Blog > Komentarze do wpisu
o tym gdzie się tutaj idzie po śmierci

Umówiłyśmy się z Marią - znowu! - na niedzielne, wieczorne wyjście.

Jeszcze rano jednak powiedziała mi sprytnie:

- Ale wiesz, Weronika, zmarł mąż mojej koleżanki, możemy wcześniej wejść na chwilę złożyć kondolencje? To akurat nam będzie po drodze.

I ja, cipa głupia, myślę sobie: a niech tam. Niechże. Kobita mieszka akurat niedaleko, wejdzie się, Maria złoży te kondolencje, ja poczekam (bo jakoś mi tak głupio było, obcym będąc do nieswoich włazić), załatwi i pójdziemy.

I jeszcze łzę otarłam poruszona trwałością więzi międzyludzkich tutaj, w Hiszpanii. Oto, myślałam wzruszona, kiedy umiera mąż koleżanki, którą się kilka razy widziało na ćwiczeniach jogi, idzie się złożyć kondolencje.

Wieczorem wyruszyłyśmy, Maria - jeszcze przed wyjściem z domu - zadzwoniła do innej znajomej, żeby się dowiedzieć, gdzie tamta mieszka.

Ach tak, mówiła, przystanek metra Marina.

I poszłyśmy w mrok.

Ja się krygowałam, bo Maria koniecznie mnie chciała ze wszystkimi poznać, na próżno ją upominałam w metrze, że w Polsce jest to ogólnie źle widziane, kiedy obcy ludzie przychodzą do rodziny pogrązonej w żałobie, wszak trzeba spokoju etc.

- To są Andaluzyjczycy - objaśniła mi Maria. Po twarzy poznała, że nie zrozumiałam. - No wiesz, oni są bardzo towarzyscy, lubią się ściskać, przytulać. Anitka na pewno się ucieszy, że przyjdziesz. Uwielbia ludzi. Zobaczysz - dodała Maria - będzie fajnie.

I dalej szłyśmy w mrok, coraz głębiej.

- Ja lepiej poczekam na zewnątrz - powiedziałam, na co Maria ze złościła się:

- Chyba jesteś nienormalna, sama wiesz, jak jest zimno. Nie ma mowy, wchodzimy do środka, poczekasz najwyżej tam, gdzie inni będą siedzieć.

- W przedpokoju na przykład? - powiedziałam, na co Maria odparła:

- Nie.

Wtedy wzbiły się we mnie całe pokłady wątpliwości.

- Ale idziemy do niej do mieszkania, prawda? - zapytałam. Trzeba wam bowiem wiedzieć, że panicznie boję się widoku zmarłych. (Wiem, że was to nie zaskakuje, ale i tak podkreślę.) Ponieważ mąż Anitki zmarł w szpitalu, wydało mi się oczywiste, że ciało będzie przetrzymywane w kostnicy aż do pogrzebu, a my po prostu pójdziemy do mieszkania, gdzie żałobnicy - tj rodzina - będą się przygotowywać do jutrzejszej ceremonii. Tak myślałam, bo Maria mnie całe popołudnie nie wyprowadzała z błędu, tak myślałam, bo takie miałam doświadczenia. Poza tym, myślałam, to jest Hiszpania, tutaj już chyba nie trzyma się zmarłych w domach do czasu pogrzebów?

- Odbiło ci? - spytała Maria. - Do mieszkania? To w Polsce ciągle trzyma się zmarłych w mieszkaniach?

Zacukałam się i wtem zauważyłam, że wszystkie sklepy, które zaczynamy mijać, mają na wystawach wyeksponowane urny albo tablice nagrobne. Wtedy zrozumiałam.

Zagłębiając się w zmrok, szłyśmy do kostnicy.

Drobiłam za Marią, tłumacząc, że nie, że chyba nie jestem gotowa, to znaczy, oczywiście, pójdę z nią, ale poczekam może na zewnątrz, bo ja ogólnie nie przepadam za taką atmosferą.

Maria zdziwiła się bardzo.

- Nie przejmuj się, nie będziesz musiała nic mówić, skłamiemy, że nie mówisz w ogole po hiszpańsku - powiedziała.

Przystanęłyśmy, podniosłam wzrok i oczom moim ukazał się oślepiający neon: DOM POGRZEBOWY.

- Poczekam - wyszeptałam pobladłam. - Na zewnątrz poczekam.

- Jak chcesz  - powiedziała Maria. - Ale jakbyś nabrała ochoty (ochoty, tak powiedziała) to przyjdź.

I poszła, ja zostałam sama.

Nie minęło 5 sekund, a po lewej stronie od mojego ucha pojawił się DIABEŁ.

- No co ci szkodzi, wejdź - powiedział - czyś ty kiedy była w środku hiszpańskiego domu pogrzebowego?

Czekałam aż po prawej stronie od mojego ucha pojawi się ANIOŁ i mi to wyperswaduje, on jednak spóźniał się.

- Czy ty kiedyś będziesz mieć jeszcze okazję, żeby zobaczyć jak to wygląda? - zapytał DIABEŁ znowu.

Przyznałam mu rację i weszłam.

Znalazłam się w wielkim pomieszczeniu przypominającym hol hotelu. Na wprost znajdowała się recepcja i punkt informacyjny, tuż obok powieszony był wielki plazmowy ekran, na którym wyświetlono nazwiska wszystkich zmarłych przebywających na terenie kostnicy, wraz ze wskazaniem w której sali obecnie spoczywają i o której godzinie będzie miała miejsce msza żałobna.

