze mówiąc, że wbrew temu, na co miała nadzieję Maria, nie przeżyjemy dogłębnej przemiany wewnętrznej w trakcie seansu, ale myślałam sobie, że może nie będzie to kaszana nad kaszanami.

A była.

Dawno mnie już żaden film tak nie zażenował. Zdradzę tu fabułę, żeby Was czasami nie pokusiło do kina iść na to.

Otóż, film zaczyna się... w zasadzie to nie wiem, od czego się zaczyna, bo Maria targowała się w kinie o cenę biletu ("ten film leci już od wielu miesięcy, to nie jest żadna nowość") i spóźniłyśmy się 3 minuty na seans. A, dodam, reklam i trailerów nie było, film zaczął się punktualnie, co zrobiło na mnie wielkie wrażenie, bom kobietą przyzwyczajoną, że w Polsce do kina - zwłaszcza w Multipleksie - spóźnić się można 15 minut i i tak jeszcze zdąży się wysłuchać monologów podpasek i tego, co mają mi do powiedzenia batony.

Z grubsza jednak sprawę biorąc, film zaczyna się od scen wstrząsających: bohaterka grana przez Julię Roberts (mało która aktorka mnie tak drażni jak ona) przeżywa tragedię życiową: ma piękny dom, świetną pracę, sympatycznego męża, który chce mieć dzieci i który dalej chce się rozwijać zawodowo. Ona jednak marzy o podróżach.

Całymi nocami płacze więc, leżąc na podłodze w kuchni. Prosi Boga o pomoc. Następują w tym momencie sceny drenujące mózg: słyszy glos, który każe jej wracać do łóżka. W łożku, o dziwo, zastaje Julia Roberts swojego męża, który przebudza się i mówi, że ją kocha, ale niestety "nie pojedziemy jutro do Kuala Lumpur". (czy gdzieś tam, nieważne.) Jest to dla bohaterki znak dany przez Boga: nie może zmarnować życia z potworem, który najpierw obiecuje wycieczkę do Kuala Lumpur, a potem się wycofuje. Łka więc bezgłośnie obok niego, a potem decyduje się na rozwód.

Ok, dostaje ten rozwód, zmienia swoje życie: wyjeżdża na kilka miesięcy do Włoch, żeby nauczyć się włoskiego.

Akcja włoska obfituje w piękne pejzaże i w. W piękne pejzaże. Oczywiście, JR znajduje przyjaciół, którzy są dla niej jak druga rodzina, uczy się nie mieć poczucia winy, kiedy zjada na jedno posiedzenie cały - powtarzam, żeby Wasze oczy przyzwyczaiły się do tej szokującej wiadomości - caly makaron, ktory na talerzu przynosi jej kelner. Poznaje też nową przyjaciółkę, pewną Szwedkę, której ratuje życie: kiedy idą do restauracji i zajadają się pizzą, Szwedka milczy apatycznie niczym dziecko w reklamie Panadolu. Co się stało się, zadaje pytanie JR. Ach, Julio, nie dopinam się w spodnie, zrobiły mi się boczki, bo od tutejszego żarcia przytyłam 5 kilogramów.

Na co Julia, szarpiąc brodę, która jej wyrosła w trakcie wielokrotnych medytacji- mówi: nie martw sie, kupimy ci większe dżinsy, najważniejsze to sobie nie odmawiać.

I Szwedka zjada pizzę, a potem otrzymujemy serię ujęć, w których JK ze swoją przyjaciółką zakupują większe dżinsy.

Punktem kulminacyjnym tego epizodu wloskiego jest kolacja na dzien dziękczynienia, kiedy kazdy ma za cos podziekowac i Szwedka mowi: Boze, dziekuje Ci za JK, poniewaz nauczyla mnie jak cieszyc sie kazda minuta mojego zycia. A JK mowi: dziękuję za was, za każda chwila jaka tu przeżyłam, te ostatnie miesiące nauczyły mnie, że można być grubym i nie czuć wstrętu, dziękuję. (wszyscy są wzruszeni.)

