sobota, 15 stycznia 2011
szkoła

No to tak: spędziłam pięć dni w pokoju, nigdzie niemalże nie wychodząc tylko ucząc się prawa publicznego międzynarodowego. (No, w międzyczasie obejrzałam też wszystkie odcinki Spadkobierców, wszystkie skecze KMN na youtube i odświeżyłam pudelka.pl, zeberkę.pl i demotywatory.pl tryliard razy. Cel jednak, mimo wielu tych przeszkód, był jeden - nauczyć się na egzamin.)

Uczyłam się więc wszystkiego - bo student polski to jednak głupi jest, a polski student prawa to debil nad debile - bo nie wiedziałam, czego się spodziewać. Na moim wydziale rzecz jest prosta: spodziewać się nalezy najgorszego. Ilekroć przemknie przez głowę: "co za szczególik, debilizm, tego na pewno nie będzie" - będzie. Ilekroć człowiek się łudzi: "o pierdołę wszak nie zapyta" - zapyta.

Pochylałam się więc nad datami powstania piewszej Organizacji Pocztowej i innych podobnych rarytasów.

Poszłam na egzamin przerażona i świadoma swych braków (Spadkobiercy za bardzo mnie wciągnęli). Pan Pons zapytał o zwyczaj międzynarodowy. Po prostu.  O zwyczaj, o Radę Bezpieczeństwa (co to takiego) i o efekty umów międzyarodowych.

Przez długi czas zamiast pisać, musiałam walczyć ze wzruszeniem: a więc można i tak - myślałam poruszona - życie może był łatwe, a studiowanie przyjemne.

Zaczęłam pisać wszystko co wiem, po czym okazało się, ze na pozostałe pytania mam tylko pół godziny, więc w panice przeszłam na angielski.

No, ale niby na wszystko odpowiedziałam, często wprawdzie posiłkując się wiedzą z polskich wykładów - no ale to prawo miedzynarodowe, na litosc boska! :)

 

Obserwacja socjologiczna:

na pierwszym egzaminie w Bcn nie widziałam, żeby ktokolwiek ściągał - a byłam w grupie samych Erasmusów. Pomyslalam: tak, to jednak prawda: tylko w Polsce jest taki zwyczaj haniebny!

na drugim egzaminie ściągał siedzący przede mna Kolumbijczyk. Sciągał to mało powiedziane, spisywal z gotowca pod ławką. Nie powiem, zrobiło to na mnie pewne wrażenie.

Tu nadmienię, że warunki pisania egzaminów w Hiszpanii są bardzo ściągogenne i sprzyjają zrzynaniu. Profesorowie nie pilnują prawie w ogóle, cały egzamin siedzą za biurkiem i czytają gazetę. Studentów niby się rozsadza, ale pulpity i siedzenia ustawione są tak, że spokojnie można podłożyć sobie knigę pod stół i spisać wszystko jak leci.

Moja koleżanka była w szoku, bo na egzaminie z praw człowieka profesor wyszedł z sali. Kiedy w Polsce coś takiego się zdarzy, (jeśli się zdarzy), wraz z zamknięciem drzwi rozlega się w sali hałas tak dotkliwy, że wie o tym cały wydział. (A nierzadko i miasto.) Tu - panowała idealna cisza, zupełnie jakby profesor nadal był w sali.

Na wczorajszym egzaminie przyłapałam pierwszego ściągającego Hiszpana. Siedział bokiem do mnie i miał ewidentnie w plecaczku wszystkie możliwe traktaty międzynarodowe. To, że coś knuje widać było po tym jak siedział, jak spoglądał ukośnie na profesora, jak grzebał w teczuszce. Krótko mówiąc - ściągał jak debil.

Oczywiście, profesor w ogóle się nie zorientował, siedział za biureczkiem czysty, rumiany i błyszczący, z oczami ufnie ukwionymi w dal.

 

 

Ja sama ściągałam bezczelnie raz jeden w życiu - w I gimnazjum, na geografii. Mieliśmy bowiem sprawdzian ze wszystkich er ziemskich - wiecie, mezozoik, etc - trzeba było znać te nazwy, czas trwania i jakie się ziemie przy tym wykształciły.

Po gruntownym przestudiowaniu materiału, bystrym okiem oceniłam, że takich głupot to nie ma co się nawet uczyć i przerysowałam całą tabelkę na wewnętrznej części ręki - od nadgarstka do łokcia - całośc zaś przykryłam rękawkiem.

Przyszła pora sprawdzianu, ściąganie szło mi dość dobrze i w duchu winszowałam sobie pomysłu, kiedy to uwagę profesora ściągnęło moje duże i niepokojące zainteresowanie własną ręką. (Dodajmy: jako dziecko karne i wrażliwe, ściągałam jak kretynka, ślepy by się zorientował, że knuję.)

- Pokaż rączkę - powiedział profesor podchodząc do mojej ławki. Przeżyłam chwile grozy. Już, już żegnałam się z reputacją i dobrą oceną, już już miałam uderzać w ryk, ale zachowałam odrobinę zimnej krwi - reszta to była a i ona zaczynała się ścinać - i pokazałam mu dłoń od zewnątrz.

- A z drugiej strony? - dociekał ten stary rumpl. Odwróciłam rękę. Przyjrzał się bliżej. Pewna byłam, że zaraz każe mi podciągnąć rękaw, ale nic takiego się nie stało - odwrócił się na pięcie i poszedł.

A serce biło mi tak, że nie byłam w stanie już nic napisać.

No, nie umiem po prostu, ani kłamać ani ściągać. Raz - głupie to było - zwiałyśmy z kolezanką z geografii i tak nas potem ten fakt męczył, że od razu po lekcji poszłyśmy się przyznac i prosić o karę (proponowałyśmy przesadzanie kwiatków w pracowni, profesorka zachwyciła się jednak tym czynem pełnym skruchy, idźcie, idźcie, powiedziała ubawiona, żadnej kary nie będzie - po czym na następnej lekcji o wszyskim zapomniała, wzięła mnie do odpowiedzi, kazała pokazać wyspę Jawę, a następnie udupiła.)

