Blog > Komentarze do wpisu
Poszlam do kina. Dawno się tak nie uśmiałam.

A nie była to komedia.

Wybrałyśmy się z Marią na Jedz, módl się, kochaj. Podejrzewałam, szczerze mówiąc, że wbrew temu, na co miała nadzieję Maria, nie przeżyjemy dogłębnej przemiany wewnętrznej w trakcie seansu, ale myślałam sobie, że może nie będzie to kaszana nad kaszanami.

A była.

Dawno mnie już żaden film tak nie zażenował. Zdradzę tu fabułę, żeby Was czasami nie pokusiło do kina iść na to.

Otóż, film zaczyna się... w zasadzie to nie wiem, od czego się zaczyna, bo Maria targowała się w kinie o cenę biletu ("ten film leci już od wielu miesięcy, to nie jest żadna nowość") i spóźniłyśmy się 3 minuty na seans. A, dodam, reklam i trailerów nie było, film zaczął się punktualnie, co zrobiło na mnie wielkie wrażenie, bom kobietą przyzwyczajoną, że w Polsce do kina - zwłaszcza w Multipleksie - spóźnić się można 15 minut i i tak jeszcze zdąży się wysłuchać monologów podpasek i tego, co mają mi do powiedzenia batony.

Z grubsza jednak sprawę biorąc, film zaczyna się od scen wstrząsających: bohaterka grana przez Julię Roberts (mało która aktorka mnie tak drażni jak ona) przeżywa tragedię życiową: ma piękny dom, świetną pracę, sympatycznego męża, który chce mieć dzieci i który dalej chce się rozwijać zawodowo. Ona jednak marzy o podróżach.

Całymi nocami płacze więc, leżąc na podłodze w kuchni. Prosi Boga o pomoc. Następują w tym momencie sceny drenujące mózg: słyszy glos, który każe jej wracać do łóżka. W łożku, o dziwo, zastaje Julia Roberts swojego męża, który przebudza się i mówi, że ją kocha, ale niestety "nie pojedziemy jutro do Kuala Lumpur". (czy gdzieś tam, nieważne.) Jest to dla bohaterki znak dany przez Boga: nie może zmarnować życia z potworem, który najpierw obiecuje wycieczkę do Kuala Lumpur, a potem się wycofuje. Łka więc bezgłośnie obok niego, a potem decyduje się na rozwód.

Ok, dostaje ten rozwód, zmienia swoje życie: wyjeżdża na kilka miesięcy do Włoch, żeby nauczyć się włoskiego.

Akcja włoska obfituje w piękne pejzaże i w. W piękne pejzaże. Oczywiście, JR znajduje przyjaciół, którzy są dla niej jak druga rodzina, uczy się nie mieć poczucia winy, kiedy zjada na jedno posiedzenie cały - powtarzam, żeby Wasze oczy przyzwyczaiły się do tej szokującej wiadomości - caly makaron, ktory na talerzu przynosi jej kelner. Poznaje też nową przyjaciółkę, pewną Szwedkę, której ratuje życie: kiedy idą do restauracji i zajadają się pizzą, Szwedka milczy apatycznie niczym dziecko w reklamie Panadolu. Co się stało się, zadaje pytanie JR. Ach, Julio, nie dopinam się w spodnie, zrobiły mi się boczki, bo od tutejszego żarcia przytyłam 5 kilogramów.

Na co Julia, szarpiąc brodę, która jej wyrosła w trakcie wielokrotnych medytacji- mówi: nie martw sie, kupimy ci większe dżinsy, najważniejsze to sobie nie odmawiać.

I Szwedka zjada pizzę, a potem otrzymujemy serię ujęć, w których JK ze swoją przyjaciółką zakupują większe dżinsy.

Punktem kulminacyjnym tego epizodu wloskiego jest kolacja na dzien dziękczynienia, kiedy kazdy ma za cos podziekowac i Szwedka mowi: Boze, dziekuje Ci za JK, poniewaz nauczyla mnie jak cieszyc sie kazda minuta mojego zycia. A JK mowi: dziękuję za was, za każda chwila jaka tu przeżyłam, te ostatnie miesiące nauczyły mnie, że można być grubym i nie czuć wstrętu, dziękuję. (wszyscy są wzruszeni.)