W Indiach uczy się medytować. Wzruszyła mnie sekwencja, w której JR najpierw taksówką zajeżdża pod aśram, w okna samochodu stukają jej głodne dzieci, ona zaś uśmiecha się do nich ciepło (zapewne samym tym, jakże prostym gestem, odmienia ich mlode żywota). Wysiada z taksówki i idzie medytować, buty zostawia przed wejściem do świątyni, a obok kładzie torebkę i wchodzi do środka. Oczywiście, kiedy kończy medytować, i buty i torebka są na swoim miejscu, opromienione uśmiechem i pozytywna karmą JR hinduskie dzieci otoczyły zapewne jej przynależności czujną opieką, strzegąc ich przed zakusami mniej oświeconych rzezimieszków.

A potem, kiedy JR rozwiązuje problemy calego świata (i części Indii) prosząc przyjaciół o "drobne wsparcie kobiety, która samotnie wychowuje corkę" (uzbiera w parę dni tysiące dolarów i odda wzruszonym kobietom, które zaczynają krzyczeć: teraz nareszcie wybudujemy dom), wyrusza na Bali.

(Chciałabym mieć przyjaciół, do ktorych moglabym napisac: zblizaja sie moje urodziny, prosze owas o drobne wplaty na rzecz ubogiej hinduskiej rodziny, podaje numer konta" i zebrac w ktorkim czasie 180 tys dolcow.)

No a na Bali spotyka Javiera Bardena. A, i przepisuje książkę z zaklęciami jednego z guru.

Wszyscy są szczęśliwi, nawet guru, choć człowek ten ma już blisko 100 lat i niedługo umrze.

Kończy się tak, że stoja na moście i się całują.

poniedziałek, 15 listopada 2010
maria szuka pracy

Siedzimy przy śniadaniu. Temat rozmowy zszedł na rzeczy istotne: na kryzys ekonomiczny w Hiszpanii, który wielu ludziom - w tym Marii - uniemożliwia znalezienie pracy.

- A ty masz jakiś pogląd na ten kryzys, myślisz, że to jeszcze długo będzie tu trwało? - pytam.

- Oczywiście - mówi Maria. - Teraz wszystko się zmieni. Ludzie zrozumieją, że muszą się przemyśleć swoje zachowanie i nauczyć żyć inaczej.

- Np. oszczędzać? - pytam dalej.

- Nie - odpowiada Maria, a w jej oczach widzę rozczarowanie moją bezmyślną postawą. - Spójrz na to tak, Weronika: wchodzimy w erę Wodnika, rozumiesz? (w tym momencie wiedziałam już, że to wszystko się źle skończy.) Ta era, która była teraz, była erą Ryb. Era Ryb oznacza męskość, tj agresję, wyzysk, walkę. Jednym słowem kapitalizm. W trakcie ery Ryb odblokowany był czakram świata mieszczący się w żołądku, teraz odblokuje się czakram serca, świat będzie musiał się zmienić, wejść w energię kobiecą: pełną troski, słodyczy, delikatności. Teraz wiele rzeczy się zmienia - dodała - bo jesteśmy w turbulencjach okresu przejściowego. Dlatego też wielu ludzi jest zaniepokojonych i tyle się słyszy o przewlekłych biegunkach.

Ponieważ jednak era Wodnika nadejdzie dopiero 21 grudnia 2012, Maria nie może znaleźć pracy. Wysyła swoje CV wszędzie, ale nikt do niej nie dzwoni.

Nie traci jednak nadziei, w ramach rozwoju i samodoskonalenia zawodowego zapisuje się w grudniu na kurs komunikacji z aniołami.

Najbardziej zależy jej na komunikacji z aniołem dobrobytu, nie jest jednak pewna, czy zostanie dla niej wolne miejsce, wiadomo wszak przecież, jakie nieludzkie czasy teraz.

poniedziałek, 08 listopada 2010
krakowska kiełbasa

Celem przyspieszenia kariery literackiej, podarowałam Marii dzisiaj rano kiełbasę krakowską.

Jej wzruszenie nie miało granic, obwąchała łup i orzekła, że właśnie miała zrobić sobie śniadanie, więc zaraz jej spróbuje.