 

 

 

piątek, 14 stycznia 2011
czasy pokoju i czasy wojny

Dobre czasy przyjaźni - mojej i Marii - minęły. Wprawdzie nie ośmielam się jeszcze napisać, że bezpowrotnie, ale z pewnoscią na jakis czas- tak.

Nastała bowiem sesja zimowa, a wraz z nią w moim życiu pojawił się senor Pons i jego derecho internacional publico.

Im więcej traktatów do wyuczenia znajdowałam w campusie virtual, tym mocniej drażniły mnie sprawy anielskie. im trudniejszy był tekst, nad którym się pochylalam, tym bardziej mordercze miałam wizje - a wszystkie dotyczyły, rzecz jasna, Marii śpiewającej na cały głos w kuchni obok O Sole Mio.

Już kiedy przyjechałam do Barcelony po świętach spędzonych, rzecz jasna, w domu, wkurzyłam się lekko.

Maria siedziała pod choinką prezentując mi zakupionych trzech królów, ja maskowałam zmęczenie. Gadałyśmy o rzeczach nieistotnych (wysłuchiwałam historii jadła i napitku jakimi raczyła się w Trzech Króli), z lekka tylko przysypiałam, gdy - 'aż tu nagle', jakby to napisano w elementarzu - Maria chwyciła buteleczkę ze spryskiwaczem i trysnęła mi w twarz jakimś gęstym olejem, który pachniał mniej więcej tak jak Katowice wyglądają po zmroku.

- Łączę cię z aniołami - krzyknęła Maria. Pociemniało mi przed oczami. Co to, myślałam wzburzona, co to ma znaczyć, dlaczego tak jest, dlaczego to mnie wszystko spotyka? Dlaczego muszę się łączyć z aniołami - bezwolnie, niechętnie, biernie - o najdziwnieszych porach dnia i nocy?

Nie z aniołami się połączyłam, lecz z piekłem.

Odtąd robiłam wszystko, by powściągnąć w sobie chęć mordu - Maria zaś, ceniąc nawyraźniej symetrię, robiła wszystko, by mą chęć zagłady na siebie sprowadzić.

Dni spędzała na oglądaniu telewizji (a lubiła sobie przy tym, rzecz jasna, podgłośnić, żeby słyszeć i podążać za akcją będąc w kuchni i siekając kiełbasę - niewiele zdawalo się tu zamykanie drzwi na korytarz i do salonu, Maria bowiem nagminnie przechadzała się po domu, zapominając za sobą drzwi pozamykać), na śpiewaniu oraz na upierdliwianiu mi życia.

Co rusz rozlegało się pukanie do moich drzwi: oto Maria przychodziła zademonstrować, że bolą ją plecy, boli ją tyłek oraz - to dobijało najbardziej - że idzie na wspaniałą terapię mentalną, dzięki której odzyska jakość zycia.

Rozmowy z Marią, dodam, nigdy nie należą do rozmów krótkich. O nie, sa to rozmowy poruszające wiele wątków (większośc z nich po raz n-ty), pełne dygresji, aluzji oraz wewnętrznego żaru. Oto Maria wciela się we wszystkich swoich rozmówców, naśladuje ich postawę, chód, głos oraz mimikę, na drobne czynniki rozkłada motywy ich zachowań, zawsze przy tym prezentując sama siebie jako jedyną, która na tym świecie - okrutnym, wypełnionym debilami - zachowuje spokój i chłodny umysł.

W środę zgotowano mi katorgę największą - rano przyszedł pan hydraulik zdemontować prysznic (który to założył przed świętami - partacko, jak się okazało). Jego wizyta była dla Marii impulsem do jeszcze częstszego zawracania mi głowy. Do godziny dwunastej miałam sześć wizyt pod pretekstem włączania czy wyłączania wody (gdyż zawór znajduje się akurat za moim oknem), każda wizyta zaś marii była pretekstem do najwiązania ze mną konwersacji. Najpierw wchodziła do pokoju przepraszająco, niemalże z palcem przy ustach, potem zaś, zakręcając zawór i rozglądając się wkoło chwicie, nabierała odwagi i zaczynała przyjazną, niezobowiązującą konwersaję na rozmaite tematy. Wizyt tych było do południa 6, po południu zaś przyszedł inny technik, co by zamontowac prysznic (gdyż ciężko tu o fachowców wszechstronnych) i Maria odwiedziła mnie jeszcze kolenych 6 raz, zakręcając wodę, po pięciu minutach odkręcając ją i po kolejnych pięcoiu zakręcając ją znowu.

Potem zaś przypomniało jej się, ze ma terapię magnesami i wyszła z domu, zostawiając mi na głowie pana hydraulika z akcentem niewiadomoskąd, który odczuł natychmiast chęć zgłębienia historii kanalizacji w całej dzielnicy.

 

Dziś 18.30-21.30 - Weronika kontra Pan Pons. Trzymajcie kciuki.

 

piątek, 17 grudnia 2010
caga tió

A tak, postanowiłam zmienić szablon na szablon świąteczny, taki, na ktorym wreszcie śnieg zobaczę. (Wiem, że wy śniegu macie po dziurki w nosie, w sensie metaforycznym i dosłownym, ale przy wyborze - wybaczcie - tylko swoimi pragnieniami się kierowałam.)

Wczoraj wybrałyśmy się na targ świąteczny przy Sagradzie Familii, Maria bowiem potrzebowała zakupić nowych trzech króli do swej szopki (poprzednich bowiem zeżarła, z czekolady byli), ja zaś chciałam zobaczyć jak taki targ wygląda.