W Indiach uczy się medytować. Wzruszyła mnie sekwencja, w której JR najpierw taksówką zajeżdża pod aśram, w okna samochodu stukają jej głodne dzieci, ona zaś uśmiecha się do nich ciepło (zapewne samym tym, jakże prostym gestem, odmienia ich mlode żywota). Wysiada z taksówki i idzie medytować, buty zostawia przed wejściem do świątyni, a obok kładzie torebkę i wchodzi do środka. Oczywiście, kiedy kończy medytować, i buty i torebka są na swoim miejscu, opromienione uśmiechem i pozytywna karmą JR hinduskie dzieci otoczyły zapewne jej przynależności czujną opieką, strzegąc ich przed zakusami mniej oświeconych rzezimieszków.

A potem, kiedy JR rozwiązuje problemy calego świata (i części Indii) prosząc przyjaciół o "drobne wsparcie kobiety, która samotnie wychowuje corkę" (uzbiera w parę dni tysiące dolarów i odda wzruszonym kobietom, które zaczynają krzyczeć: teraz nareszcie wybudujemy dom), wyrusza na Bali.

(Chciałabym mieć przyjaciół, do ktorych moglabym napisac: zblizaja sie moje urodziny, prosze owas o drobne wplaty na rzecz ubogiej hinduskiej rodziny, podaje numer konta" i zebrac w ktorkim czasie 180 tys dolcow.)

No a na Bali spotyka Javiera Bardena. A, i przepisuje książkę z zaklęciami jednego z guru.

Wszyscy są szczęśliwi, nawet guru, choć człowek ten ma już blisko 100 lat i niedługo umrze.

Kończy się tak, że stoja na moście i się całują.

czwartek, 18 listopada 2010, nikaraguata

Polecane wpisy

  • szkoła

    No to tak: spędziłam pięć dni w pokoju, nigdzie niemalże nie wychodząc tylko ucząc się prawa publicznego międzynarodowego. (No, w międzyczasie obejrzałam też ws

  • czasy pokoju i czasy wojny

    Dobre czasy przyjaźni - mojej i Marii - minęły. Wprawdzie nie ośmielam się jeszcze napisać, że bezpowrotnie, ale z pewnoscią na jakis czas- tak. Nastała bowiem

  • caga tió

    A tak, postanowiłam zmienić szablon na szablon świąteczny, taki, na ktorym wreszcie śnieg zobaczę. (Wiem, że wy śniegu macie po dziurki w nosie, w sensie metafo

Komentarze
lilybeth
2010/11/19 09:06:38
Drobne sprostowanie - kobieta z córką, od wsparcia, mieszkały na Bali, nie w Indiach. I mnie było miło pomyśleć, że dzięki hojności obcych ludzi wybudowały dom (w rzeczywistości, bo film był na podst. książki, a książka była opisem tego, co się naprawdę wydarzyło). Pozdrawiam.
-
2010/11/19 10:27:35
Hej, no, spaliłaś mi puentę! A już się zastanawiałam, czy nie obejrzeć...teraz, przez ciebie, już nie zobaczę, buuu! Ale warto było stracić film dla takiego streszczenia:-) Jak ja lubię taki bezwględny cynizm:-) Ciekawe, czy Marii się podobało...
-
2010/11/20 18:56:03
a most to chyba jakiś symbol ,może znak dla JR ,że trzeba przejść na drugą stronę ekranu na widownie.
-
tennesee
2010/11/21 01:28:22
opis cudowny! Aż żałuję, że nie widziałem, bo teraz to już na pewno nie pójdę. Zresztą i tak bym nie poszła, bo to film "wyjdź z kina i idź do McDonlad's", a nie chcę, żeby większe dżinsy ratowały mi życie.
-
2010/11/21 13:33:04
nie oglądałam, ale przymierzam się. ja natomiast ostatnio uśmiałam się na crossroads, czyli filmie z britney. dopiero niedawno obejrzałam i myślałam, że umrę po stokroć.
-
onna_78
2010/11/28 00:55:40
za film jeszcze się nie zabrałam, nie mogę przebrnąć przez książkę, a raczej już mi się nie chce. część indyjska mnie wnerwiła, natężenie nawiedzonych smętów na centymetr kwadratowy kazało mi szybko przerzucać strony i iść dalej. dalej było Bali ale wcale nie było lepiej ;)
-
anitaes
2010/12/14 12:27:59
Piękne streszczenie, zachęciłaś mnie, chyba pójdę, choć sama bym na ten pomysł w życiu nie wpadła. Pozdrawiam