sobota, 15 stycznia 2011
szkoła

No to tak: spędziłam pięć dni w pokoju, nigdzie niemalże nie wychodząc tylko ucząc się prawa publicznego międzynarodowego. (No, w międzyczasie obejrzałam też wszystkie odcinki Spadkobierców, wszystkie skecze KMN na youtube i odświeżyłam pudelka.pl, zeberkę.pl i demotywatory.pl tryliard razy. Cel jednak, mimo wielu tych przeszkód, był jeden - nauczyć się na egzamin.)

Uczyłam się więc wszystkiego - bo student polski to jednak głupi jest, a polski student prawa to debil nad debile - bo nie wiedziałam, czego się spodziewać. Na moim wydziale rzecz jest prosta: spodziewać się nalezy najgorszego. Ilekroć przemknie przez głowę: "co za szczególik, debilizm, tego na pewno nie będzie" - będzie. Ilekroć człowiek się łudzi: "o pierdołę wszak nie zapyta" - zapyta.

Pochylałam się więc nad datami powstania piewszej Organizacji Pocztowej i innych podobnych rarytasów.

Poszłam na egzamin przerażona i świadoma swych braków (Spadkobiercy za bardzo mnie wciągnęli). Pan Pons zapytał o zwyczaj międzynarodowy. Po prostu.  O zwyczaj, o Radę Bezpieczeństwa (co to takiego) i o efekty umów międzyarodowych.

Przez długi czas zamiast pisać, musiałam walczyć ze wzruszeniem: a więc można i tak - myślałam poruszona - życie może był łatwe, a studiowanie przyjemne.

Zaczęłam pisać wszystko co wiem, po czym okazało się, ze na pozostałe pytania mam tylko pół godziny, więc w panice przeszłam na angielski.

No, ale niby na wszystko odpowiedziałam, często wprawdzie posiłkując się wiedzą z polskich wykładów - no ale to prawo miedzynarodowe, na litosc boska! :)

 

Obserwacja socjologiczna:

na pierwszym egzaminie w Bcn nie widziałam, żeby ktokolwiek ściągał - a byłam w grupie samych Erasmusów. Pomyslalam: tak, to jednak prawda: tylko w Polsce jest taki zwyczaj haniebny!

na drugim egzaminie ściągał siedzący przede mna Kolumbijczyk. Sciągał to mało powiedziane, spisywal z gotowca pod ławką. Nie powiem, zrobiło to na mnie pewne wrażenie.

Tu nadmienię, że warunki pisania egzaminów w Hiszpanii są bardzo ściągogenne i sprzyjają zrzynaniu. Profesorowie nie pilnują prawie w ogóle, cały egzamin siedzą za biurkiem i czytają gazetę. Studentów niby się rozsadza, ale pulpity i siedzenia ustawione są tak, że spokojnie można podłożyć sobie knigę pod stół i spisać wszystko jak leci.

Moja koleżanka była w szoku, bo na egzaminie z praw człowieka profesor wyszedł z sali. Kiedy w Polsce coś takiego się zdarzy, (jeśli się zdarzy), wraz z zamknięciem drzwi rozlega się w sali hałas tak dotkliwy, że wie o tym cały wydział. (A nierzadko i miasto.) Tu - panowała idealna cisza, zupełnie jakby profesor nadal był w sali.

Na wczorajszym egzaminie przyłapałam pierwszego ściągającego Hiszpana. Siedział bokiem do mnie i miał ewidentnie w plecaczku wszystkie możliwe traktaty międzynarodowe. To, że coś knuje widać było po tym jak siedział, jak spoglądał ukośnie na profesora, jak grzebał w teczuszce. Krótko mówiąc - ściągał jak debil.

Oczywiście, profesor w ogóle się nie zorientował, siedział za biureczkiem czysty, rumiany i błyszczący, z oczami ufnie ukwionymi w dal.

 

 

Ja sama ściągałam bezczelnie raz jeden w życiu - w I gimnazjum, na geografii. Mieliśmy bowiem sprawdzian ze wszystkich er ziemskich - wiecie, mezozoik, etc - trzeba było znać te nazwy, czas trwania i jakie się ziemie przy tym wykształciły.

Po gruntownym przestudiowaniu materiału, bystrym okiem oceniłam, że takich głupot to nie ma co się nawet uczyć i przerysowałam całą tabelkę na wewnętrznej części ręki - od nadgarstka do łokcia - całośc zaś przykryłam rękawkiem.

Przyszła pora sprawdzianu, ściąganie szło mi dość dobrze i w duchu winszowałam sobie pomysłu, kiedy to uwagę profesora ściągnęło moje duże i niepokojące zainteresowanie własną ręką. (Dodajmy: jako dziecko karne i wrażliwe, ściągałam jak kretynka, ślepy by się zorientował, że knuję.)

- Pokaż rączkę - powiedział profesor podchodząc do mojej ławki. Przeżyłam chwile grozy. Już, już żegnałam się z reputacją i dobrą oceną, już już miałam uderzać w ryk, ale zachowałam odrobinę zimnej krwi - reszta to była a i ona zaczynała się ścinać - i pokazałam mu dłoń od zewnątrz.

- A z drugiej strony? - dociekał ten stary rumpl. Odwróciłam rękę. Przyjrzał się bliżej. Pewna byłam, że zaraz każe mi podciągnąć rękaw, ale nic takiego się nie stało - odwrócił się na pięcie i poszedł.

A serce biło mi tak, że nie byłam w stanie już nic napisać.