Sympatycznie było, nie powiem, chociaż kultura katalońska nigdy nie przestanie mnie chyba zadziwiać.

Gdyż: w Hiszpanii, jak wiecie albo i nie, głównymi sprawcami obdarowania świątecznego są trzej królowie. Nie żadne tam, kuźwa, dzieciątko, Jezusek, gwiazdka, Mikołaj, czy - nie daj Boże- Gwiazdorek. Nie, tylko trzej królowie. No, oczywiście, 24 grudnia przychodzi tutaj Papa Noel, jest to jednak fajfus dość skąpy, bo przynosi tylko jakieś ciastka i słodycze. Konkret w postaci zabawek, książek, gier i pianin przynoszą Trzej Króle 6 stycznia.

(Teraz, jak się dowiedziałam, ta tradycja jest trochę zmieniana: pragmatyczni Hiszpanie pomyśleli sobie: lepiej zabawkę dać 24 grudnia, a słodycze 6ego, 24ego bowiem obdarowane dziecie ma szansę jeszcze nacieszyć się nabytkiem, a rodzice mają szanse wytchnąć w spokoju - 6ego stycznia ferie świąteczne się kończą i jest mniej czasu na nacieszenie się prezentem.)

W Katalonii jest jeszcze trochę inaczej niż w całej Hiszpanii. Wczoraj bowiem dowiedziałam się o istnieniu Caga Tio.

Tzn, o tym, że istnieje, wiedzialam wczesniej, juz kilka razy bowiem mijałam stragany świąteczne, na których sprzedawano wgapiające sie namolnie pieńki drzewa, ingorowałam jednak natrętów, odwracając głowę w drugą stronę.

Caga Tió, co znaczy mniej więcej: srajże wujku - albo, "srajże, stary" (tłumaczenie na własny użytek). Otóż 8 grudnia w każdym katalońskim domu pojawia się mały, uśmiechnięty pniak drzewa w czapce. Pniak ten z jednej strony ma nóżki i wymalowaną, uśmiechniętą mordkę, z drugiej zaś strony wydrążony otwór. Od 8 grudnia do Wigilii dzieci muszą troszczyć się o Caga Tió: przykrywac go kocykiem, żeby nie było mu zimno, przynosić pod nos mandarynki i słodycze, żeby nie umarł z głodu - a gdy się nim dobrze zaopiekują, Caga Tió stanie się magicznym pniaczkiem i w Wigilię rozpocznie się uroczyste Sranie, w którym uczestniczy cała rodzina, przyśpiewując kolędy (jednym słowem, nie ma lekko ten pniak) - gdy zaś jest już po wszystkim, gdy dzieci podniosą kocyk, pod którym leżał Caga Tió, okaże się, że Wuj nawalił sporą kupę w postaci prezentów.

(A wyście narzekali, że jak Mikołaj przez komin się wciska, to niehignieniczne).

http://www.polacos.webs.com/images/cagatio.jpg

I jeszcze tu:

Caga Tió

 

o kursie komunikacji z aniolami, czesc II

A więc na miesiąc cały nasz salon zmienił się w centrum dowodzenia świata. Maria przestała myśleć o szukaniu nowego lokatora do trzeciego pokoju, przestała zajmować się swoją pracą doktorancką, porzuciła nawet - co wydaje się być niemożliwe - jogę i medytacje.

Anioły zajęły ją w zupełności.

Każdego ranka zasiadała przy stole w salonie, po prawicy miała dużego laptopa, po lewicy miała małego laptopa, przed sobą pieczołowicie zbierane przez całe życie notatki dotyczące anielskich łask.

Pochylała się.

Czasem, z rzadka to było, podnosiła głowę i prosiła mnie o coś - najczęściej o przetłumaczenie z angielskiego jakieś bzdury, którą znalazła na starej kartce urodzinowej z wizerunkiem anioła w środku. Pomagałam jej też formatować ulotki informujące o kursie komunikacji z aniołami, albowiem, mimo wielu łask, których Maria od aniołow doświadczała bez przerwy, łaska znajomości Worda nie była jej dana.

Tak trwałyśmy pól listopada i niemal połowę grudnia. Z biegiem czasu plany Marii stawały się śmielsze i szerzej zakrojone; już nie samej komunikacji z aniołami chciała uczyć, a zakładać wydawnictwo związane z siłami anielskimi, już nie same anielskie myśli i motta mi wysyłała na skrzynkę mailową, ale nawet któregoś dnia pojawiła się przed drzwiami mojego pokoju z podejrzanym workiem.

- Czy jesteś sama? - zapytała podejrzliwie, jakbym zwykle we wtorki przyjmowała cygańskie kapele i harcerski szczep Oscypków Nowosolskich.- Zobacz, Weronika, co sprowadziłam - rozwarła tedy worek i ciemny korytarz rozjaśnił się od srebrnej poświaty. - Marokańskie srebro! To dla uczestników mojego kursu komunikacji z aniołami.

- Co to? - zapytałam, zajrzałam do worka i zobaczyłam różnego rodzaju zawieszki, kule i kolczyki.

- To dzwonki do wzywania aniołow - wyjaśniła mi Maria z powagą. Wyciągnęła jedną srebrną kulę, wstrząsnęła nią i rozległ się cichy dźwięk dzwonka. Anioł jednak nie nadleciał. Maria niezrażona zupełnie ciągnęła dalej - Można sobie powiesić na szyi i kiedy tylko zechcesz, potrzasasz i wzywasz do pomocy anioła.

Informacja ta zrobiła na mnie pewne wrażenie.

- Przemyślne urządzenie - przyznałam.

- Posłuchaj, ja teraz wychodzę - powiedziala Maria - ale niedługo wrócę, a na ten czas zostawię ci ten worek, poprzeglądaj, może cktóryś ci się szczególnie spodoba, to go kupisz. Specjalnie dla ciebie po niskiej, promocyjnej cenie 70 euro.