Przygotowała sobie, jak zawsze, dwie grzanki, ser biały w plasterkach, dżem i herbatę.

- Je się tę kiełbasę na surowo czy trzeba ugotować? - zapytała jeszcze. Powiedziałam, że wystarczy pokroić w plasterki i już można jeść.

- A więc to naprawdę proste - powiedziała Maria, ale dla pewności i tak, po ciuchu i ukradkiem, krakowską podsmażyła.

Siedzi przy stole, je, ja się dosiadam z kawą i dębieję.

Oto widzę, że Maria posmarowała sobie grzankę dżemem truskawkowym, po czym ułożyła na niej plasterki kiełbasy krakowskiej.

Długo biłam się z myślami. Powiedzieć, nie mówić? A jeśli powiedzieć, to jak: mądrować się, że my, oto, w Polsce, krakowską jemy bez dżemu? A co, jak się obrazi, powie: wiem przecież, Weroniko, że nie łączy się słodkiego ze słonym, ale co zrobić, jak ja tak lubię właśnie łączyć. No i co, wyższość okazać, że ja wiem, jak jeść kiełbasę, a ona nie? A może właśnie w Wenezueli tak się ją właśnie zjada, z dżemem? I co wtedy, na chama wyjdę, na prostaka i na najgorszego z Polaków.

Milczę. Dusza śpiewa.

Niby Maria tę kanapkę zjada, znaczy: da się. No, ale spogląda na mnie, łypie okiem znad kanapki tak, że widzę w nich niechęć i pewną taką pogardę:

głupie te Polaki, czy jak, ze takie świństwa żrą?

No i chyba nici z publikacji w Biuletynie Narodowej Biblioteki w Wenezueli.

wtorek, 02 listopada 2010
swiat wg marii

Pochylmy się dzisiaj, moi drodzy, internauci, nad następującym zagadnieniem: czy Maria C. M. M. ma szczęśliwe życie?

Otóż, po odbyciu z nią szeregu rozmów, wypiciu wielkiej ilości herbaty z cynamonem etc itd mogę Wam powiedzieć, że tak, jest to życie szczęśliwe.

 

Oczywiście, nie tak szczęśliwe, jak to bywało w Wenezueli, gdzie Maria "miała wielu adoratorów, a cały jej pech polegał na tym, że zawsze zakochiwał się w niej ktoś okrutnie bogaty, sama zaś nie mogła zmusić się do niczego i zazwyczaj wiązała się z kimś ubogim, lecz o dobrym sercu".

- Tak, Weronika - mówiła mi podekscytowana znad grzanki z mozzarellą - tak to już bywało. U mnie tylko serce, nigdy mózg. Raz, powiem Ci, zakochał się we mnie chłopak tak bogaty, że mój przyjaciel powiedział do mnie: Carmela, jeśli ty się w nim nie zakochasz, to ja to zrobię. Syn przedsiębiorcy zajmujący się handlem złotem, Weronika! Mieli własny samolot, wyobrażasz to sobie? A ja zakochałam się w koledze z roku, bidnym poecie. A wiesz dlaczego?

- Bo u ciebie tylko serce, nigdy mózg? - zapytałam niepewnie.

- Tak - odparła. Byla pod wrazeniem mojej przenikliwosci.  - Poza tym, tamten był brzydki jak diabeł, Weronika.

 

W Wenezueli - gdzie wszystko było lepsze, wspanialsze, ludzie zdrowsi, a Maria młodsza - Maria trzęsła całym światem wydawniczym.

- Pracowałam w biuletynie wydawanej przez Bibliotekę Narodową Wenezueli - poinformowała mnie kiedyś. - Moje słowo wciąż się tam liczy! Jeśli ja powiem, że coś jest dobre, to oni to wydrukują.

- Och - powiedzialam - zawsze marzyłam, żeby drukować swoje dzieła w biuletynie Wenezuelskiej Biblioteki Narodowej, nie jestem jednak pewna, czy mój hiszpański literacki jest już na tyle dobry, żeby się porywać na tworzenie literatury.