No, nie umiem po prostu, ani kłamać ani ściągać. Raz - głupie to było - zwiałyśmy z kolezanką z geografii i tak nas potem ten fakt męczył, że od razu po lekcji poszłyśmy się przyznac i prosić o karę (proponowałyśmy przesadzanie kwiatków w pracowni, profesorka zachwyciła się jednak tym czynem pełnym skruchy, idźcie, idźcie, powiedziała ubawiona, żadnej kary nie będzie - po czym na następnej lekcji o wszyskim zapomniała, wzięła mnie do odpowiedzi, kazała pokazać wyspę Jawę, a następnie udupiła.)

 

 

 

piątek, 14 stycznia 2011
czasy pokoju i czasy wojny

Dobre czasy przyjaźni - mojej i Marii - minęły. Wprawdzie nie ośmielam się jeszcze napisać, że bezpowrotnie, ale z pewnoscią na jakis czas- tak.

Nastała bowiem sesja zimowa, a wraz z nią w moim życiu pojawił się senor Pons i jego derecho internacional publico.

Im więcej traktatów do wyuczenia znajdowałam w campusie virtual, tym mocniej drażniły mnie sprawy anielskie. im trudniejszy był tekst, nad którym się pochylalam, tym bardziej mordercze miałam wizje - a wszystkie dotyczyły, rzecz jasna, Marii śpiewającej na cały głos w kuchni obok O Sole Mio.

Już kiedy przyjechałam do Barcelony po świętach spędzonych, rzecz jasna, w domu, wkurzyłam się lekko.

Maria siedziała pod choinką prezentując mi zakupionych trzech królów, ja maskowałam zmęczenie. Gadałyśmy o rzeczach nieistotnych (wysłuchiwałam historii jadła i napitku jakimi raczyła się w Trzech Króli), z lekka tylko przysypiałam, gdy - 'aż tu nagle', jakby to napisano w elementarzu - Maria chwyciła buteleczkę ze spryskiwaczem i trysnęła mi w twarz jakimś gęstym olejem, który pachniał mniej więcej tak jak Katowice wyglądają po zmroku.

- Łączę cię z aniołami - krzyknęła Maria. Pociemniało mi przed oczami. Co to, myślałam wzburzona, co to ma znaczyć, dlaczego tak jest, dlaczego to mnie wszystko spotyka? Dlaczego muszę się łączyć z aniołami - bezwolnie, niechętnie, biernie - o najdziwnieszych porach dnia i nocy?

Nie z aniołami się połączyłam, lecz z piekłem.

Odtąd robiłam wszystko, by powściągnąć w sobie chęć mordu - Maria zaś, ceniąc nawyraźniej symetrię, robiła wszystko, by mą chęć zagłady na siebie sprowadzić.

Dni spędzała na oglądaniu telewizji (a lubiła sobie przy tym, rzecz jasna, podgłośnić, żeby słyszeć i podążać za akcją będąc w kuchni i siekając kiełbasę - niewiele zdawalo się tu zamykanie drzwi na korytarz i do salonu, Maria bowiem nagminnie przechadzała się po domu, zapominając za sobą drzwi pozamykać), na śpiewaniu oraz na upierdliwianiu mi życia.

Co rusz rozlegało się pukanie do moich drzwi: oto Maria przychodziła zademonstrować, że bolą ją plecy, boli ją tyłek oraz - to dobijało najbardziej - że idzie na wspaniałą terapię mentalną, dzięki której odzyska jakość zycia.

Rozmowy z Marią, dodam, nigdy nie należą do rozmów krótkich. O nie, sa to rozmowy poruszające wiele wątków (większośc z nich po raz n-ty), pełne dygresji, aluzji oraz wewnętrznego żaru. Oto Maria wciela się we wszystkich swoich rozmówców, naśladuje ich postawę, chód, głos oraz mimikę, na drobne czynniki rozkłada motywy ich zachowań, zawsze przy tym prezentując sama siebie jako jedyną, która na tym świecie - okrutnym, wypełnionym debilami - zachowuje spokój i chłodny umysł.

W środę zgotowano mi katorgę największą - rano przyszedł pan hydraulik zdemontować prysznic (który to założył przed świętami - partacko, jak się okazało). Jego wizyta była dla Marii impulsem do jeszcze częstszego zawracania mi głowy. Do godziny dwunastej miałam sześć wizyt pod pretekstem włączania czy wyłączania wody (gdyż zawór znajduje się akurat za moim oknem), każda wizyta zaś marii była pretekstem do najwiązania ze mną konwersacji. Najpierw wchodziła do pokoju przepraszająco, niemalże z palcem przy ustach, potem zaś, zakręcając zawór i rozglądając się wkoło chwicie, nabierała odwagi i zaczynała przyjazną, niezobowiązującą konwersaję na rozmaite tematy. Wizyt tych było do południa 6, po południu zaś przyszedł inny technik, co by zamontowac prysznic (gdyż ciężko tu o fachowców wszechstronnych) i Maria odwiedziła mnie jeszcze kolenych 6 raz, zakręcając wodę, po pięciu minutach odkręcając ją i po kolejnych pięcoiu zakręcając ją znowu.

Potem zaś przypomniało jej się, ze ma terapię magnesami i wyszła z domu, zostawiając mi na głowie pana hydraulika z akcentem niewiadomoskąd, który odczuł natychmiast chęć zgłębienia historii kanalizacji w całej dzielnicy.

 

Dziś 18.30-21.30 - Weronika kontra Pan Pons. Trzymajcie kciuki.