Milczałam, poruszona.

- Ja - zaczęłam z wahaniem - takich rzeczy na razie nie potrzebuję, bo pieniędzy nie mam, święta - wytłumaczyłam - ale moja mama, z pewnością, będzie zainteresowana. Nie raz i nie dwa wspominała mi o ...

- W takim razie koniecznie przekaż swojej mamie - powiedziała Maria, wciskając mi worek do ręki i wkładając buty. - Że są takie dzwonki, że można je nabyć.

- Z pewnością powiem - odrzekłam.

I poszła sobie, ja zaś zostalam na progu pokoju, z workiem w jednej ręce i z twarzą ukrytą w drugiej.

***

W zeszłą sobotę wróciłam do domu dość późno, bo miałam wycieczkę do Porto - o której to wycieczce jeszcze pewnie niedługo napiszę, więc stay tune - i zastałam Marię w salonie, w jej zwykłym centrum dowodzenia światem.

Tym razem siedziała jednak przygarbiona, z pochylonym czółkiem. Zrozumiałam od razu - oto małam przed sobą człowieka przegranego.

- Jak kurs? - zapytałam.

- Och, Weronika - zawołała Maria. - Co za smutek! Nie zapisał się nikt, wyobrażasz to sobie! Musieliśmy wszystko odwołać!

- Nie może być - powiedziałam obłudnie.

- A jednak - odparła Maria i zaraz dwa chłodne sztylety błysnęły jej w oczkach. - Winię twoje ulotki, nie wszystie dało sie obciąć, żeby było równo, więc część informacji mogła po prostu zostać odcięta.

Skulilam się na te słowa.

- Nie mniej jednak - odezywala się Maria - postanowilam przelozyc kurs na początek stycznia. Wielu ludzi nie ma teraz czasu przed swietami, rozumiesz, zajmują się sprawami materialnymi. Początek roku jednak sprzyja przemysleniom, chęci, wiesz sama, oczyszczenia się.

- Tak - powiedzialam.

I na tym stanęło: przegrałyśmy potyczkę, ale nie przegrałyśmy wojny.

poniedziałek, 22 listopada 2010
o tym gdzie się tutaj idzie po śmierci

Umówiłyśmy się z Marią - znowu! - na niedzielne, wieczorne wyjście.

Jeszcze rano jednak powiedziała mi sprytnie:

- Ale wiesz, Weronika, zmarł mąż mojej koleżanki, możemy wcześniej wejść na chwilę złożyć kondolencje? To akurat nam będzie po drodze.

I ja, cipa głupia, myślę sobie: a niech tam. Niechże. Kobita mieszka akurat niedaleko, wejdzie się, Maria złoży te kondolencje, ja poczekam (bo jakoś mi tak głupio było, obcym będąc do nieswoich włazić), załatwi i pójdziemy.

I jeszcze łzę otarłam poruszona trwałością więzi międzyludzkich tutaj, w Hiszpanii. Oto, myślałam wzruszona, kiedy umiera mąż koleżanki, którą się kilka razy widziało na ćwiczeniach jogi, idzie się złożyć kondolencje.

Wieczorem wyruszyłyśmy, Maria - jeszcze przed wyjściem z domu - zadzwoniła do innej znajomej, żeby się dowiedzieć, gdzie tamta mieszka.

Ach tak, mówiła, przystanek metra Marina.

I poszłyśmy w mrok.

Ja się krygowałam, bo Maria koniecznie mnie chciała ze wszystkimi poznać, na próżno ją upominałam w metrze, że w Polsce jest to ogólnie źle widziane, kiedy obcy ludzie przychodzą do rodziny pogrązonej w żałobie, wszak trzeba spokoju etc.

- To są Andaluzyjczycy - objaśniła mi Maria. Po twarzy poznała, że nie zrozumiałam. - No wiesz, oni są bardzo towarzyscy, lubią się ściskać, przytulać. Anitka na pewno się ucieszy, że przyjdziesz. Uwielbia ludzi. Zobaczysz - dodała Maria - będzie fajnie.

I dalej szłyśmy w mrok, coraz głębiej.

- Ja lepiej poczekam na zewnątrz - powiedziałam, na co Maria ze złościła się:

- Chyba jesteś nienormalna, sama wiesz, jak jest zimno. Nie ma mowy, wchodzimy do środka, poczekasz najwyżej tam, gdzie inni będą siedzieć.

- W przedpokoju na przykład? - powiedziałam, na co Maria odparła:

- Nie.

Wtedy wzbiły się we mnie całe pokłady wątpliwości.

- Ale idziemy do niej do mieszkania, prawda? - zapytałam. Trzeba wam bowiem wiedzieć, że panicznie boję się widoku zmarłych. (Wiem, że was to nie zaskakuje, ale i tak podkreślę.) Ponieważ mąż Anitki zmarł w szpitalu, wydało mi się oczywiste, że ciało będzie przetrzymywane w kostnicy aż do pogrzebu, a my po prostu pójdziemy do mieszkania, gdzie żałobnicy - tj rodzina - będą się przygotowywać do jutrzejszej ceremonii. Tak myślałam, bo Maria mnie całe popołudnie nie wyprowadzała z błędu, tak myślałam, bo takie miałam doświadczenia. Poza tym, myślałam, to jest Hiszpania, tutaj już chyba nie trzyma się zmarłych w domach do czasu pogrzebów?

- Odbiło ci? - spytała Maria. - Do mieszkania? To w Polsce ciągle trzyma się zmarłych w mieszkaniach?

Zacukałam się i wtem zauważyłam, że wszystkie sklepy, które zaczynamy mijać, mają na wystawach wyeksponowane urny albo tablice nagrobne. Wtedy zrozumiałam.

Zagłębiając się w zmrok, szłyśmy do kostnicy.