- Jest to pewien problem - przyznała Maria po namyśle. - Ale widzisz, ja sama pracowałam kiedyś jako korektor stylu w wydawnictwie i nie uwierzysz, Weronika, mogłabym przeczytać twoje opowiadanie przetłumaczone na hiszpański, a potem nanieść na nie poprawki.

Zgodziłam się poruszona. Zrobię karierę literacką w Wenezueli, a wszystko to za niską, niziutką cenę kawałka kiełbasy dobrze obsuszonej. (Maria, dowiedziawszy się, że jadę na tydzień do Polski, zażyczyła sobie "czegoś słodkiego z Polski" albo lepiej "polskiej kiełbasy", która jest po Janie Pawle II, ambasadorem kultury polskiej w Wenezueli. Każda wenezuelska koleżanka Marii, którą spotykam, wita mnie słowami: "aaach, salchicha polaca!".)

 

Maria jest też wspaniałym psychologiem. Sprawuje więc nie tylko rząd nad literaturą wenezuelską, ale też rząd dusz.

- Weronik, jaki jesteś znak zodiadku? - zapytała. Na co ja:

- Ryby.

- Wodny znak - powiedziała. - To tak jak ja. Tylko, że wiesz, Weronika, znałam kiedyś osobę spod znaku Ryb. Chorowała na depresję. Wy, zdaje się, wszystkie Ryby, takie właśnie jesteście: niezdecydowane, roztrzęsione, neurotyczne.

- No... - zaczęłam zdruzgotana.

- Musisz spróbować jogi - powiedziała mi Maria. - Obiecaj mi to. Obiecaj, że spróbujesz. Ta koleżanka, wiesz, ta spod znaku Ryb, no cóz: całymi dniami płakała, bo była spod znaku Ryb, ale ledwo zapisała się na jogę, ledwo obyła kilka zajęć, a już jest wszystko w porządku. Jest teraz mocna, zdrowa, zadowolona, chodzi po mieście i wszędzie rozpowiada, jak to joga uczyniła ją lepszym człowiekiem. Szczęśliwszym.

 

Maria wie też wszystko o najważniejszych wydarzeniach kulturalnych w Barcelonie.

- W listopadzie na plażdy nudystów odbędzie się wielkie ściskanie - powiedziała mi kiedyś, kiedy kroiłam pomidory. Zastygłam. - Otóż, przyjeżdża pewna kobieta z Indii i, nie uwierzysz, Weronika, ona jest matką wszystkich ludzi na świecie. Czy to nie jest wspaniałe?

- Dość - odparłam ostrożnie.

- I jej misją życiową jest przytulanie każdego człowieka na świecie - wyjaśniła Maria. - Więc w listopadzie idę na tę plażę, żeby dać się uścisnąć. Byłam już w zeszłym roku, stałam w kolejce od 10 rano do 10 wieczorem, ale było warto. Ona ściska cię, jak najdroższe dziecko, jak twoja matka! Poczułam przypływ sił, to było niewiarygodne, Weronika, musimy iść na tegoroczną edycję ściskania! Ta kobieta jest słynna na całym świecie, wpisano ją na listę UNESCO!

 

Niestety, cynamon, GumowoMatkoBosko oraz joga i spokój serca nie zawsze działają.

W sobotę otrzymałam poruszającego maila z Barcelony. Maria zachorowała i nie mogła jeść przez cały dzień. List wypełniony był przykrymi szczegółami dotyczącymi przebiegu jej grypy żołądkowej, na końcu jednak pojawiła się nadzieja na happy end:

(...) wprawdzie nic nie mogłam jeść od świtu do piątej trzydzieściu po południu, teraz jednak zrobiłam sobie ryż z jabłkiem oraz odrobiną cynamonu jak również gotowaną pierś kurczaka ze szczyptą, ale dosłownie ze szczyptą soli. Być może jutro na śniadanie zrobię sobie jakąś grzankę z serem, a potem znowu gotowane mięso, odrobina ryżu, albo kaszy. (...)

Szczegółowość odpowiedzi na moje zapytanie como estas? i tego, czy mogę zapłacić za pokój po powrocie do Hiszpanii, nieco mnie wzruszyła.