Tuż przy recepcji znajdowała się mała księgarenka, gdzie można było kupić książki pt. Jak żyć po stracie czy Takie jest życie - dlaczego umieramy, podręcznik dla dzieci.

Postanowiłam zostać w holu i poczekać na Marię, przez 5 minut ze skupieniem zajęłam się więc studiowaniem ulotek (Wybierz samochód na swą ostatnią podróż), diabeł ciekawości prędko jednak dał o sobie znać.

- Czyś ty kiedyś widziała jak wyglądają takie salki? - zapytał. Otóż nie, nigdy w zyciu nie widziałam takiego domu pogrzebowego i kusiło mnie zobaczyć coś jeszcze.

Udając więc żałobnika, zeszłam po schodach w dół, na kondygnację B, gdzie mieściły się kaplice od numeru 13 do 20. (Należy dodać, że udawanie żalobnika wychodziło mi wybitnie kiepsko, ubrana bowiem byłam w błękitny płaszczyk, który był parszywym kamuflażem, bo rzucałam się od razu w oczy pomiędzy tylu ludzi ubranych na czarno.)

Zeszłam na dół i poczułam się jak w teatrze: cała kondygnacja, ogromny hol, wypełniona była elegancko ubranymi, rozgadanymi ludźmi. Ktoś płakał, ktoś się śmiał, dzieci bawiły się w ganianego, wszyscy ze sobą rozmawiali. Pod ścianą, na wielkim drewnianym biurku ułożono obok siebie sześć czy siedem identycznych ksiąg kondolencyjnych, nad każdą księgą wyświetlano imię i nazwisko zmarłego.

Hol na kondygnacji wyglądał dokładnie tak, jak wygląda hol hotelu: pluszowe kanapy, stoły, wzdłuż korytarza kilka drzwi. Każda rodzina miała do dyspozycji dwa pomieszczenia (niby jako takie pokoje hotelowe), oba wielkości przeciętnej sypialni - w jednym znajdowała się szklana gablota, w której była umieszczona otwarta trumna - w drugim pomieszczeniu poustawiono fotele, kanapy i stoliki, żeby można było rozmawiać.

Cały dom pogrzebowy skladal się więc z około 20 sal, tzn, w jednej chwili organizowane były veloria dla co najmniej 20 rodzin; ścisk był więc niemożebny.

Jedna kondygnacja była już nieco pustawa, zmarli zostali pozstawieni samym sobie (zresztą, czyż nie zawsze są?), rodziny zaczynały się rozjeżdżać. Wtem zauważyłam na końcu korytarza restaurację. Wydało mi się to tak absurdalne, że zaczęłam iść w tamtym kierunku, korytarz był pusty zupełnie, ale drzwi do kaplic zostawiono pouchylane; szłam więc oto w stronę restauracji myśląc o tym, żeby w bok nie patrzeć - i oczywiście, patrzyłam: mijałam kolejne drzwi i w kolejnych drzwiach widziałam wieńce i otwarte trumny, ciemne, błyszczące buty nieboszczyków i fragmenty atłasowej powłoczki.

Dotarłam do restauracji, stanęłam z nosem przy przeszklonych drzwiac widziałam rozbawione towarzystwo pijące piwo i wyjadające tapas: panowała taka sama atmosfera, jaka panuje w niedziele wieczorem w każdym innym barze w Hiszpanii.

Cały ten spacer wydał mi się nie z tego świata. Czy tak - zastanawiałam się - łatwiej byłoby to znieść? Pomyślałam o mojej pierwszej wizycie w domu pogrzebowym; po śmierci dziadka. wszystko było przerażające, uroczyste, podniosłe, dramatyczne - w zasadzie dla 10 letniego dziecka (tyle wtedy miałam lat) traumatyczne przeżycie. Tutaj panowała atmosfera jak w czasie przerwy w teatrze. Kiedy w holu zauważyłam zapłakaną kobietę, w pierwszym odruchu zdziwiłam się: no jak to, czemu płacze? Dopiero potem sobie przypomniałam, że jestem w domu pogrzebowym.

 

poniedziałek, 22 listopada 2010, nikaraguata

Polecane wpisy

  • maria szuka pracy

    Siedzimy przy śniadaniu. Temat rozmowy zszedł na rzeczy istotne: na kryzys ekonomiczny w Hiszpanii, który wielu ludziom - w tym Marii - uniemożliwia znalezienie

  • krakowska kiełbasa

    Celem przyspieszenia kariery literackiej, podarowałam Marii dzisiaj rano kiełbasę krakowską. Jej wzruszenie nie miało granic, obwąchała łup i orzekła, że właśni

  • swiat wg marii

    Pochylmy się dzisiaj, moi drodzy, internauci, nad następującym zagadnieniem: czy Maria C. M. M. ma szczęśliwe życie? Otóż, po odbyciu z nią szeregu rozmów, wypi

  • Labour Weekend w ruchomych obrazkach

    I jeszcze na zamkniecie tematu jesiennych wojazy, ruchoma pocztowka z wypadu w pobliskie tereny: </font></div><div style="text-align: justif

  • Sarah & Onur: SOinlove

    No dobrze - po raz kolejny, i chyba ostatni w tym roku bedzie weselnie. Trzy wesela, trzy rozne kontynenty.. wystarczy! Tym razem bohaterem naszym bedzie zacny

Komentarze
2010/11/26 15:33:42
Wielki pragmatyzm i doskonała organizacja. Zaimponowali mi ci Hiszpanie, muszę przyznać.
-
2011/02/22 18:33:49
Ale jazda.
Jakoś mi jednak smutno gdy to czytam.
Pozdrawiam, lubię do Ciebie zaglądać :)