Drobiłam za Marią, tłumacząc, że nie, że chyba nie jestem gotowa, to znaczy, oczywiście, pójdę z nią, ale poczekam może na zewnątrz, bo ja ogólnie nie przepadam za taką atmosferą.

Maria zdziwiła się bardzo.

- Nie przejmuj się, nie będziesz musiała nic mówić, skłamiemy, że nie mówisz w ogole po hiszpańsku - powiedziała.

Przystanęłyśmy, podniosłam wzrok i oczom moim ukazał się oślepiający neon: DOM POGRZEBOWY.

- Poczekam - wyszeptałam pobladłam. - Na zewnątrz poczekam.

- Jak chcesz  - powiedziała Maria. - Ale jakbyś nabrała ochoty (ochoty, tak powiedziała) to przyjdź.

I poszła, ja zostałam sama.

Nie minęło 5 sekund, a po lewej stronie od mojego ucha pojawił się DIABEŁ.

- No co ci szkodzi, wejdź - powiedział - czyś ty kiedy była w środku hiszpańskiego domu pogrzebowego?

Czekałam aż po prawej stronie od mojego ucha pojawi się ANIOŁ i mi to wyperswaduje, on jednak spóźniał się.

- Czy ty kiedyś będziesz mieć jeszcze okazję, żeby zobaczyć jak to wygląda? - zapytał DIABEŁ znowu.

Przyznałam mu rację i weszłam.

Znalazłam się w wielkim pomieszczeniu przypominającym hol hotelu. Na wprost znajdowała się recepcja i punkt informacyjny, tuż obok powieszony był wielki plazmowy ekran, na którym wyświetlono nazwiska wszystkich zmarłych przebywających na terenie kostnicy, wraz ze wskazaniem w której sali obecnie spoczywają i o której godzinie będzie miała miejsce msza żałobna.

Tuż przy recepcji znajdowała się mała księgarenka, gdzie można było kupić książki pt. Jak żyć po stracie czy Takie jest życie - dlaczego umieramy, podręcznik dla dzieci.

Postanowiłam zostać w holu i poczekać na Marię, przez 5 minut ze skupieniem zajęłam się więc studiowaniem ulotek (Wybierz samochód na swą ostatnią podróż), diabeł ciekawości prędko jednak dał o sobie znać.

- Czyś ty kiedyś widziała jak wyglądają takie salki? - zapytał. Otóż nie, nigdy w zyciu nie widziałam takiego domu pogrzebowego i kusiło mnie zobaczyć coś jeszcze.

Udając więc żałobnika, zeszłam po schodach w dół, na kondygnację B, gdzie mieściły się kaplice od numeru 13 do 20. (Należy dodać, że udawanie żalobnika wychodziło mi wybitnie kiepsko, ubrana bowiem byłam w błękitny płaszczyk, który był parszywym kamuflażem, bo rzucałam się od razu w oczy pomiędzy tylu ludzi ubranych na czarno.)

Zeszłam na dół i poczułam się jak w teatrze: cała kondygnacja, ogromny hol, wypełniona była elegancko ubranymi, rozgadanymi ludźmi. Ktoś płakał, ktoś się śmiał, dzieci bawiły się w ganianego, wszyscy ze sobą rozmawiali. Pod ścianą, na wielkim drewnianym biurku ułożono obok siebie sześć czy siedem identycznych ksiąg kondolencyjnych, nad każdą księgą wyświetlano imię i nazwisko zmarłego.

Hol na kondygnacji wyglądał dokładnie tak, jak wygląda hol hotelu: pluszowe kanapy, stoły, wzdłuż korytarza kilka drzwi. Każda rodzina miała do dyspozycji dwa pomieszczenia (niby jako takie pokoje hotelowe), oba wielkości przeciętnej sypialni - w jednym znajdowała się szklana gablota, w której była umieszczona otwarta trumna - w drugim pomieszczeniu poustawiono fotele, kanapy i stoliki, żeby można było rozmawiać.

Cały dom pogrzebowy skladal się więc z około 20 sal, tzn, w jednej chwili organizowane były veloria dla co najmniej 20 rodzin; ścisk był więc niemożebny.

Jedna kondygnacja była już nieco pustawa, zmarli zostali pozstawieni samym sobie (zresztą, czyż nie zawsze są?), rodziny zaczynały się rozjeżdżać. Wtem zauważyłam na końcu korytarza restaurację. Wydało mi się to tak absurdalne, że zaczęłam iść w tamtym kierunku, korytarz był pusty zupełnie, ale drzwi do kaplic zostawiono pouchylane; szłam więc oto w stronę restauracji myśląc o tym, żeby w bok nie patrzeć - i oczywiście, patrzyłam: mijałam kolejne drzwi i w kolejnych drzwiach widziałam wieńce i otwarte trumny, ciemne, błyszczące buty nieboszczyków i fragmenty atłasowej powłoczki.

Dotarłam do restauracji, stanęłam z nosem przy przeszklonych drzwiac widziałam rozbawione towarzystwo pijące piwo i wyjadające tapas: panowała taka sama atmosfera, jaka panuje w niedziele wieczorem w każdym innym barze w Hiszpanii.

Cały ten spacer wydał mi się nie z tego świata. Czy tak - zastanawiałam się - łatwiej byłoby to znieść? Pomyślałam o mojej pierwszej wizycie w domu pogrzebowym; po śmierci dziadka. wszystko było przerażające, uroczyste, podniosłe, dramatyczne - w zasadzie dla 10 letniego dziecka (tyle wtedy miałam lat) traumatyczne przeżycie. Tutaj panowała atmosfera jak w czasie przerwy w teatrze. Kiedy w holu zauważyłam zapłakaną kobietę, w pierwszym odruchu zdziwiłam się: no jak to, czemu płacze? Dopiero potem sobie przypomniałam, że jestem w domu pogrzebowym.

 

czwartek, 18 listopada 2010
Poszlam do kina. Dawno się tak nie uśmiałam.

A nie była to komedia.

Wybrałyśmy się z Marią na Jedz, módl się, kochaj. Podejrzewałam, szczerze mówiąc, że wbrew temu, na co miała nadzieję Maria, nie przeżyjemy dogłębnej przemiany wewnętrznej w trakcie seansu, ale myślałam sobie, że może nie będzie to kaszana nad kaszanami.

A była.

Dawno mnie już żaden film tak nie zażenował. Zdradzę tu fabułę, żeby Was czasami nie pokusiło do kina iść na to.

Otóż, film zaczyna się... w zasadzie to nie wiem, od czego się zaczyna, bo Maria targowała się w kinie o cenę biletu ("ten film leci już od wielu miesięcy, to nie jest żadna nowość") i spóźniłyśmy się 3 minuty na seans. A, dodam, reklam i trailerów nie było, film zaczął się punktualnie, co zrobiło na mnie wielkie wrażenie, bom kobietą przyzwyczajoną, że w Polsce do kina - zwłaszcza w Multipleksie - spóźnić się można 15 minut i i tak jeszcze zdąży się wysłuchać monologów podpasek i tego, co mają mi do powiedzenia batony.

Z grubsza jednak sprawę biorąc, film zaczyna się od scen wstrząsających: bohaterka grana przez Julię Roberts (mało która aktorka mnie tak drażni jak ona) przeżywa tragedię życiową: ma piękny dom, świetną pracę, sympatycznego męża, który chce mieć dzieci i który dalej chce się rozwijać zawodowo. Ona jednak marzy o podróżach.

Całymi nocami płacze więc, leżąc na podłodze w kuchni. Prosi Boga o pomoc. Następują w tym momencie sceny drenujące mózg: słyszy glos, który każe jej wracać do łóżka. W łożku, o dziwo, zastaje Julia Roberts swojego męża, który przebudza się i mówi, że ją kocha, ale niestety "nie pojedziemy jutro do Kuala Lumpur". (czy gdzieś tam, nieważne.) Jest to dla bohaterki znak dany przez Boga: nie może zmarnować życia z potworem, który najpierw obiecuje wycieczkę do Kuala Lumpur, a potem się wycofuje. Łka więc bezgłośnie obok niego, a potem decyduje się na rozwód.

Ok, dostaje ten rozwód, zmienia swoje życie: wyjeżdża na kilka miesięcy do Włoch, żeby nauczyć się włoskiego.

Akcja włoska obfituje w piękne pejzaże i w. W piękne pejzaże. Oczywiście, JR znajduje przyjaciół, którzy są dla niej jak druga rodzina, uczy się nie mieć poczucia winy, kiedy zjada na jedno posiedzenie cały - powtarzam, żeby Wasze oczy przyzwyczaiły się do tej szokującej wiadomości - caly makaron, ktory na talerzu przynosi jej kelner. Poznaje też nową przyjaciółkę, pewną Szwedkę, której ratuje życie: kiedy idą do restauracji i zajadają się pizzą, Szwedka milczy apatycznie niczym dziecko w reklamie Panadolu. Co się stało się, zadaje pytanie JR. Ach, Julio, nie dopinam się w spodnie, zrobiły mi się boczki, bo od tutejszego żarcia przytyłam 5 kilogramów.

Na co Julia, szarpiąc brodę, która jej wyrosła w trakcie wielokrotnych medytacji- mówi: nie martw sie, kupimy ci większe dżinsy, najważniejsze to sobie nie odmawiać.

I Szwedka zjada pizzę, a potem otrzymujemy serię ujęć, w których JK ze swoją przyjaciółką zakupują większe dżinsy.

Punktem kulminacyjnym tego epizodu wloskiego jest kolacja na dzien dziękczynienia, kiedy kazdy ma za cos podziekowac i Szwedka mowi: Boze, dziekuje Ci za JK, poniewaz nauczyla mnie jak cieszyc sie kazda minuta mojego zycia. A JK mowi: dziękuję za was, za każda chwila jaka tu przeżyłam, te ostatnie miesiące nauczyły mnie, że można być grubym i nie czuć wstrętu, dziękuję. (wszyscy są wzruszeni.)

W Indiach uczy się medytować. Wzruszyła mnie sekwencja, w której JR najpierw taksówką zajeżdża pod aśram, w okna samochodu stukają jej głodne dzieci, ona zaś uśmiecha się do nich ciepło (zapewne samym tym, jakże prostym gestem, odmienia ich mlode żywota). Wysiada z taksówki i idzie medytować, buty zostawia przed wejściem do świątyni, a obok kładzie torebkę i wchodzi do środka. Oczywiście, kiedy kończy medytować, i buty i torebka są na swoim miejscu, opromienione uśmiechem i pozytywna karmą JR hinduskie dzieci otoczyły zapewne jej przynależności czujną opieką, strzegąc ich przed zakusami mniej oświeconych rzezimieszków.

A potem, kiedy JR rozwiązuje problemy calego świata (i części Indii) prosząc przyjaciół o "drobne wsparcie kobiety, która samotnie wychowuje corkę" (uzbiera w parę dni tysiące dolarów i odda wzruszonym kobietom, które zaczynają krzyczeć: teraz nareszcie wybudujemy dom), wyrusza na Bali.

(Chciałabym mieć przyjaciół, do ktorych moglabym napisac: zblizaja sie moje urodziny, prosze owas o drobne wplaty na rzecz ubogiej hinduskiej rodziny, podaje numer konta" i zebrac w ktorkim czasie 180 tys dolcow.)

No a na Bali spotyka Javiera Bardena. A, i przepisuje książkę z zaklęciami jednego z guru.

Wszyscy są szczęśliwi, nawet guru, choć człowek ten ma już blisko 100 lat i niedługo umrze.

Kończy się tak, że stoja na moście i się całują.

poniedziałek, 15 listopada 2010
maria szuka pracy

Siedzimy przy śniadaniu. Temat rozmowy zszedł na rzeczy istotne: na kryzys ekonomiczny w Hiszpanii, który wielu ludziom - w tym Marii - uniemożliwia znalezienie pracy.

- A ty masz jakiś pogląd na ten kryzys, myślisz, że to jeszcze długo będzie tu trwało? - pytam.

- Oczywiście - mówi Maria. - Teraz wszystko się zmieni. Ludzie zrozumieją, że muszą się przemyśleć swoje zachowanie i nauczyć żyć inaczej.

- Np. oszczędzać? - pytam dalej.

- Nie - odpowiada Maria, a w jej oczach widzę rozczarowanie moją bezmyślną postawą. - Spójrz na to tak, Weronika: wchodzimy w erę Wodnika, rozumiesz? (w tym momencie wiedziałam już, że to wszystko się źle skończy.) Ta era, która była teraz, była erą Ryb. Era Ryb oznacza męskość, tj agresję, wyzysk, walkę. Jednym słowem kapitalizm. W trakcie ery Ryb odblokowany był czakram świata mieszczący się w żołądku, teraz odblokuje się czakram serca, świat będzie musiał się zmienić, wejść w energię kobiecą: pełną troski, słodyczy, delikatności. Teraz wiele rzeczy się zmienia - dodała - bo jesteśmy w turbulencjach okresu przejściowego. Dlatego też wielu ludzi jest zaniepokojonych i tyle się słyszy o przewlekłych biegunkach.

Ponieważ jednak era Wodnika nadejdzie dopiero 21 grudnia 2012, Maria nie może znaleźć pracy. Wysyła swoje CV wszędzie, ale nikt do niej nie dzwoni.

Nie traci jednak nadziei, w ramach rozwoju i samodoskonalenia zawodowego zapisuje się w grudniu na kurs komunikacji z aniołami.

Najbardziej zależy jej na komunikacji z aniołem dobrobytu, nie jest jednak pewna, czy zostanie dla niej wolne miejsce, wiadomo wszak przecież, jakie nieludzkie czasy teraz.

poniedziałek, 08 listopada 2010
krakowska kiełbasa

Celem przyspieszenia kariery literackiej, podarowałam Marii dzisiaj rano kiełbasę krakowską.

Jej wzruszenie nie miało granic, obwąchała łup i orzekła, że właśnie miała zrobić sobie śniadanie, więc zaraz jej spróbuje.

Przygotowała sobie, jak zawsze, dwie grzanki, ser biały w plasterkach, dżem i herbatę.

- Je się tę kiełbasę na surowo czy trzeba ugotować? - zapytała jeszcze. Powiedziałam, że wystarczy pokroić w plasterki i już można jeść.

- A więc to naprawdę proste - powiedziała Maria, ale dla pewności i tak, po ciuchu i ukradkiem, krakowską podsmażyła.

Siedzi przy stole, je, ja się dosiadam z kawą i dębieję.

Oto widzę, że Maria posmarowała sobie grzankę dżemem truskawkowym, po czym ułożyła na niej plasterki kiełbasy krakowskiej.

Długo biłam się z myślami. Powiedzieć, nie mówić? A jeśli powiedzieć, to jak: mądrować się, że my, oto, w Polsce, krakowską jemy bez dżemu? A co, jak się obrazi, powie: wiem przecież, Weroniko, że nie łączy się słodkiego ze słonym, ale co zrobić, jak ja tak lubię właśnie łączyć. No i co, wyższość okazać, że ja wiem, jak jeść kiełbasę, a ona nie? A może właśnie w Wenezueli tak się ją właśnie zjada, z dżemem? I co wtedy, na chama wyjdę, na prostaka i na najgorszego z Polaków.

Milczę. Dusza śpiewa.

Niby Maria tę kanapkę zjada, znaczy: da się. No, ale spogląda na mnie, łypie okiem znad kanapki tak, że widzę w nich niechęć i pewną taką pogardę:

głupie te Polaki, czy jak, ze takie świństwa żrą?

No i chyba nici z publikacji w Biuletynie Narodowej Biblioteki w Wenezueli.

wtorek, 02 listopada 2010
swiat wg marii

Pochylmy się dzisiaj, moi drodzy, internauci, nad następującym zagadnieniem: czy Maria C. M. M. ma szczęśliwe życie?

Otóż, po odbyciu z nią szeregu rozmów, wypiciu wielkiej ilości herbaty z cynamonem etc itd mogę Wam powiedzieć, że tak, jest to życie szczęśliwe.

 

Oczywiście, nie tak szczęśliwe, jak to bywało w Wenezueli, gdzie Maria "miała wielu adoratorów, a cały jej pech polegał na tym, że zawsze zakochiwał się w niej ktoś okrutnie bogaty, sama zaś nie mogła zmusić się do niczego i zazwyczaj wiązała się z kimś ubogim, lecz o dobrym sercu".

- Tak, Weronika - mówiła mi podekscytowana znad grzanki z mozzarellą - tak to już bywało. U mnie tylko serce, nigdy mózg. Raz, powiem Ci, zakochał się we mnie chłopak tak bogaty, że mój przyjaciel powiedział do mnie: Carmela, jeśli ty się w nim nie zakochasz, to ja to zrobię. Syn przedsiębiorcy zajmujący się handlem złotem, Weronika! Mieli własny samolot, wyobrażasz to sobie? A ja zakochałam się w koledze z roku, bidnym poecie. A wiesz dlaczego?

- Bo u ciebie tylko serce, nigdy mózg? - zapytałam niepewnie.

- Tak - odparła. Byla pod wrazeniem mojej przenikliwosci.  - Poza tym, tamten był brzydki jak diabeł, Weronika.

 

W Wenezueli - gdzie wszystko było lepsze, wspanialsze, ludzie zdrowsi, a Maria młodsza - Maria trzęsła całym światem wydawniczym.

- Pracowałam w biuletynie wydawanej przez Bibliotekę Narodową Wenezueli - poinformowała mnie kiedyś. - Moje słowo wciąż się tam liczy! Jeśli ja powiem, że coś jest dobre, to oni to wydrukują.

- Och - powiedzialam - zawsze marzyłam, żeby drukować swoje dzieła w biuletynie Wenezuelskiej Biblioteki Narodowej, nie jestem jednak pewna, czy mój hiszpański literacki jest już na tyle dobry, żeby się porywać na tworzenie literatury.

- Jest to pewien problem - przyznała Maria po namyśle. - Ale widzisz, ja sama pracowałam kiedyś jako korektor stylu w wydawnictwie i nie uwierzysz, Weronika, mogłabym przeczytać twoje opowiadanie przetłumaczone na hiszpański, a potem nanieść na nie poprawki.

Zgodziłam się poruszona. Zrobię karierę literacką w Wenezueli, a wszystko to za niską, niziutką cenę kawałka kiełbasy dobrze obsuszonej. (Maria, dowiedziawszy się, że jadę na tydzień do Polski, zażyczyła sobie "czegoś słodkiego z Polski" albo lepiej "polskiej kiełbasy", która jest po Janie Pawle II, ambasadorem kultury polskiej w Wenezueli. Każda wenezuelska koleżanka Marii, którą spotykam, wita mnie słowami: "aaach, salchicha polaca!".)

 

Maria jest też wspaniałym psychologiem. Sprawuje więc nie tylko rząd nad literaturą wenezuelską, ale też rząd dusz.

- Weronik, jaki jesteś znak zodiadku? - zapytała. Na co ja:

- Ryby.

- Wodny znak - powiedziała. - To tak jak ja. Tylko, że wiesz, Weronika, znałam kiedyś osobę spod znaku Ryb. Chorowała na depresję. Wy, zdaje się, wszystkie Ryby, takie właśnie jesteście: niezdecydowane, roztrzęsione, neurotyczne.

- No... - zaczęłam zdruzgotana.

- Musisz spróbować jogi - powiedziała mi Maria. - Obiecaj mi to. Obiecaj, że spróbujesz. Ta koleżanka, wiesz, ta spod znaku Ryb, no cóz: całymi dniami płakała, bo była spod znaku Ryb, ale ledwo zapisała się na jogę, ledwo obyła kilka zajęć, a już jest wszystko w porządku. Jest teraz mocna, zdrowa, zadowolona, chodzi po mieście i wszędzie rozpowiada, jak to joga uczyniła ją lepszym człowiekiem. Szczęśliwszym.

 

Maria wie też wszystko o najważniejszych wydarzeniach kulturalnych w Barcelonie.

- W listopadzie na plażdy nudystów odbędzie się wielkie ściskanie - powiedziała mi kiedyś, kiedy kroiłam pomidory. Zastygłam. - Otóż, przyjeżdża pewna kobieta z Indii i, nie uwierzysz, Weronika, ona jest matką wszystkich ludzi na świecie. Czy to nie jest wspaniałe?

- Dość - odparłam ostrożnie.

- I jej misją życiową jest przytulanie każdego człowieka na świecie - wyjaśniła Maria. - Więc w listopadzie idę na tę plażę, żeby dać się uścisnąć. Byłam już w zeszłym roku, stałam w kolejce od 10 rano do 10 wieczorem, ale było warto. Ona ściska cię, jak najdroższe dziecko, jak twoja matka! Poczułam przypływ sił, to było niewiarygodne, Weronika, musimy iść na tegoroczną edycję ściskania! Ta kobieta jest słynna na całym świecie, wpisano ją na listę UNESCO!

 

Niestety, cynamon, GumowoMatkoBosko oraz joga i spokój serca nie zawsze działają.

W sobotę otrzymałam poruszającego maila z Barcelony. Maria zachorowała i nie mogła jeść przez cały dzień. List wypełniony był przykrymi szczegółami dotyczącymi przebiegu jej grypy żołądkowej, na końcu jednak pojawiła się nadzieja na happy end:

(...) wprawdzie nic nie mogłam jeść od świtu do piątej trzydzieściu po południu, teraz jednak zrobiłam sobie ryż z jabłkiem oraz odrobiną cynamonu jak również gotowaną pierś kurczaka ze szczyptą, ale dosłownie ze szczyptą soli. Być może jutro na śniadanie zrobię sobie jakąś grzankę z serem, a potem znowu gotowane mięso, odrobina ryżu, albo kaszy. (...)

Szczegółowość odpowiedzi na moje zapytanie como estas? i tego, czy mogę zapłacić za pokój po powrocie do Hiszpanii, nieco mnie wzruszyła.

 

sobota, 23 października 2010
poradnik: życie jako forma spędzania wolnego czasu

Marii sposoby na udane życie:

- napełnij słoik wodą. Wrzuć do środka kamień i uświadom sobie, że jest on w głębi swego skamieniałego serca kawałkiem księżyca. Popijaj codziennie, a czakra w Twoim brzuchu odblokuje się, nadając Twojemu życiu płynności.

- na butelkę mineralnej naklej karteczkę z wypisanymi hasłami: miłość, harmonia, płynność, światło. Uświadom sobie, że byt tej karteczki na etykiecie wody mineralnej, zmienia ją w napój o boskiej mocy. Pij codziennie zamiast karotki.

- pamiętaj też o GumowoMatkoBosko. Niedostatek uwagi może ją wpędzic w zły nastrój i choroby serca.

- najlepszym środkiem na śmiertelne choroby jest cynamon.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 9